Od dłuższego czasu kreuje się ono na reprezentanta „zdrowej części” środowiska sędziowskiego, która od samego początku sprzeciwiała się wprowadzanym przed 2023r. zmianom, obecnie zaś nie mniej aktywnie „przywraca praworządność”. W tej oto narracji Iustitia odgrywać ma rolę środowiskowego koryfeusza i jednocześnie sumienia sędziów upoważnionego do formułowania standardów etycznego postępowania uniwersalnych dla całej tej grupy zawodowej. Skuteczność, z jaką Stowarzyszenie zawłaszczyło sobie tę rolę, nie byłaby możliwa bez wsparcia tego procesu poważnymi środkami finansowymi.
Obecność w najważniejszych mediach i uprzywilejowany dostęp do nich po to, by nieustannie lansować „jedynie słuszną” wersję zmagań o „praworządność”, wymagać musi sporych nakładów, do sfinansowania których nie wystarczą same tylko, wynoszące 50 PLN w skali miesiąca, składki członkowskie. Oczywistym jest zatem, że prędzej czy później paść musiało pytanie o rzeczywiste źródła finansowania stojące za sukcesem medialnym, umożliwiającym nieustanne sączenie przekazu Stowarzyszenia do „serc i umysłów”. O udzielenie „zwyczajnie, tak po ludzku” uczciwej odpowiedzi na nie bezskutecznie zabiega skupiające inną część środowiska sędziowskiego Stowarzyszenie Aequitas. Powodem tej dociekliwości jest fakt, że sukces Iustitii spowija mgła tajemnicy, do rozwiania której to drugie stowarzyszenie bynajmniej się nie kwapi. Owo zagadkowe milczenie, jakim Iustitia otacza źródła swojego finansowania, stanowi rysę na jej wizerunku. Niewątpliwie bowiem podmiot tak bardzo angażujący się debatę publiczną po jednej ze stron sporu politycznego, nie powinien mieć trudności z udzieleniem wyczerpujących wyjaśnień, z czyjego wsparcia faktycznie korzysta, o ile tylko …. nie miałby nic do ukrycia. Zaryzykować należałoby wręcz stwierdzenia, że podmiot taki sam winien być zainteresowany przedstawieniem wyjaśnień definitywnie kładących kres wszelkim wątpliwościom w tym temacie. Oczywistym jest, że jego uparte zbywanie milczeniem wzmagać musi jedynie podejrzliwość tych wszystkich, którzy krytycznie przyglądają się podejmowanym przez Iustitię działaniom.
Ten krytycyzm i nieufność co do rzeczywistych celów Stowarzyszenia i podejmowanych przez nie działań okazuje się być uzasadniony w kontekście przedstawionych na social mediach Stowarzyszenia Aequitas ustaleń, wedle których Iustitia pozyskuje środki finansowe z tych samych źródeł (np. Fundacja Batorego), co podmioty wprost wspierające obecną władzę wykonawczą czy kandydaturę Rafała Trzaskowskiego na urząd Prezydenta RP. Miał więc pełne prawo ów kandydat do tego, by w przypływie szczerości określić bliskich linii programowej Iustitii sędziów mianem „naszych sędziów”, czymże bowiem innym była owa wypowiedź, jak nie nazwaniem rzeczy po imieniu? Znamienne jest przy tym, że ani wtedy ani ani teraz z ust owych sędziów, obsesyjnie kwestionujących niezawisłość innej części środowiska sędziowskiego, nie dało się usłyszeć nawet cienia zaprzeczenia. Daremnie nasłuchiwać z ich strony słów oburzenia, znikąd nie docierają żądania jakichkolwiek sprostowań. Oto zatem grupa sędziów, tak bardzo zdawałoby się wyczulona na punkcie niezawisłości, głuchą ciszą zbywając zarzuty niemożliwe do pogodzenia z hołubioną przez siebie niezawisłością, pośrednio tym samym potwierdza prawdziwość tych zarzutów.
O tym, że powiązania „Iustitii” z politykami nie ograniczają się do tego, że obie grupy korzystają ze wsparcia tych samych sponsorów, przekonują informacje o otrzymanych przez to Stowarzyszenie oraz powiązanej z nim Fundacji dofinansowaniach z Ministerstwa Edukacji Narodowej na projekty zatytułowane: „Hallo! Tu Konstytucja” w kwocie 139 877 zł oraz „100 lekcji w sądzie” w kwocie 114 500 zł. Powyższe transfery finansowe świadczą o tym, że kontakty Stowarzyszenia ze światem polityki, to coś zdecydowanie więcej, aniżeli same tylko kierowane pod adresem części polityków słowa wsparcia i aprobaty. Poziom uwikłania w politykę, którego przejawem są pisane pod dyktando Stowarzyszenia kolejne projekty ustaw mających rzekomo przywracać praworządność, a będących w istocie narzędziem środowiskowych porachunków, w tym rozpowszechnianie kłamliwej narracji, jakoby projekty te spełniały standardy prawa krajowego oraz prawa UE, nakazują zadać pytanie, na ile finansowane z kieszeni podatników działania służyć mają podnoszeniu poziomu świadomości prawnej obywateli, na ile zaś służyć mają indoktrynacji przygotowującej grunt podatny na przyjęcie rozwiązań prawnych umożliwiających faktyczne przeprowadzenie takich porachunków.
