Spróbowałam na własnej skórze. Umiejętnie zastosowałam home branding, wykorzystałam selling point i home staging. Dziś sprzedaż czterech kątów to ekstremalna przygoda.
4,5 miesiąca od zaprezentowania oferty – twierdzą analitycy Home Broker. Średnio 5,5 miesiąca – wyliczają eksperci Metrohouse. Od wystawienia do sprzedaży mieszkania trzeba się naczekać. Rynek spowolnił, a sprzedających jest więcej niż chętnych do zakupu. I to mimo że jak zarzeka się Jerzy Węglarz z Home Brokera, mamy ostatnio odbicie.
– Sprzedaż mieszkań to dziś taki sam rynek jak innych produktów, a więc trzeba do niego podejść podobnie. Odkąd jest trudniej, ważne stało się odpowiednie wykreowanie wizerunku danej nieruchomości. Nazywamy to home brandingiem – mówi Łukasz Kruszewski, pośrednik z agencji Freedom Nieruchomości, który prowadzi także blog. Pisze w nim „niestandardowo o standardach na rynku nieruchomości”, opowiada, jak się taką markę tworzy. – Po pierwsze trzeba przeprowadzić analizę rynku i analizę SWOT danego lokalu, czyli wskazać wszystkie jego mocne strony i ograniczenia, oraz wyobrazić sobie idealnego klienta właśnie na nie. Pod niego wspólnie z właścicielem trzeba odkryć i wskazać jakąś niepowtarzalną cechę mieszkania, czyli selling point. To może być 25-metrowy salon, duży i ładnie oświetlony taras, a może wygodna garderoba albo świetne położenie – tłumaczy Kruszewski i dodaje, że w następnej kolejności mieszkanie musi być do sprzedaży przygotowane, a to oznacza sprzątanie, być może nawet remont. Potem trzeba je profesjonalnie sfotografować i zwizualizować w sieci, czyli po prostu dać ogłoszenie w serwisach. Na koniec czwarty element, być może najbardziej newralgiczny, czyli bezpośrednia prezentacja kupującym. I o to też trzeba zadbać, przekonać właściciela, by opuścił na ten czas lokal, dzięki czemu potencjalni klienci nie będą skrępowani.