Mamy poważny problem z mediami społecznościowymi. Z ich cenzurą, z bańką informacyjną, manipulowaniem. Trzeba wyrobić w sobie przyzwyczajenie, że wiadomości trzeba weryfikować czy to na Facebooku, czy w gazecie. Że do wszystkiego trzeba podchodzić z krytycyzmem
Michał „rysiek” Woźniak założyciel Warszawskiego Hackerspace, członek społeczności hakerskiej w Polsce i poza jej granicami, propagator wolnego oprogramowania i otwartych technologii. Od marca 2015 r. ekspert techniczny w Organized Crime and Corruption Reporting Project. / Dziennik Gazeta Prawna
Reklama
Kilka miesięcy temu, gdy rozmawiałam o Facebooku oraz nakładanych przez niego blokadach, eksperci uważali to za problem niszowy. Aż tu nagle FB, w końcu prywatna firma, zawiesił w Polsce co najmniej kilkanaście kont osób związanych z prawicowymi organizacjami. Bo uznał publikowane przez nie treści za nieodpowiednie.

Reklama
I sprowokował środowisko do protestów. Nie wiem, co dokładnie siedzi w ich głowach, ale cieszy mnie, że zaczęli głośno protestować przeciw blokadom treści na Facebooku. Ale mam podejrzenie, że to z ich strony zagranie cyniczne. Że gdyby dotyczyło, jak oni mawiają – lewaków, poruszenia by nie było. Nie wydaje mi się, by domagali się prawa do nieskrępowanej wypowiedzi dla wszystkich.
Ale podczas niedawnej dyskusji u rzecznika praw obywatelskich na temat FB padały konkretne zarzuty związane nie tyle z ochroną danej opcji politycznej, co z głębszą refleksją na temat tego, jak są gwarantowane nasze prawa w dobie mediów społecznościowych.
To świetnie, że zaczyna się budzić w nas świadomość tego, że mamy poważny problem z mediami społecznościowymi. Z ich cenzurą, z bańką informacyjną, manipulowaniem informacją. Przywołano w tej dyskusji eksperyment, który zrobił kilka miesięcy temu FB, zmieniając użytkownikom dostępne treści, tak że część otrzymywała tylko pozytywne, a część negatywne. I obserwowano, jaki to będzie miało wpływ na używanie portalu. Manipulowano ludźmi bez ich wiedzy, więc był to czystej wody eksperyment społeczny. Przerażające jest to, że takie działania są w ogóle możliwe, i to, że korporacja w tym eksperymencie nie widziała problemu. Mamy dowód, że FB może manipulować ludźmi, i to nawet nie publikując fałszywych informacji. Wystarczy drobna zmiana w algorytmie i już dociera do nas coś innego, co może wywołać u nas zmiany w zachowaniu.
Regularnie słyszymy, że media tradycyjne są niepotrzebne, bo wszystkiego można się dowiedzieć z mediów społecznościowych. Z czego wynika tak wielkie do nich zaufanie?
Ludzie wiedzą, że musi być pluralizm. Wiedzą, co znajdą na Gazecie.pl, co na NaTemat.pl, a co na stronie „Gazety Polskiej”, i wiedzą, że to będzie tylko wycinek rzeczywistości. A korzystając z mediów społecznościowych, wydaje nam się, że nie ograniczamy się do wycinka rzeczywistości, że dostajemy szerokie spektrum informacji dzięki tym „neutralnym przekaźnikom”. Tyle że one wcale nie są takie neutralne. I tu pojawia się najważniejszy temat jak zresztą na debacie zauważył rzecznik praw obywatelskich: edukacja. Trzeba wyrobić w sobie przyzwyczajenie, że informacje trzeba weryfikować czy to na Facebooku, czy w gazecie. Do wszystkiego trzeba podchodzić z krytycyzmem. Że do wszystkiego trzeba podchodzić z krytycyzmem. Tego musimy i siebie, i nasze dzieci uczyć. Skoro media społecznościowe działają w świecie wirtualnym, to odnosimy wrażenie, że same też poddane są innym, magicznym zasadom. Ale to, że wydają nam się bardziej wiarygodne, to nic więcej jak myślenie życzeniowe.
Czyli...
Trzeba inaczej podejść do sprawy. Sieć jest z nami może z 50 lat. Nie zdążyliśmy jeszcze, jako ludzkość, wypracować internetowej intuicji. Jak pojawiły się samochody, to okazało się, że mogą one wyrządzić dużo większą szkodę niż wóz ciągnięty przez konie. Całe lata zajęło zbudowanie prawa drogowego oraz wdrożenie edukacji, która jest dziś tak silna, że rozglądanie się na ulicy jest dziś odruchem. Nie wrodzonym, tylko nabytym.