Na szczyt hipokryzji zakrawa fakt, że to samo Stowarzyszenie rości sobie prawo wypowiadania się w kwestii niezawisłości znacznej części środowiska sędziowskiego. Jeśli rzeczywiście, jak przekonuje owo Stowarzyszenie, sędzia definitywnie i trwale pozbawiony miałby zostać przymiotu niezawisłości z tego jedynie powodu, że w przeszłości przegłosowała go wadliwie (zdaniem Stowarzyszenia) wyłoniona Krajowa Rada Sądownictwa, to jak w takim razie ocenić niezawisłość sędziów od dłuższego czasu zblatowanych z częścią klasy politycznej. Podejmowane przez tę grupę sędziów działania nie są niczym więcej, jak próbą wyciągnięcia maksymalnych korzyści z owego sojuszu, przy czym pod pojęciem korzyści rozumieć należy coś więcej, aniżeli sam tylko prestiż czy też zaszczyt przewodzenia środowisku sędziowskiemu. Pozwolić można sobie wręcz na stwierdzenie, że korzyści, o jakich mowa, przybierają jak najbardziej namacalny wymiar. Jeśli zważyć liczebność stowarzyszenia Iusticia, którą ono samo szacuje na ponad 3 600 członków, to trudno nie zauważyć, że ilość ta w przybliżeniu odpowiada ilości osób powołanych na stanowiska sędziowskie po krytykowanej przez to Stowarzyszenie zmianie ustawy o KRS z grudnia 2017r. Zauważyć należy jednak, że spośród tej drugiej grupy konsekwentnie podważany jest status pewnej jej części, tej mianowicie, która w drodze awansów bądź uzyskanych po raz pierwszy powołań sędziowskich (byli prokuratorzy, adwokaci, radcowie prawni, przedstawiciele nauki prawa) otrzymała nominacje do sądów okręgowych i apelacyjnych, jak również do Sądu Najwyższego. Służba we wskazanych sądach jest bardziej lukratywna finansowo aniżeli w sądach rejonowych. Nie jest zatem kwestią przypadku, że status sędziów powołanych na ów najniższy szczebel sądownictwa nie jest na ogół kwestionowany. Nic dziwnego, kogo bowiem z owych „praworządnych” sędziów obchodzić miałaby obsada stanowisk sytuujących się na samym dole drabiny finansowej. Na pewno nie ich, bo sami sędziami przecież już są. Zupełnie inaczej natomiast rzecz się przedstawia w odniesieniu do owych wyższych, stanowiących często zwieńczenie kariery, stanowisk w sądach okręgowych, apelacyjnych i w Sądzie Najwyższym. Takich fruktów Stowarzyszenie „praworządnych” odpuścić sobie już nie może, są one bowiem zbyt cenne, aby zajmować miały je osoby „z zewnątrz”, nie mające „właściwego namaszczenia”. Tak właśnie wygląda geneza powiastki o złych „neosędziach”, z których część ostatecznie jednak nie jest taka zła (bo ci w tzw. „rejonach” w większości mogą przecież zostać!), pozostała natomiast część, „okupująca” jakże wartościowe etaty w sądach wyższego szczebla jest już nie do zaakceptowania bez rzekomego uszczerbku dla praworządności. Gwoli przypomnienia wskazać należy, że obie te grupy poddawane były tym samym procedurom przed tą samą KRS. Aby w jakikolwiek sposób wyjaśnić owe podwójne standardy, trzeba było zatem zatrudnić „autorytety prawnicze” gotowe na poczekaniu stworzyć pseudonaukowe elukubracje mające wyjaśnić, jak to jest możliwe, że przegłosowana przez KRS osoba odbierająca nominację na stanowisko sędziego sądu rejonowego „ostatecznie” może zostać, ale ktoś, kto w tej samej procedurze przed tą samą „wadliwą” KRS uzyskał rekomendację do sądu wyższego szczebla, już nie. Na temat ten wylano już morze atramentu i wypowiedziano potoki słów. Wprawienie w ruch wspierającej taką narrację machiny propagandowej nie mogło być jednak tanie, nie mogły w szczególności wystarczyć same składki członkowskie. Stąd konieczny był sojusz z częścią klasy politycznej gotowej w zamian za poparcie polityczne finansować ekscesy wygodnej dla siebie części środowiska sędziowskiego (w tym miejscu przychodzą na myśl owi „nasi sędziowie”, o których była już mowa. Nie jest przypadkiem, że terminem tym posłużył się ten akurat kandydat na Prezydenta RP, który jednocześnie zapowiadał niezwłoczną realizację postawionego przez Iustitię żądania degradacji bądź usunięcia z zawodu ponad 1 000 sędziów).
