Właśnie mija dekada od wydarzeń uznawanych za pierwszą odbywającą się w dużej mierze w sieci rewolucję polityczną. Rozpoczęta w 2011 r. Arabska Wiosna stała się podręcznikowym przykładem buntu, którego istotnym katalizatorem okazała się internetowa samoorganizacja.
Choć badacze nie są zgodni co do tego, czy rewolucja nie odbyłaby się bez ruchu w platformach społecznościowych, podkreślając, że niezadowolenie narastało już wcześniej, to nie ulega wątpliwości, że właśnie media społecznościowe umożliwiły spontaniczną organizację manifestacji na szeroką skalę.
Rewolucja na żywo
Reklama
Trafiające natychmiast do sieci i wielokrotnie powielane informacje o dramatycznych wydarzeniach (np. samospaleniu tunezyjskiego sprzedawcy Mohameda Bouaziziego, które rozpoczęło Arabską Wiosnę) potęgowały niezadowolenie i skłaniały do wychodzenia na ulice wzburzonych mieszkańców. To w internecie pojawiały się również filmy z nerwowymi reakcjami władz i nagrania dokumentujące agresję służb. Sieć w dużej mierze spowodowała również rozprzestrzenianie się rewolucji w poszczególnych krajach.
W Egipcie facebookowa strona „Wszyscy jesteśmy Khaledem Saidem” poświęcona pamięci zamordowanego w tym kraju blogera stała się jednym z najważniejszych kanałów budujących sprzeciw wobec władz. Drastyczne zdjęcia jego zmasakrowanej przez bezpiekę twarzy wysyłane w sieci stały się jednym z katalizatorów buntu.

Reklama
Platformy społecznościowe zniosły również istniejący wcześniej monopol symboliczny panujących reżimów. Opublikowany przez tunezyjskiego rapera protest song „Rais Lebled” stał się znakiem jaśminowej rewolucji, zyskał popularność również w Egipcie. Oczywiście na promocję w publicznych stacjach nie mógł liczyć - popularność zyskał na YouTubie.
Czy Arabska Wiosna pokazała już, że internet potrafi zmienić ustrój państwa? I tak, i nie. Z pewnością była to manifestacja siły cyfrowego świata, ale badacze zwracają też uwagę na rolę transmisji na żywo nadawanych przez Al-Jazeerę czy same narastające problemy społeczne przy stosunkowo dużej słabości aparatu państw objętych rewolucją.
Rola sieci w walce o wolność słowa jednak systematycznie rosła. Dwa lata później internet pomógł organizować się uczestnikom protestów na Ukrainie. W listopadzie 2013 r., podczas demonstracji przeciwko wycofaniu się rządu z umowy stowarzyszeniowej z Unią Europejską, rozpoczęła swoje nadawanie internetowa telewizja Hromadśke.TV, przekazująca odbiegające od dominującej rządowej narracji informacje. Pod koniec roku była już największą tego typu platformą w kraju.
Represje online
Przez minioną dekadę przekonaliśmy się, że internet może zatem pchnąć masy do społecznego sprzeciwu. Dowiedzieli się o tym jednak również decydenci w krajach narażonych na zamieszki.
Początkowo wydawało się, że autorytaryzmy są bezbronne wobec potęgi internetu, który stał się głównym narzędziem w rękach dysydentów. Metody represji znane z wcześniejszych buntów często okazywały się nieskuteczne. Przemoc wykorzystywana przy tłumieniu zamieszek sprzed ery internetu, choć często uspokajała ulice, to jeszcze bardziej potęgowała niezadowolenie w sieci.
Reżimy z czasem nauczyły się jednak działać w nowych warunkach. Przygotowały się do tego, by monitorować przepływ informacji, a w razie eskalacji napięcia posuwają się do blokady otwartych, najpopularniejszych portali. Reagują również aktywnie na przejawy niesubordynacji w sieci.