Ale z internetem będzie trudniej, bo tu zagrożeń jest coraz więcej. I co chwila będą się pojawiać kolejne.
Nie zgadzam się. Po prostu musimy ten podział na świat wirtualny i realny w końcu pogrzebać. Przykład? Jest amerykańska NSA oraz rosyjska FSB, obie te agencje zaglądają nam do komputerów, patrzą, co robimy. Ludzie odpowiadają z zasady: nie mam nic do ukrycia, nie przejmuję się inwigilacją. Tak? Skoro nie masz nic do ukrycia, to czy mogę zrobić streaming wideo z twojej toalety?
Oczywiście, że mało kto się na to zgodzi. Gdy jesteśmy w sieci, to mamy – mniejsze lub większe – przekonanie, że jednak kontrolujemy to, co robimy.
Tyle że nie wiemy, jak zostanie to kiedyś użyte. Spójrzmy na dyskusje wokół e-maili Hillary Clinton, która, gdy była jeszcze szefową Departamentu Stanu, urzędowe e-maile, często opatrzone klauzulą „tajne”, trzymała na prywatnym koncie. Ujawnienie tego faktu być może pogrzebało jej szanse na fotel prezydenta. Kto by o tym pomyślał pięć lat temu? Zmienia się kontekst. Informacja, która dziś jest niewinna, kiedyś może kogoś wtrącić do więzienia. Internet naprawdę nie zapomina. Listy można spalić, a to, co posłaliśmy na serwery Google’a, Facebooka czy Twittera, będzie żyło przez wieki.
A sam masz konto na Facebooku?
Nie. I nigdy nie miałem, a z Twittera zrezygnowałem. Tyle że jestem świadomy, że zwykły Kowalski tak nie zrobi. Bo nie rozumie, jak wielkie zagrożenia mogą się wiązać z używaniem mediów społecznościowych. I dlatego właśnie ta edukacja jest tak ważna.
Poleciłbyś nam wszystkim kasowanie kont?
Sieci społecznościowe jako narzędzie są przydatne. I nie jest tak, że uważam je za samo zło. Mam problem z centralizacją i z kontrolą, którą te duże korporacje mogą nad nami zyskać. Gdyby tu było jak w tradycyjnych mediach, że mamy różnorodność, że mi się nie podoba jedna gazeta, to mogę sięgnąć po inne – to nie ma problemu. Ale pozwoliliśmy na to, by powstała i działała firma, która ma dostęp do korespondencji już 2 mld ludzi. Oczywiście FB będzie twierdził, że on pozostaje neutralny, że tylko zapewnia infrastrukturę. Ale już raz przyznał, że manipulował pokazywanymi wiadomościami, a przecież dla milionów portal Zuckerberga stał się głównym źródłem informacji. Kto wie, czy za kilka lat takie manipulowanie nie będzie miało na celu np. przyjęcie lub nie jakiejś zmiany w prawie.
Po ostatnich wyborach w USA coraz głośniejsza staje się debata o tym, czy i jak media społecznościowe przyczyniły się do jej wyniku. Wskazuje się, że w mediach społecznościowych pojawiały się fałszywe informacje, które były przez tysiące osób lajkowane i podawane dalej. Czyli już funkcjonujemy w świecie postprawdy, w którym ta się nie liczy, a najważniejsze są emocje?
Niestety tak. Znajomy, któremu tematy technologiczne nie są obce, rozmawiał ze mną o tym, jak to możliwe, że Trump wygrał, że przecież jeszcze nigdy ludzie nie mieli takich możliwości dostępu do informacji i ich weryfikowania. I bez problemu można było sprawdzić choćby te opowieści o poparciu papieża dla Trumpa. Tyle że my ich nie sprawdzamy. Nie zdając sobie z tego sprawy, żyjemy w bańkach informacyjnych, czyli otoczeni jesteśmy informacjami, które potwierdzają nasze zdanie, poglądy, gusty. Co więcej, bańkach tworzonych teoretycznie dla naszego dobra. Przykład: szukasz hoteli w dobrym standardzie, a więc algorytm przy kolejnej podróży pokaże ci właśnie takie hotele, oczywiście po to, by ci było łatwiej wybrać. To samo dzieje się w kontekście informacji politycznych, ekonomicznych, społecznych. Zamykamy się coraz bardziej w bańce i w tym, co nazywa się echo chamber (pokoje echa), mamy tendencje do otaczania się znajomymi, którzy mają takie same poglądy jak my. I tak mój znajomy o lewicowych poglądach będzie miał inne wyniki wyszukiwania niż prawicowcy, a obaj nie będą o tym wiedzieli. I nigdy nie wymienią się ze sobą swoją wiedzą czy przekonaniami.