Z podanych przyczyn owych trudnych dla Stowarzyszenia Iusticia pytań, jakie ośmieliła się postawić inna część środowiska sędziowskiego, nie da się „zamilczeć”, ani przeczekać. One będą wracały stawiane wciąż i wciąż. Udawanie, że temat nie istnieje, dowodzi jedynie słuszności terminu „kasta”, jakim sama określiła się część sędziów bliskich Stowarzyszeniu Iustitia. Ludzie ci uwierzyli, że poprzez sam fakt wykonywania zawodu, którego jednym z kryteriów formalnych jest nieskazitelność charakteru, z góry otrzymali potwierdzenie nieskazitelności wszelkich działań, jakich podejmą się w przyszłości (skoro raz już uznano, że mój charakter jest nieskazitelny, to jakże dopuścić miałbym się działań wątpliwych etycznie, przecież na przeszkodzie temu stoi mój nieskazitelny charakter!). Nie trzeba było długiego czasu, aby pozostawiana sama sobie tak pojmowana grupa „nieskazitelnych” wyewoluowała w coś, co sama określiła mianem kasty. Jej znamienici przedstawiciele wprost przyznawali, że kieruje nimi chęć wywarcia zemsty. I rzeczywiście, od samego początku wprowadzenia krytykowanej zmiany ustawy o KRS, która boleśnie uderzyła w interesy części środowiska, działania owej grupy determinuje żądza odwetu za pozbawienie jej wyłącznego wpływu na decyzje kadrowe w sądach. Ocena jakościowa spornych zmian ustawy o KRS wprowadzonych w grudniu 2017r. wykracza poza łamy niniejszego artykułu, jedno natomiast, co można o niej powiedzieć, to na pewno to, że złamała ona dotychczasowy monopol decydowania o nominacjach i awansach sędziowskich. Reakcja na jego utratę sprowokowała wspomnianą grupę do działań, które z założenia wymierzone mają być przeciwko tym wszystkim, którzy na przełamaniu owego monopolu ośmielili się skorzystać. Tak właśnie wygląda rzeczywiste tło rozpowszechnianych z takim wysiłkiem historyjek o „kradzieży praworządności” oraz o „paserach Konstytycji”.
Faktycznie efekt owych działał odwetowych dla całości środowiska sędziowskiego jest więcej niż dewastujący. Jeśli dawniej obszar sądownictwa można było postrzegać jako rozciągającą się pomiędzy „dwoma zwaśnionymi plemionami” (modny wśród publicystów termin) ziemię niczyją, na której Państwo w sposób wolny od doraźnych awantur politycznych realizowało swoje funkcje, to działania Stowarzyszenia Iustitia uzmysłowiły przewodzącym owym plemionom watażkom, że obszar ten jest zbyt ważny, aby pozostawić go samemu sobie ryzykując jednocześnie przejęcie go przez przeciwnika. Zyskanie kontroli nad nim umożliwiające wywierania wpływu na to, komu sprawę umorzyć, kogo w razie potrzeby wsadzić do aresztu, wynik jakich wyborów zatwierdzić, bądź odmówić zatwierdzenia, da przecież strategiczną przewagę nad drugą stroną.
Wiążące się tym dla każdej ze stron sceny politycznej możliwości (z wymarzonym „domknięciem systemu” włącznie) są zbyt duże, a tym samym też zbyt duże jest ryzyko opanowania sądownictwa przez przeciwnika, aby „odcinek” ten sobie „odpuścić”. Obawy te stają się realne w kontekście zyskującego poparcie po obu stronach barykady pomysłu wprowadzenia tzw. „jednolitego statusu sędziego”. Jego realizacja umożliwić mogłaby przedstawicielom władzy wykonawczej dowolne przerzucanie sędziów z jednego sądu do drugiego. Możliwości takie bez wątpienia stałyby się cennym nabytkiem w arsenale środków, które politycy mogliby wykorzystać dla potrzeb wywierania presji na sędziów. Ot, pokusa zbyt silna, by jej nie ulec. To akurat, w przeciwieństwie do wydumanego problemu dotyczącego wyboru sędziów do KRS, uznać należy za realne zagrożenie niezawisłości sędziowskiej.
Jeśli jakakolwiek część środowiska sędziowskiego miałaby się do pomysłów takich przychylić, to chyba tylko dlatego, ze obstawia wygraną tej strony, której sama sprzyja, licząc, że to właśnie ona na długie lata „domknie system”. Rozumowanie takie obarczone jest oczywistym błędem, zakłada bowiem milcząco istnienie czegoś takiego jak „koniec historii”, w którym zwycięzca zajmuje miejsce na podium po wsze czasy. Teza o tak rozumianym końcu historii została jednak tyle razy skompromitowana, że nie sposób traktować jej poważnie, jeśli bowiem rzeczywiście historia czegokolwiek uczy, to tego jedynie, że ona sama nigdy się nie kończy, system zaś raz domknięty eroduje adekwatnie do szczelności, z jaką go domknięto. Niechybnie prowadzi to do jego załamania się. Wstrząsy, które przy okazji nastąpią, okazać mogą się w przyszłości jednako groźne dla obu stron dzisiejszego sporu, jak również dla samych sędziów, którzy w spór ten nieopatrznie dali się wciągnąć.