Jak się państwo domyślają, chodzi mi o doniesienia o ewentualnym mobbingu, jakiego miał się dopuścić znany redaktor. I o falę doniesień kolejnych dziennikarzy na temat kolejnych redaktorów. A w końcu falę doniesień i interpretacji („to był ten mobbing czy nie było?”, jakby wypowiedziały się już upoważnione do tego organy). Tym razem jednak sprawa wykracza poza doniesienia „z życia redakcji X lub Y”, a dotyka prawa.
Nigdy nie poczułem, bym był poddany mobbingowi, a pracowałem w niejednej redakcji, i to czasem pod presją dużego stresu. Mam nadzieję, że sam się go nigdy nie dopuściłem – a w zasadzie z prawnego punktu widzenia mam pewność, bo nawet jeśli ktoś poczuł się moim działaniem dotknięty, to raczej nie „długotrwale” ani „uporczywie”. Ale mógł się poczuć. Choć staram się przekazywać jasno uwagi do tekstu, a zdarzyło mi się też powiedzieć, że tekst jest zły. I nigdy nie sprawić wrażenia, że ta ocena dotyczy autora, a nie jego konkretnej pracy. Ale przecież wiem, że pisanie to nieco inne zajęcie niż, powiedzmy, produkcja cegieł. Wymaga (tak przypuszczam) włożenia więcej z siebie, a i cegłę łatwiej obiektywnie ocenić niż tekst. Zakładam, że autorzy obu wytworów dostarczają najlepsze, na co ich było w danym momencie stać, ale cegłę przynajmniej można przetestować pod kątem trwałości czy trzymania wymiarów. Ale jeśli ktoś poczuł się dotknięty, to mi przykro.
Tu leży pies pogrzebany. W odczuciach. Nie tylko w procedurach. Państwowa Inspekcja Pracy w przypadku pracodawcy wspomnianego redaktora naczelnego stwierdziła, że te były. Co nie oznacza ani że mobbibng wystąpił, ani że nie wystąpił. Zwłaszcza że PIP nie wydaje wyroków – od tego jest sąd. I nie stwierdzi mobbingu w sytuacji „słowo przeciw słowu”, bo i nie bardzo ma narzędzia do ustalenia ani obiektywnej prawdy, ani kto się jak czuł.
Reklama
W wyjaśnieniu na stronie mazowieckiej PIP czytamy, że „działania te powodują u pracownika zaniżenie oceny przydatności zawodowej, poczucie poniżenia i ośmieszenia (…)”. Oczywiście, jeśli sprawa trafi do sądu, to ten będzie ważył dowody – np. w postaci zeznań powoda, który powie, że dokładnie to czuł, i pozwanego, który oświadczy, że nie było to jego zamiarem, a może także zaprzeczyć, że w ogóle do przywoływanych czynów doszło. Mogą też zeznawać świadkowie – tyle że o nich trudno (nawet ankieta, o której wypełnienie poprosiła PIP pracowników redakcji, w której mobbing miał mieć miejsce, została przez zdecydowaną większość całkowicie zignorowana).
Jeśli więc domniemana ofiara mobbingu zetknie się ze ścianą milczenia/negacji, to może stać się ofiarą innego procederu – gas lightingu. Niewykluczone, że nie po raz pierwszy, bo przecież negowanie jej ocen, a nawet faktów, które przywołuje, może się doskonale wpisywać w model mobbingu (kto nigdy nie usłyszał od szefa albo współpracownika, że nigdy nie powiedział tego, co doskonale pamiętamy, a przynajmniej tak go zrozumieliśmy)? A to podstawowa technika gaslightingu, czyli manipulacji powodującej psychiczną destabilizację przez wywoływanie dysonansu poznawczego. Przekonywanie, że nie stało się nic, co przecież przeżyliśmy.
Czy prawo może skutecznie zapobiegać mobbingowi? Obawiam się, że nieszczególnie, jeśli nie przełamie się stosunek pracodawca–pracownik wciąż dość powszechny w Polsce (a ugruntowywany z każdym kryzysem gospodarczym). Bo niełatwo go rozpoznać i udowodnić. Jedynym sposobem, jaki widzę w tej chwili, jest szczególna dbałość pracodawców o pozametrytoryczne kompetencje przełożonych. Bo oni – jeśli nie są psychopatami, a zakładam, że większość nie jest – nie chcą przecież ludzi gnębić, tylko motywować, ale czasem nie potrafią. I wtedy nie powinni być szefami. Ci powinni być jak żona Cezara. I nie mogą (i my nie możemy) się (ich) tłumaczyć, że są „tylko ludźmi”. Powinni być „aż ludźmi”. ©℗