Ale przecież cały internet o czymś pisze...
Tylko twój FB i twój Twitter, ale nie całe sieci.
Dlaczego tak bezwarunkowo przyjmujemy za prawdę to, co pojawia się w sieciach społecznościowych?
Bo jesteśmy leniwi. I nie czynię z tego wielkiego zarzutu. Musimy ograniczać swoje działania, bo inaczej mielibyśmy problem z funkcjonowaniem. Przykład: na przeczytanie regulaminów, które obecnie dostajemy, potrzebowalibyśmy już 76 dni w ciągu roku. Więc odpuszczamy to sobie, choć przecież te wszystkie regulaminy mogą mieć na nas ogromny wpływ.
Ale kilka lat temu wybuchła jednak awantura o zmianę regulaminu w Naszej Klasie i masowe odejścia z tego portalu. A była to przecież zmiana znacznie mniejsza niż to, na co teraz bez szemrania zgadzamy się na Facebooku.
Po pierwsze media społecznościowe były wtedy mniej masowe, a dodatkowo Nasza Klasa nie była codziennym narzędziem pracy czy rozrywki, tylko dobrem luksusowym. Takim na sobotę, do przejrzenia, wrzucenia zdjęć. A teraz gdzie ludzie mają odejść? Facebook stał się monopolistą. Może się wydawać, że jest alternatywa, bo można przejść na Twittera, Google+ czy Diasporę, jednak portal Zuckerberga ma największy zasięg. Bo tylko on oferuje dostęp do 2 mld ludzi.
Mówisz o centralizacji, a wielu analityków i prawników podkreśla też zagrożenie prywatyzacją wirtualnej przestrzeni.
Więcej – po prostu publicznej. Kiedyś ludzie spotykali się na rynkach, na ulicach, dziś robią to w centrach handlowych, w miejscach należących do prywatnego właściciela. Jeżeli ktoś by zechciał tam zaprotestować, zachęcić do wypełnienia ankiety czy po prostu zadziałać społecznie, to bez uzyskania zgody właściciela zostanie wyprowadzony przez ochronę. Czyli nagle podstawowe mechanizmy demokracji, skrzykiwania się, uzgadniania, ściąganie zwykłych ludzi do protestowania znikają.
Możemy to jeszcze jakoś zatrzymać?
To jest bardzo poważny problem. Po pierwsze – musimy uznać, iż infrastruktura prywatna nie powinna być usługą publiczną. Co by się stało, gdyby nagle FB powiedział: zamykamy nasz interfejs, API (Application Programming Interface, czyli interfejs programistyczny aplikacji – określony zestaw reguł i ich opisów, w jaki programy komputerowe komunikują się między sobą) i nie pozwalamy już tym wszystkim usługom, które z niej korzystają, na dalsze wykorzystywanie i integrację. Pół internetu przestałoby działać. Zuckerberg przylatuje do Polski i z miejsca może się spotkać z polskim ministrem cyfryzacji. Jakim prawem? Czy ja bym tak mógł? Raczej nie, choć to ja jestem obywatelem tego kraju. Ja mogę co najwyżej wziąć udział w konsultacjach społecznych.
Co możemy zrobić, by tę prywatyzację i centralizację powstrzymać? Zmieniać prawo? Przecież mamy takie, które powinno działać tak w stosunku do realnej i wirtualnej rzeczywistości. Blokowani przez FB powoływali się choćby na polską konstytucję zakazującą cenzury prewencyjnej.
Zakaz cenzury prewencyjnej dotyczy tego, że instytucje państwowe nie mogą nakazać mediom, o czym mają, a o czym nie mają pisać. Tutaj medium jest Facebook i to on decyduje, na co się zgadza. Więc ten argument jest nietrafiony. Pozostaje pytanie, czy nie należało uznać FB za infrastrukturę pełniącą usługę publiczną.
I co by to dało?
Pojawiła się dyskusja na poziomie Komisji Europejskiej, w której rozważa się data portability, czyli umożliwienie zabrania ze sobą przez użytkownika wszystkich swoich danych i przeniesienia na inny serwis. Teraz na to nie ma szans i o tym właśnie kilka dni temu na dyskusji u RPO mówił współpracownik Mariana Kowalskiego z Ruchu Narodowego, któremu YouTube wykasował cały kanał. Przecież to były lata pracy, którą spuszczono w rynsztoku. Mogę się z tym, co ci panowie mają do powiedzenia, nie zgadzać, ale absolutnie nie zgadzam się z praktyką usuwania takich danych decyzją administratorów prywatnego medium.