O tym, jak zmieniło się podejście państw do przepływu informacji aktywistów w mediach społecznościowych, widać dobitnie na przykładzie Hongkongu. W 2014 r. powstał tam ruch parasolek wyrażający swoje niezadowolenie z powodu proponowanych zmian w prawie wyborczym. Żółta parasolka stała się sieciowym viralem, wyrazem sprzeciwu wobec władzy, również manifestowanym w internecie. I podobnie jak w przypadku innych państw portale społecznościowe stały się istotnym miejscem wymiany informacji o demonstracjach pięć lat później - w 2019 r., gdy Pekin zamierzał wprowadzić ustawę pozwalającą na ekstradycję mieszkańców prowincji w głąb Chińskiej Republiki Ludowej.
Wówczas oprócz dotychczasowych działań prodemokratycznych aktywistów pojawił się również tzw. doxing - udostępnianie prywatnych informacji o oponentach. Z jednej strony przekazywano dane funkcjonariuszy oskarżanych o przemoc, z drugiej zwolennicy rządu ujawniali informacje osobiste o opozycjonistach.
Państwo zorganizowało też własną kampanię w sieci zniechęcającą do protestów. Potem władza poszła o krok dalej. W 2020 r. w czasie pandemii COVID-19 wprowadzono ustawę o bezpieczeństwie narodowym pozwalającą na intensywną infiltrację sieci. Dysydenci masowo usuwali swoje konta, które wcześniej były głównym kanałem komunikacji. „Dla waszego bezpieczeństwa kasujemy wszystkie wiadomości” - ostrzegał komunikat jednego z autorów na Telegramie.
Wojna przybiera na sile
Telegram stał się jednym z głównych kanałów komunikacji białoruskiej opozycji w ubiegłym roku w czasie wyborów prezydenckich. To również pokazuje, jak ewoluowały opozycyjne ruchy internetowe - z mainstreamowych serwisów postawiły na szyfrowane, dbające o anonimowość komunikatory wymykające się (choć ze zmiennym skutkiem) legislacji coraz częściej tłumiącej swobodną wymianę informacji w sieci.
O rosnącej potędze internetu, ale jednocześnie determinacji dyktatorów do zwalczania powstałego tam sprzeciwu można było przekonać się również w tym roku. W maju białoruskie służby, by walczyć z opozycyjnym serwisem Nexta, zmusiły do lądowania samolot lecący nad terytorium państwa. Tylko po to, by zatrzymać współzałożyciela portalu Ramana Pratasiewicza. Publikujący w sieci twórcy stali się tak ważnymi rywalami autokratów, że aby ich powstrzymać, warto narażać się na sankcje i krytykę opinii międzynarodowej.
W sporze na linii opozycja - autorytarna władza coraz bardziej liczy się również logika funkcjonowania platform społecznościowych, których głównym celem biznesowym jest zdobycie uwagi i czasu użytkowników. A to nie zawsze musi być zbieżne z działaniami na rzecz praw człowieka.
Przykładem może być Birma. ONZ-towska misja starająca się wyjaśnić okoliczności prześladowania i mordów na muzułmańskiej mniejszości Rohingja stwierdziła, że media społecznościowe niereagujące na mowę nienawiści walnie przyczyniły się do eskalacji przemocy. - Media społecznościowe w znaczący sposób zwiększyły poziom goryczy, podziałów i konfliktów wśród opinii publicznej - twierdził szef misji Marzuki Darusman.
Po początkowych sukcesach prodemokratyczne ruchy stoją przed większymi wyzwaniami niż kiedykolwiek wcześniej. Wraz z rozwojem technologii obywatele dostają nowe możliwości komunikacji, lecz także aparat państwa zyskuje silny oręż do zwalczania niepokornych jednostek. A to oznacza, że walka o demokrację za pośrednictwem sieci jeszcze się zaostrzy. O tym, czy tę batalię wygrają ci upominający się o prawa człowieka, zdecyduje nie tylko ich własna determinacja, lecz także wsparcie ze strony samych platform społecznościowych i instytucji międzynarodowych.