Bierz co chcesz…

Jest 10 stycznia 2010 roku. W czasie gali wręczenia nagród Crunchies Awards przyznawanych przez prestiżowy technologiczny serwis TechChrunch, założyciel Facebooka Mark Zuckerberg wygłasza swoje słynne przemówienie dotyczące końca ery prywatności.

- Ludzie czują się dziś komfortowo dzieląc się coraz większą ilością informacji z coraz szerszym gronem odbiorców – przekonywał wówczas CEO najpopularniejszego serwisu społecznościowego. Zuckerberg zasugerował również, że prywatność przestała być już pożądaną normą społeczną do czego – jak sam przyznał – przyczyniła się rosnąca popularność blogowania oraz serwisów społecznościowych.

Mówiąc o końcu ery prywatności Zuckerberg nie odkrył przed nami żadnej tajemnicy, a jedynie potwierdził, że obrany przez niego kierunek będzie kontynuowany. I rzeczywiście tak się stało, bo mniej więcej w tym samym czasie Facebook dokonał fundamentalnej zmiany w ustawieniach prywatności 350 mln użytkowników. Od tego momentu zamieszczane w serwisie zdjęcia, filmy wideo, jak również zmiany statusu stały się dostępne publicznie – o ile użytkownik samodzielnie nie zmienił domyślnych ustawień swojego profilu.

Kiedy kilka miesięcy później Nick Bilton, bloger internetowego serwisu New York Times zapytał jednego z wysoko postawionych pracowników Facebooka o stosunek Marka Zuckerberga do prywatności, w odpowiedzi usłyszał sugestywny śmiech i zapewnienie, że CEO technologicznego giganta w abstrakt zwany „prywatnością” po prostu nie wierzy. Być może pewność siebie czy nawet bezczelność Zuckerberga wynikała z faktu, że w prywatność wierzyć przestali również sami internauci.

Dla wielu z nas początek ery social media i pojawienie się takich serwisu, jak Facebook, Twitter, Google+ czy też polska NaszaKlasa.pl stało się okazją do dzielenia się wszystkim ze wszystkimi. Po kilku latach internet ugina się pod ciężarem milionów zdjęć, filmów i prywatnych informacji, które nigdy nie powinny być udostępniane publicznie.

Z tego faktu cieszą się nie tylko wielkie korporacje, które zarabiają na handlu big data (gigantycznymi zbiorami informacji), ale i cyberprzestępcy, którzy coraz częściej korzystają z naiwności i niewiedzy internautów, a przede wszystkim z ich zamiłowania do dzielenia się w sieci swoją prywatnością.

Powrót do przeszłości

Dziś, era internetowego „ekshibicjonizmu” powoli dobiega jednak końca. Świadczy o tym nie tylko coraz większa świadomość internautów w zakresie tego czym w internecie wolno się dzielić, a co wart zachować dla siebie, ale i zainteresowanie narzędziami i aplikacjami, którzy zapewniają prywatność lub chociaż jej namiastkę.

- Troska użytkowników o swoją prywatność w Sieci nie jest niczym nowym. Obawa o to, że ktoś będzie o nas wiedzieć więcej, niż sobie życzymy to na przykład jedna z istotnych barier rozwoju niektórych portali społecznościowych – podkreśla Norbert Kilen dyrektor ds. strategii w agencji social mediowej Think Kong. Serwisy internetowe, w pogoni za powiększaniem przychodów rozluźniają regulaminy, zmieniają je, często na niekorzyść użytkowników. To budzi naturalny sprzeciw ze strony internautów – dodaje. 

Przykładem potwierdzającym zwrot internautów w kierunku anonimowości w sieci jest popularność społecznościowej aplikacji Snapchat. Z pozoru niczym nie wyróżnia się ona spośród innych internetowych komunikatorów. Dlaczego więc kilka milionów użytkowników smartfonów zdecydowało się na korzystanie SnapChata? Powód jest prosty – wiadomości wysłane za pośrednictwem tej aplikacji są automatycznie kasowane wkrótce po ich otrzymaniu przez odbiorcę.