Czyli jednak powinniśmy tworzyć narodowe sieci społecznościowe?
Byłbym bardzo ostrożny z przymiotnikiem narodowy. Ale to ciekawy pomysł, by państwa miały własne sieci społecznościowe, utrzymywane podobnie jak media publiczne. Takie, w których każdy obywatel mógłby mieć konto, o ile by chciał. Ten pomysł jest dla mnie interesujący, ale pod warunkiem że te krajowe serwisy „rozmawiałyby” ze sobą. Tak, że mając konto na jednym z nich, mogę utrzymać kontakt z użytkownikami pozostałych. Co więcej, jeżeli by mi ta oficjalna sieć nie do końca pasowała, to w oparciu o jej otwarte API mógłbym otworzyć własną, która znowu mogłaby się z innymi kontaktować. I wtedy FB nie byłby potrzebny. To jest technicznie do zrobienia. Ale czy jest do zrobienia politycznie? Kolejna opcja to jasne stwierdzenie, przez odpowiednie instytucje, że Facebook jest monopolistą. I tak go zacząć traktować.
Zmusić do podziału?
Zmusić to otwarcia API, by można się było kontaktować z użytkownikami FB bez posiadania tam konta, z poziomu innych serwisów. Bo teraz mamy sytuację, że nie tyle jest Facebook i inni duzi gracze, tylko Facebook i nic więcej. Pojawił się wręcz syndrom sztokholmski. Protestujący przeciw FB palili jego „flagi” i gdzie to pokazywali? Oczywiście na Facebooku. A wracając do pytania o to, dlaczego tak ufamy mediom społecznościowym... Ludzie uważają, że one są neutralne. Tyle że FB, Twitter czy Google jako prywatne korporacje nie są neutralne, przecież one mają swoje interesy. Facebook blokuje treści w Turcji, Indiach, Pakistanie na życzenie tamtejszych rządów. Rok temu wiceprezes Facebooka Richard Allan odpowiadał na jednej z konferencji na pytanie o te blokady i miał oczywiście przez PR przygotowaną formułkę o tym, że Facebook jest miejscem kultury, interakcji społecznych, że zależy im na tym, by ludzie mieli dostęp, i gdyby nie zgodzili się na warunki złych rządów, to nawet takiego dostępu użytkownicy by nie mieli. I Allan stwierdzał, że to z tymi złymi rządami trzeba coś zrobić. A moim zdaniem, gdyby te serwisy nie były centralnie zarządzane, nie poddawałyby się tak łatwo naciskom politycznym.
Jesteś tego pewien? Przecież drobni są słabsi.
Jestem. Mamy zdecentralizowany środek komunikacji. To najstarsza sieć społecznościowa, w której można się komunikować, wysłać zaproszenia, dyskutować w grupach, wysyłać zdjęcia, linki, wideo. Poczta elektroniczna. Nikt nie zarzuca e-mailowi jako protokołowi, że jest cenzurowany. Co więcej, nadal można utrzymać własny serwer pocztowy.
Ale czy gdyby nawet jakimś cudem wszystkie państwa świata zebrały się i przygotowały dla Facebooka propozycję zmian – to przecież byłaby to propozycja nie do odrzucenia. Musiałby się zgodzić.
Już sam fakt, że mówisz o zgodzie, jest znaczący. Firma może dyskutować, może brać udział w rozmowach, w konsultacjach społecznych, ale działa w porządku prawnym, który kształtują wybierane w danym państwie władze. Nie trzeba jej pytać o zgodę. Choć oczywiście porządne konsultacje społeczne są naprawdę niezbędne.
Czyli Komisja Europejska nakazuje FB zmiany? Pewnie w tym momencie portal, na którym konta ma ze 400 mln Europejczyków, lekko zmieni algorytm wyświetlania wiadomości...
Tak, by docierały do nich tylko głównie głosy krytyczne w stosunku do tego pomysłu. I pozamiatane, bo obywatele Unii odwrócą się od zmian wprowadzanych w ich imieniu. Tak, to bardzo możliwe. Dlatego właśnie tak ważna jest edukacja. Bez niej nie ma szans na realne powstrzymanie dalszego procesu zamykania w bańce filtrującej, oddawania naszych danych, prywatyzowania strefy publicznej.
Mamy tendencje do otaczania się znajomymi, którzy mają takie same poglądy jak my. I tak mój znajomy o lewicowych poglądach będzie miał inne wyniki wyszukiwania niż prawicowcy, a obaj nie będą o tym wiedzieli. I nigdy nie wymienią się ze sobą swoją wiedzą czy przekonaniami

Kup w kiosku lub w wersji cyfrowej