Zwiększenie liczby lokali wyborczych o kilkadziesiąt procent, wynagrodzenia dla mężów zaufania, możliwość nagrywania prac komisji wyborczych – to pomysły, które PiS może złożyć na rozpoczynającym się posiedzeniu Sejmu.

Z naszych informacji wynika, że modyfikacje dotyczące wyborów – zapowiedziane przez Jarosława Kaczyńskiego – mogą być zgłoszone nie jako odrębny projekt ustawy, tylko jako poprawki klubu PiS do rządowego projektu nowelizacji kodeksu wyborczego. – Dzięki temu pójdzie to sprawniej – zauważa rozmówca z PiS.
Ten projekt, złożony w Sejmie 21 listopada, nawet bez poprawek PiS już oznacza spore zmiany organizacyjne. Zakłada bowiem utworzenie Centralnego Rejestru Wyborców, który ma służyć „sporządzaniu spisu wyborców i osób uprawnionych do brania udziału w referendum oraz ustalaniu liczby wyborców” (dziś spisy każda gmina tworzy odrębnie, co wywołuje komplikacje np. przy głosowaniu poza miejscem zameldowania). Ale niektórzy rozmówcy przekonują, że wciąż jest możliwy inny scenariusz, w którym projekt ustawy z kolejnymi propozycjami wyborczymi trafia do Sejmu przed świętami, a pierwsze czytanie jest dopiero w styczniu.

Ale bez zmian w liczbie okręgów

Tak czy inaczej PiS jest zdecydowany wdrożyć zmiany, niemniej nasi rozmówcy zastrzegają, że nikt na tym etapie nie zamierza gmerać w ordynacji wyborczej. – Nie będzie żadnego poprawiania np. liczby okręgów wyborczych czy metody przydzielania mandatów – zapewnia osoba z rządu. Jeszcze kilka miesięcy temu wydawało się niemal pewne, że PiS zwiększy liczbę okręgów sejmowych z 41 do 100, co miałoby znaczenie przy tworzeniu list wyborczych i rozdzielaniu miejsc w ławach poselskich. Teraz mowa raczej o kwestiach technicznych, choć w praktyce wciąż mogących mieć wpływ na ostateczny wynik wyborów. Przede wszystkim to kwestia zwiększenia liczby lokali wyborczych z 27 tys. do 47 tys.
Ale w projekcie mają się znaleźć także inne rozwiązania ułatwiające kontrolę wyborów. Przyznanie przynajmniej częściowych diet, np. 50 proc., dla mężów zaufania ma zachęcić do pełnienia tej funkcji dodatkowe osoby. PiS chce wrócić też do pomysłu możliwości rejestracji głosowania w lokalach wyborczych z 2018 r. Tyle że niekoniecznie oznacza to oblig kamer w każdym lokalu, ale wprowadzenie możliwości rejestracji np. liczenia głosów przez członków komisji czy mężów zaufania.
Wątpliwości co do zmian ma Jan Grabiec z PO. – Jeśli ktoś chce tworzyć małe komisje wyborcze, które w małym gronie będą liczyły głosy, to nie świadczy to najlepiej o intencjach – podkreśla polityk i zapowiada, że PO będzie tym pomysłom się przyglądać.