Innym sposobem na zapewnienie sobie internetowej prywatności jest łączenie się z internetem za pośrednictwem tzw. TOR-a (The Onion Router). TOR, to rodzaj wirtualnej sieci, która dzięki wykorzystaniu techniki nazywanej trasowaniem cebulowym (onion routing) zapobiega analizie ruchu sieciowego, a w konsekwencji zapewnia użytkownikowi niemal anonimowy dostęp do zasobów internetu.

Internetowy boom na prywatność w dużej mierze przyczynił się do sukcesu bitcoina – kryptowaluty, która przebojem wdarła się do świata finansów. Co prawda, transfery bitcoinów pomiędzy „rachunkami” są jawne i dostępne dla każdego, ale nie ma możliwości jednoznacznego ustalenia, kto jest posiadaczem „rachunku” o danym adresie, co zapewnia anonimowość obydwu stronom transakcji.

Prywatność – sposób na biznes?

Zwrot w kierunku prywatności i anonimowości w sieci nie uszedł uwadze największych internetowych graczy – z Facebookiem i Google na czele. Ten sam Mark Zuckerberg, który przez kilka ostatnich lat zarzekał się, że „prywatność nie jest już normą społeczną” nagle odkrył ją nowo. Jednak już nie jako normę, a nowy model biznesowy. Jak donosi, serwis Slate.com na niedawnym spotkaniu z inwestorami CEO Facebooka z podekscytowaniem mówił funkcjach i usługach zapewniających prywatności jako o kluczach do zapewnienia świetlanej przyszłości jego firmie.

- To na czym chcemy się skoncentrować najbardziej, to stworzenie czegoś w rodzaju prywatnych przestrzeni dla ludzi, którzy mogliby dzielić się ze sobą zasobami i wchodzić w interakcje, które nie byłyby możliwe nigdzie indziej – mówił Zuckerberg.

Jedną z takich „prywatnych przestrzeni” jest aplikacja Slingshot, która ma być odpowiedzią Zuckerberga na gigantyczny sukces odniesiony przez Snapchata. Snapchat – podobnie jak dziesiątki innych aplikacji – pozwala na przesyłanie zdjęć pomiędzy użytkownikami. Z tą różnicą, że w tym wypadku, aby obejrzeć otrzymane zdjęcie, należy jednocześnie odesłać nadawcy własną fotografię.

Prywatność wraca również na samego Facebooka. Możliwość anonimowego logowania, ograniczenie domyślnej widoczności wpisów czy też nowe narzędzie do kontroli reklam, to tylko niektóre ze zmian w polityce prywatności serwisu, do których doszło na przestrzeni ostatnich miesięcy.

Wiele wskazuje na to, że już wkrótce śladem Zuckerberga podążą inni giganci nowych technologii. Microsoft już od dawna stara się udowodnić, że ponad wszystko ceni sobie prywatność użytkowników swoich usług. Wystarczy wspomnieć o kontrowersyjnej kampanii „SCROOGLED”, która z jednej strony miała zniechęcić internautów do korzystania z narzędzi Google’a, a z drugiej wychwalała politykę prywatności Microsoftu.

Swoje podejście do prywatności internautów zmienia nawet wspomniane Google. Za dobrą monetę może tu wziąć choćby współpracę pomiędzy firmą z Mountain View a Komisją Europejską w zakresie tzw. prawa do bycia zapomnianym. Na swoich stronach Google umieścił specjalny formularz dla osób, które życzą sobie usunięcia z wyszukiwarki informacji, godzących w ich prawo do prywatności.

Czy działania podejmowane przez internetowych gigantów to początek nowej ery prywatności w sieci? Niestety, tak jak to w biznesie bywa, wszystko zależy od tego czy okażą się one opłacalne – nie tylko z wizerunkowego, ale i finansowego punktu widzenia. Norbert Kilen niema wątpliwości, że konflikt interesów, w który uwikłani są tacy giganci, jak Facebook, Google czy Microsoft w przyszłości będzie jedynie narastać:

- Myślę, że problem jest w zasadzie nierozwiązywalny. Firmy potrzebują danych o swoich użytkownikach, o ich zwyczajach, nawykach i cechach. Muszą je gromadzić, bo dzięki temu są w stanie oferować coraz skuteczniejsze usługi reklamowe. Dlatego jestem przekonany, że pełna prywatność, poufność przekazywanych danych wcześniej czy później stanie się dobrem luksusowym, czymś mało dostępnym – podsumowuje.