Prawnicy nie szczędzą słów krytyki wobec uchwalonej niedawno przez Sejm nowelizacji kodeksu postępowania administracyjnego, za to spora część polityków chwali projekt i przedstawia go jako remedium na wszelkie zło reprywatyzacyjne. Skąd taka rozbieżność stanowisk?
Po raz kolejny mamy do czynienia z bezrefleksyjnym tworzeniem prawa przez posłów, w zupełnym oderwaniu od rzeczywistości. Faktycznie od co najmniej kilkunastu lat trwała dyskusja nad możliwością wprowadzenia przedawnienia „deliktów administracyjnych”, w szczególności w kontekście reprywatyzacji. Prawo administracyjne, w przeciwieństwie do prawa karnego i cywilnego, od swoich początków nie znało pojęcia przedawnienia w odniesieniu do decyzji administracyjnych. Jeśli procedowana obecnie nowelizacja k.p.a. jest podsumowaniem tej naukowej (na razie) dyskusji, to dość osobliwym. Po prostu politycy chcieli bardzo pokazać obywatelom, że potrafią zakończyć reprywatyzację jedną, małą i dość krótką nowelizacją. Problem jest jednak na tyle złożony, że to za mało. Gdyby chciano zlikwidować reprywatyzację w ogóle, bo w polskim prawie nie ma takiego pojęcia jak „dzika reprywatyzacja”, wystarczyłaby nowelizacja ustaw materialnych, nie ustawy procesowej, np. ustawy o gospodarce nieruchomościami. Podobne przepisy parlament wprowadzał przecież choćby w prawie budowlanym, specustawach, ustawie o scalaniu i wymianie gruntów oraz ustawie dotyczącej wspólnot gruntowych wsi – tam zresztą termin wynosi jedynie pięć lat. Osobną kwestią pozostałaby konstytucyjność tych zapisów.