„To wszystko wina technologii”
Brzmi ciekawie, ale z prawdą nie ma nic wspólnego. Szybki rozwój telekomów zniósł bariery w dostępie do internetu, co powoduje, że jesteśmy bombardowani informacjami zarówno tymi pożytecznymi, jak i tymi o wysokim poziomie absurdu. Mamy również dostęp do niezliczonych gier i innych rozrywek. Ich wpływem na młode umysły zajmowano się już na początku XXI wieku, a wyniki badań wskazywały na pozytywny wpływ m.in. na refleks (np. gier wideo wymagających koncentracji przez znacznie więcej niż kilka sekund), spostrzegawczość czy koordynację ruchową. Przy jednym założeniu oczywiście: zachowanie umiaru. To on powinien być leitmotivem dyskusji o korzystaniu z portali społecznościowych. Umiar ma bowiem kluczowe znaczenie przy masowym zalewie rolek, postów i ogromnej ilości treści politycznych, plotkarskich, a przede wszystkim wobec trawiącego młodzież pragnienia zdobycia lajków i bycia zauważonym.
„Utrata koncentracji i zaangażowania”
Trudno się z tym nie zgodzić – naukowcy potwierdzają tezę o wpływie krótkich filmików na umiejętność koncentracji i skupienia się przez dłuższy czas na jednym zadaniu (nie tylko wśród młodzieży). Efekt uboczny: prokrastynacja. Przewijanie rolek czy postów można porównać do wciskania pilota TV – jest to zajęcie równie automatyczne, co nieangażujące intelektualnie, za to ogromnie czasochłonne, bo szukamy na kablówce czegoś, co błyskawicznie przyciągnie naszą uwagę, wyróżni się w jakiś sposób albo swoim przekazem nas wstrząśnie. Stąd popularność rozmaitych challenge'y, niektórych równie pomysłowych, co drastycznych. Obawy o zdrowie psychiczne i bezpieczeństwo młodzieży wobec złych wzorców (np. kult chudej sylwetki), hejt, prześladowanie, nękanie i innego rodzaju cyberprzemoc do tej pory wydawały się nieistotne wobec strumieni pieniędzy płynących z mediów społecznościowych. To się zmieniło.
„Nie da się ograniczyć dostępu do social mediów”
A jednak się da. Jak pokazał przykład kierunku rozwiązań przyjętych w Australii, niekoniecznie trzeba wymagać dowodu tożsamości i naruszać dane osobowe, żeby skutecznie sprofilować użytkownika, chociażby przy użyciu biometrii (rozpoznawanie twarzy i wieku) czy lokalizacji – mamy dziś (właśnie dzięki AI) całą paletę narzędzi. Osobną kwestią jest ryzyko naruszenia prywatności i de facto inwigilacja, może nawet na masową skalę. Nie można zapomnieć, że zakazany owoc będzie kusić, a ponadto, choć może trudno w to uwierzyć, w internecie jest wiele miejsc znacznie gorszych niż media społecznościowe.
„Nie wiedzą, jak odróżnić fikcję od realu”
Nie tylko młodzież ma z tym problem, a chociaż dorośli powinni posiadać znacznie bardziej rozbudowane filtry analizy krytycznej, wystarczy sprawdzić codzienne wiadomości, by stwierdzić, że większość dorosłej części ludzkości jest nadal tak samo naiwna jak dzieci. Dlatego jeżeli od małego nie będziemy uczyć, jak oceniać dochodzące do nas informacje, jak odsiać ziarno od plew, jak – w pozytywny sposób – kwestionować rzeczywistość i różne paradygmaty, to potem nikogo nie powinno dziwić, że młode umysły nie odróżniają wytworów Groka czy innego narzędzia AI od rzeczywistości. Jednocześnie to przecież wygląda tak bardzo wiarygodnie, nieprawda? Wobec ograniczonych zdolności poznawczych pozwalających odróżniać prawdę od fałszu coraz trudniej zaprzeczyć, że internetowy hejt i żądza „fejmu” za wszelką cenę mogą najzwyczajniej w świecie zabijać. I właśnie z tym problemem chcą (muszą?) się zmierzyć ustawodawcy w coraz większej liczbie państw. Trzymam kciuki.