Bez pewności co do sukcesu

Sceptyczny co do skuteczności pomysłów na zwiększenie liczby lokali wyborczych jest socjolog polityki dr. hab. Jarosław Flis. Zwraca uwagę, że w prawie wyborczym są widełki pokazujące, dla ilu wyborców powinien być przygotowany lokal, nie powinno być ich mniej niż 500 na lokal, jednak przepis dopuszcza ustępstwa wobec tej reguły. Choć o lokalach decyduje gmina, to koszty pokrywa państwo w ramach budżetu wyborczego. Tak więc samorząd nie ma powodów, by nie optymalizować sieci komisji i tworzyć lokali dla mniejszej grupy mieszkańców, niż wynika z ustawy. Flis podkreśla, że na obszarach wiejskich średnio jeden lokal wyborczy przypada na ok. 900 mieszkańców, natomiast w miastach ta liczba zbliża się do 1,5 tys. na komisję wyborczą. Obecnie w ponad 60 gminach (na prawie 2,5 tys.) lokale wyborcze przypadają na mniej osób niż wynikające z ustawy 300. Specyficznym przykładem jest Jeżów, w którym żadna komisja nie osiąga ustawowej liczby 500 wyborców na lokal. – Jeśli spojrzymy na dane z poprzednich wyborów na terenach wiejskich, to nie widać żadnej prawidłowości potwierdzającej tezę, że brak dostępu do nich powoduje niższą frekwencję. – W takim razie w komisjach, w których jest więcej wyborców, frekwencja powinna być niższa, czegoś takiego nie widać – podkreśla Flis.
Na dziś pewne jest to, że zmiany proponowane przez PiS generować będą ogromne koszty. Wybory parlamentarne z 2019 r. kosztowały ok. 172,4 mln zł (choć planowano je z dużą górką, bo na 224,7 mln zł). Część naszych rozmówców zorientowanych w tematyce twierdzi, że nawet bez reformy prawa wyborczego koszty przyszłorocznych elekcji będą dużo wyższe z uwagi na drożyznę. To zresztą widać w planach Krajowego Biura Wyborczego. – Na 2023 r. KBW, na realizację zadań związanych z przygotowaniem i przeprowadzeniem wyborów do Sejmu RP i do Senatu RP, zaplanowało wydatki w kwocie 352 mln zł – informuje nas biuro prasowe KBW.

I tak dużo drożej

Jeśli chodzi o koszty wyborów, to w grę wchodzi m.in. kwestia druku kart do głosowania, wynajęcia lokali, transportu czy opłacenia członków komisji obwodowych. Dziś przewodniczący może liczyć na 500 zł, zastępca – na 400 zł, a zwykły członek komisji – na 350 zł. Niewykluczone, że Państwowa Komisja Wyborcza będzie musiała podnieść te stawki, by zachęcić ludzi do prac w komisjach. Co więcej, PiS zamierza też zaproponować wynagrodzenie dla mężów zaufania, do tej pory pracujących jako wolontariusze. Mieliby otrzymać połowę diety członka komisji wyborczej, czyli ok. 200 zł. Ma to ułatwić komitetom wyborczym rekrutowanie ludzi, którzy mieliby doglądać prawidłowego trybu prac komisji. Niektórzy już szacują, że inflacja i ewentualne zmiany szykowane przez PiS skutkować mogą tym, że przyszłoroczne wybory kosztować nas będą pół miliarda złotych lub więcej. – To prawda, że koszty będą duże, ale mamy pomysł, jak przyciąć te koszty o jakieś 70 mln zł – twierdzi rozmówca z rządu, ale nie zdradza szczegółów.
Pytanie, czy nie będzie problemu ze znalezieniem armii ludzi do liczenia głosów. Minimalna liczba członków komisji to pięć, ale w większości z nich skład był między siedem a dziewięć osób. Tak więc w dzisiejszych warunkach do pracy w komisjach trzeba zaangażować ok. 250 tys. ludzi. – Na początku zazwyczaj są chętni, ale potem sporo rezygnuje, bo widzi, że to jednak jest jakaś praca, a wynagrodzenie nie jest zbyt atrakcyjne. Jeśli komitety wyborcze są przygotowane do zgłoszenia tylu chętnych, to nie ma problemu, ale z tym niestety bywa różnie – twierdzi rozmówca DGP. Jeśli na wyborczej mapie pojawi się kolejnych 20 tys. komisji obwodowych, konieczne będzie znalezienie minimum 100 tys. dodatkowych chętnych – i to przy założeniu, że każda z tych komisji będzie pięcioosobowa. ©℗