Święta to czas cudów. A jako że jesteśmy w okresie przedświątecznym, w zeszły czwartek przez chwilę myślałam, że taki cud dzieje się na moich oczach. Że Święty Mikołaj pośpieszył się, za to prezent, którym postanowił mnie obdarować, nie ma sobie równych. Tak właśnie czułam, oglądając transmisję rozprawy przed Trybunałem Konstytucyjnym w sprawie jawności majątków bliskich polityków i innych ważnych w naszym kraju person. Niestety, okazało się, że prezent był z gatunku tych, jakie zapewne każdy z nas choć raz dostał w dzieciństwie; kiedy to z bijącym sercem rozrywaliśmy piękny ozdobny papier, a w środku, zamiast samochodzika na baterie czy też wymarzonej lalki, znajdowaliśmy rękawiczki lub ciepłe, wełniane skarpety…
Ale od początku. TK rozpatrywał wniosek prezydenta, który zaskarżył ustawę mającą zmusić osoby zajmujące eksponowane stanowiska w państwie do podzielenia się ze społeczeństwem wiedzą na temat majątków ich bliskich, czyli współmałżonków i dzieci. Ustawa została uchwalona po wybuchu afery związanej z działką, którą swego czasu zakupił po okazyjnej cenie premier Mateusz Morawiecki, a której nie musiał wpisać do oświadczenia majątkowego, gdyż dokonał częściowej rozdzielności majątkowej z żoną. I choć jestem gorącą zwolenniczką jak największej jawności w życiu publicznym, to jednak muszę przyznać prezydentowi rację – ustawa ta w pewnym zakresie była po prostu legislacyjnym gniotem. A czwartkowa rozprawa doszczętnie to obnażyła. W ogóle rozprawa ta przebiegała wręcz modelowo – uczestnicy mówili składnie, zwięźle, sensownie (choć na tym tle wyróżniał się nieco przedstawiciel Sejmu, ale o tym za chwilę), wchodzili między sobą w polemiki, skład orzekający zadawał trafne pytania, odpowiedzi były interesujące, pozwalały zrozumieć, na czym może polegać problem konstytucyjny. A do tego wszystko odbywało się kulturalnie, w atmosferze wzajemnej życzliwości i chęci znalezienia salomonowego rozwiązania. Krótko mówiąc: można się było poczuć jak za starych dobrych czasów, kiedy to w TK zasiadali tacy prawnicy jak prof. Ewa Łętowska czy prof. Andrzej Zoll.
Z pewnością najbarwniejszą postacią czwartkowego trybunalskiego teatrum był Marek Ast, poseł PiS, który reprezentował Sejm. Z zaciekawieniem słuchało się jego słów, kiedy przyznawał, że zaskarżona ustawa ma na celu walkę z patologiami polegającymi na obsadzaniu spółek Skarbu Państwa krewnymi i znajomymi polityków. Zwłaszcza że przecież pan Ast należy do partii systematycznie piętnowanej w mediach za to, że proceder ten w ostatnich latach rozkręciła na taką skalę, z jaką nie mieliśmy do czynienia chyba jeszcze nigdy w historii naszej państwowości. I choć po chwili pan poseł się zreflektował i podkreślił, że zarzuty te zazwyczaj są wyssane z palca, to jednak jego wystąpień słuchało się z dużą satysfakcją. Podobało mi się również, kiedy przyznał z rozbrajającą szczerością, że zgadza się z wnioskodawcą i nie ma pojęcia, w jaki sposób zobowiązani do ujawnienia majątku swoich dzieci mieliby owe dzieci zmusić do tego, aby te udzieliły im niezbędnych informacji na temat stanu posiadania.
Podsumowując, to była bardzo udana rozprawa. Kiedy więc skład orzekający oddalił się na naradę, po raz pierwszy od wielu lat byłam spokojna o jej wynik. Byłam niemal pewna, że tym razem TK niczym mnie nie zaskoczy, że w końcu zrobi to, co do niego należy, czyli wyruguje z naszego porządku prawnego przepisy, które nigdy nie powinny były się w nim znaleźć. I co najważniejsze – zrobi to, bo tak trzeba, a nie dlatego, że takie jest polityczne oczekiwanie. No ale zawiodłam się. A jako że narobiono mi apetytu na szczęśliwe zakończenie, zawód ten był wyjątkowo bolesny. TK nie ograniczył się bowiem do uznania ustawy za niezgodną z konstytucją w zakresie żądanym przez wnioskodawcę. Większość składu orzekającego doszła do wniosku, że przepisy uznane za niekonstytucyjne są nierozerwalnie związane z całą ustawą, a skoro tak, to cała regulacja musi trafić do kosza. Efekt? Politycy nie będą musieli ujawniać nie tylko majątków swoich dzieci, ale także współmałżonków. I to jest skandal. Zgadzam się bowiem z trójką sędziów TK, którzy złożyli zdania odrębne (byli to Zbigniew Jędrzejewski, Piotr Pszczółkowski i Jakub Stelina), że w ten sposób trybunał zrobił to, czego robić mu nie wolno, czyli wyszedł poza zakres wniosku prezydenta. Innymi słowy i żeby pozostać w klimacie przedświątecznym: trybunał skorzystał z okazji i obdarował polityków naprawdę fajnym prezentem, z którego najbardziej ucieszył się zapewne pan premier. A my, zwykłe szaraczki, zostaliśmy z tym wyrokiem, jak te brzdące z naszych wspomnień, którym kazano dziękować cioci za tak piękne, ciepłe skarpetki…