W Traktacie lizbońskim treść odrzuconej „konstytucji” faktycznie rozparcelowano i poukrywano w setkach artykułów, protokołów, aneksów oraz deklaracji. Całość zapakowano w formę technicznego traktatu, starannie unikając referendów krajowych.

Do nowego dokumentu przeniesiono niemal 90% treści zawartej w „Konstytucji dla Europy”, a tak przygotowany „produkt” sprzedano państwom członkowskim – a w istocie ich obywatelom. Zniknęły najbardziej drażliwe symbole. Usunięto pojęcia mogące wprost sugerować powstanie „superpaństwa”. Ustawy europejskie zastąpiono dyrektywami i rozporządzeniami. Sens pozostał, zmieniła się etykieta.

Czy zatem u podstaw Unii Europejskiej, jaką znamy, legło „kłamstwo założycielskie”? Nie. To był raczej klasyczny manewr handlowy: wcześniej odrzucony towar sprzedano w nowym opakowaniu. Skoro zaś pierwotna idea „Konstytucji” – pogłębiona integracja – stała się fundamentem Traktatu lizbońskiego, trudno dziś dziwić się, że kolejnym krokiem jest taka interpretacja jego zapisów, która tę ideę konsekwentnie realizuje.

Prawo zna wykładnię systemową i celowościową. Przy realizacji projektu „federalizmu europejskiego” obie doskonale ze sobą współpracują. Naturalnym więc jest, że kolejne orzeczenia – w szczególności TSUE – są do bólu przewidywalne. Cel jest jeden: dalsza centralizacja. „Winda jeździ zawsze w górę albo w dół, nigdy na bok”. Oczekiwanie, że któreś z „przełomowych” orzeczeń zmieni ten kierunek, jest równie naiwne jak zdziwienie, że latem świeci słońce.

Idea Valéry’ego Giscarda d’Estainga nie została porzucona. Została jedynie odłożona w czasie.

Metodą salami, krok po kroku, odbiera się państwom kolejne elementy suwerenności: zmianą zasad głosowania, rozszerzającą wykładnią kompetencji, a wreszcie podważaniem nadrzędności konstytucji narodowych wobec prawa unijnego.

I właśnie w tym miejscu znika obywatel. Nikt nie pyta go o zdanie. Nikt nie chce referendum w sprawie federalizacji. Ryzyko odpowiedzi negatywnej jest zbyt duże, a jej skutki zbyt kosztowne politycznie. Łatwiej zastąpić głos społeczeństw opiniami ekspertów, polityków i prawników.

Europejski obszar prawny, pozbawiony jednego spójnego kodeksu, staje się idealnym polem do nadinterpretacji i wykładni rozszerzających. A gdy do tego dołożymy mechanizm „pieniędzy za praworządność” – rozumianą „tak, jak MY ją rozumiemy” – otrzymujemy narzędzie o sile politycznej bomby atomowej. Gotowej do użycia wobec każdego niepokornego państwa członkowskiego.

Tu pojawia się sędzia „europejski”. Jestem przeciwnikiem dzielenia sędziów na „krajowych” i „europejskich”. Sędzia pozostaje sędzią. Ale jako sędzia UE mamy obowiązek stać na straży interesów obywateli, a nie wpisywać się w projekty establishmentu realizowane bez ich zgody.

Unia, do której wstępowaliśmy niemal ćwierć wieku temu, nie jest obecnie tą samą Unią. Zmiany są naturalne. Rozwój jest konieczny. Ale procesy tak fundamentalne jak federalizacja nie mogą dokonywać się w gabinetach politycznych ani w orzeczeniach sędziów nominowanych przez polityków (patrz sposób wyboru sędziów TSUE).

Federalizacja UE, stworzenie europejskiego porządku prawnego nadrzędnego wobec konstytucji państwowych, nie jest techniczną korektą. To decyzja ustrojowa. I jako taka wymaga zgody niemal pół miliarda Europejczyków. W drodze referendów. Bez faktów dokonanych. Bez omijania społeczeństw.

Sędzia europejski nie jest funkcjonariuszem „centrali”. Nie jest kaznodzieją europejskości. Nie zastępuje obywateli w podejmowaniu decyzji politycznych. Jego rolą jest ochrona praw, a nie wychowywanie społeczeństw.

Żaden naród w historii UE nie zrzekł się dobrowolnie suwerenności. Przekazano kompetencje – nie suwerenność. Próby wykładni rozszerzającej w tym zakresie są nie tylko błędne, ale niebezpieczne.

Czy w takim razie federalizacja jest zła? To pytanie pozostaje otwarte. Jako sędzia nie mam prawa na nie odpowiadać za obywateli. Jeśli zdecydują, że tego chcą – należy to uszanować. Moim obowiązkiem jest jednak nie dopuścić do sytuacji, w której ich głos zostanie pominięty.

Na koniec słowo do „bezkrytycznych” sędziów, pielgrzymujących do ,,pałaców demokracji”, robiących sobie selfie z kolejnymi politykami UE (czasami niefortunnie okazuje się, że zamieszanymi w kolejne afery korupcyjne, o czym zapewne mogą opowiedzieć członkowie zarządów co poniektórych organizacji sędziowskich).

Unia Europejska nie jest klubem altruistycznych mędrców. To arena twardych negocjacji, presji i realizacji interesów – w tym narodowych i korporacyjnych. Jeśli zrezygnujemy z narzędzi prawnych pozwalających te interesy kwestionować, czy korygować, zostaniemy całkowicie bezbronni.

Dlatego ostrożnie z bezrefleksyjnym uznawaniem nadrzędności prawa UE nad konstytucją. Ostrożnie z nabożnym przyjmowaniem orzeczeń TSUE, które wprost realizują ideę odrzuconej „Konstytucji dla Europy” poprzez wykładnię rozszerzającą.

Wiara w prawdy objawione (np. autorstwa TSUE) zbliża się do poziomu swoistego mistycyzmu, a jej orędownicy to już chyba wyznawcy – tymczasem w kontaktach z UE oczywiście w kontekście stricte prawnych, powinien decydować pragmatyzm i racjonalizm.

Rozstrzygnięcia, w tym pochodzące z ,,europejskiego porządku prawnego”, które obecnie służą realizacji określonych celów politycznych lub gospodarczych, w przyszłości mogą bowiem stać się źródłem ograniczeń dla tych samych podmiotów, które dziś je aprobują.

Piotr Szydłowski, sędzia sądu okręgowego w Suwałkach, członek Aequitas