Wielkie firmy technologiczne, takie jak Facebook czy Google, nie mogą dogadywać się z dostawcami internetu, żeby w zamian za dodatkową opłatę ich serwisy ładowały się szybciej. Operatorzy nie mogą zaś blokować lub spowalniać wybranych aplikacji tylko dlatego, że należą one do konkurencji.
Reklama
To sedno wytycznych wydanych w ubiegłym tygodniu przez Organ Europejskich Regulatorów Łączności Elektronicznej (BEREC), unijną agencję skupiającą UKE i jego odpowiedniki w państwach członkowskich. Wytyczne mają gwarantować neutralność sieci, czyli regułę, że wszystkie treści w internecie przesyłane są na równych zasadach. Zgodnie z nią dostawcy usług nie mogą np. dawać pierwszeństwa Facebookowi kosztem jego skromnej polskiej konkurencji ani w inny sposób ingerować w transmisję danych dla celów komercyjnych.
Problem w tym, że przez długi czas w poszczególnych krajach UE obowiązywały różne, często niespójne i nieprecyzyjne reguły dotyczące zarządzania ruchem w sieci, przez co jej neutralność pozostawała w sferze deklaracji. – W związku z tym zakres dozwolonych działań operatorów zależał od przyjętej przez nich interpretacji przepisów – ocenia radca prawny Paweł Gruszecki z kancelarii TML obsługującej firmy technologiczne.
Miało to się zmienić wraz z przyjęciem w listopadzie 2015 r. rozporządzenia w sprawie dostępu do otwartego internetu (nr 2015/2120). W teorii stworzyło ono wspólne ramy prawne zapewniające, że operatorzy, którzy działają na terenie UE, nie będą wykorzystywać swojej pozycji, by manipulować ruchem w sieci. Wytyczne BEREC doprecyzowują najbardziej niejednoznacznie i nazbyt ogólnikowo sformułowane zapisy rozporządzania, co ma pomóc w jego stosowaniu krajowych regulatorom. Z powodu licznych niejasności i wyjątków unijna regulacja była zresztą ostro krytykowana przez organizacje konsumenckie, a nawet same firmy technologiczne, którzy wspólnie ostrzegali, że koncerny telekomunikacyjne mogą wykorzystać zawarte w niej luki do faworyzowania wybranych usługodawców.
Najwięcej wątpliwości interpretacyjnych budziła kwestia, jakiego rodzaju ingerencje w ruch internetowy są dozwolone, a jakie nie. Dokument wydany przez BEREC wyklucza możliwość spowalniania lub blokowania stron i aplikacji poza kilkoma przypadkami. – Na przykład dostawca usług internetowych nie może dyskryminować podmiotów, których usługi zużywają ogromne ilości danych – tłumaczy radca prawny Jakub Woźny, specjalista od prawa telekomunikacyjnego z Kancelarii Prawnej Media. Chodzi np. o programy do bezpośredniej wymiany plików czy serwisy wideo online.
W wyjątkowych sytuacjach dostawcy internetu mają jednak prawo dławić przepustowość sieci, by złagodzić skutki jej czasowego przeciążenia (pod warunkiem że dotknie to nie konkretnych usługodawców, lecz kategorie usług). Interweniować mogą też w celu przeciwdziałania atakom hakerskim lub rozprzestrzeniania się wirusów, a także blokować treści bezprawne.
Operatorzy nie mogą za to odmawiać klientom dostępu do aplikacji mobilnych, które są dla nich bezpośrednią konkurencją ani promować jej kosztem własnych treści. To o tyle istotne, że koncerny telekomunikacyjne wielokrotnie podejmowały takie próby. Na przykład w 2011 r. KPN, czołowy gracz na rynku telefonii mobilnej w Holandii, ogłosił, że zamierza pobierać dodatkowe opłaty od klientów za korzystanie z aplikacji umożliwiających połączenia głosowe i wysyłanie sms-ów (Skype, WhatsApp), a więc oferujących darmową alternatywę dla jego usług. Plany te pokrzyżował jednak holenderski parlament, który rok później uchwalił przepisy zakazujące stosowania podobnych praktyk. W Polsce telefonię internetową do tej pory blokował Virgin Mobile.
Dostawcy internetu mogą zaś zarządzać ruchem, aby usprawnić korzystanie z niektórych serwisów czy stron. – Chodzi głównie o aplikacje, dla których kluczowe jest działanie w czasie rzeczywistym. W ich przypadku istotne jest bowiem, aby czas realizacji transmisji pomiędzy nadawcą i odbiorcą był jak najkrótszy. I w przeciwieństwie do wiadomości e-mailowej różnica np. pomiędzy 20 milisekund a 60 milisekund sprawia różnicę – tłumaczy mec. Gruszecki. Dotyczy to choćby komunikatorów internetowych czy aplikacji do wideokonferencji. – Środki służące do podwyższenia jakości transmisji powinny być przy tym przejrzyste, niedyskryminacyjne oraz niezbędne wyłącznie z technologicznego, a nie komercyjnego punktu widzenia – dodaje.
– Ograniczanie dostępu do konkretnych stron internetowych należało i w dalszym ciągu należy rozpatrywać pod kątem nienależytego wykonania umowy, co może być podstawą do wysuwania roszczeń odszkodowawczych wobec operatorów – zaznacza mec. Ewelina Grabiec, specjalistka od prawa telekomunikacyjnego w kancelarii ITB Legal.
Wbrew postulatom lobby telekomunikacyjnego zakazane jest tworzenie przez operatorów „internetowych autostrad” dla firm, które zechcą zapłacić za przyspieszoną transmisję danych. Wyjątek stanowi świadczenie usług specjalistycznych (niebędących usługami dostępu do internetu), pod warunkiem że nie ograniczają one przepustowości sieci dla zwykłych internautów. – Chodzi o usługi wymagające szczególnie wysokich parametrów technicznych, takie jak aplikacje do monitorowania stanu zdrowia – wyjaśnia mec. Woźny. Krytycy unijnego rozporządzenia wyrażali obawy, że ich definicja jest zbyt szeroka, przez co w praktyce dostawcy internetu mogliby oferować przyspieszone kanały transmisji, po prostu określając je mianem „specjalistycznej usługi”. Wytyczne BEREC wskazują, że krajowi regulatorzy powinni zweryfikować, czy zaklasyfikowana w ten sposób aplikacja nie omija przepisów dotyczących zarządzania ruchem tylko po to, aby korzystać z płatnej „internetowej autostrady”.
Nadal pozostało sporo wątpliwości co do stosowania zapisów rozporządzenia odnoszących się do taryfy zero (zero-rating), która polega na niewliczaniu niektórych usług do limitu danych do wykorzystania. Polscy operatorzy mają takie rozwiązania w swoich ofertach, np. proponują darmowy dostęp do Facebooka czy wybranej aplikacji muzycznej. Unijne przepisy zasadniczo nie zabraniają tej praktyki. – Wytyczne BEREC ograniczają możliwość zapewniania dla określonych serwisów bądź aplikacji nielimitowanego transferu danych. To do krajowych regulatorów będzie należała ocena, czy konkretne przypadki zero-ratingu tak naprawdę nie mają na celu zachęcania konsumentów do korzystania z konkretnych portali społecznościowych czy serwisów muzycznych – podkreśla mec. Grabiec.