Nie chcesz już żyć w bloku ani w domku? To musisz być jak oni – cierpliwi, uparci, zawzięci. Zero wahania. Bo przyjdzie ci stanąć przed niejednym wyzwaniem.
Reklama
Magazyn DGP / Dziennik Gazeta Prawna

Reklama
Moi bohaterowie zapewniają, że gdyby tylko mieli okazję, kupiliby a to młyn, a to wieżę ciśnień, a to np. stodołę z oborą, i to właśnie w nich zamieszkali – tłumaczyłam przedstawicielom zaprzyjaźnionych biur nieruchomości. Sama wertowałam aktualne oferty nieruchomości, ale również ich prosiłam o zebranie nietypowych przykładów z ostatnich lat. – Niektórzy z nich sami nawet zdecydowali się postawić dom na wodzie – dodawałam.
Czekałam na e-maile.
Przejazd przez środek
Marta Kochanek-Zbroja, malarka: Z początku zawsze jest pod górę. Bo kombinujesz: a może nowy dom? Ale to grubsza sprawa – i finansowo, i organizacyjnie. Może dom z ogłoszenia? Ale nic się nie trafia. Był rok 2008, kiedy wymyśliliśmy sobie, że chcemy starą chałupę. W końcu wpadasz na pomysł – ogłoszenia przy sklepach spożywczych w małym miejscowościach – i nagle dzwoni telefon: „Mamy do sprzedania stodołę z oborą”. Czemu nie, myślimy i wsiadamy do samochodu. Stodoła jak stodoła, przejazd przez środek, po lewej zasieki na siano. Za to z pięknym widokiem na łąki, las, a nawet park narodowy. A wiadomo, chałupa jest zawsze od ulicy i z widokiem na chałupę naprzeciwko.
Stodoła w stanie dobrym, obora – raczej kiepskim, sklecona z byle jakich cegieł i pustaków, bo tak się budowało w latach 50. I natychmiastowa decyzja: co by nie było – kupujemy. Cena dobra, a adaptacja i tak trzy razy tańsza niż stawianie wszystkiego od początku. Bo jest i konstrukcja dachu, i są ściany, jest i jakakolwiek elewacja.
I wtedy wszystko się zaczęło. Podmurówka, wylewanie podłogi, ocieplanie metodą skandynawską, czyli od środka, montaż kominka, który turbinami rozprowadza ciepło do pokojów – spokojnie można tam mieszkać, nawet jak jest minus 10–15 stopni. Cała wieś się śmiała – sami mężczyźni cały miesiąc siedzieli w środku i nie wiadomo było, co też tam robią. Bo jeszcze wtedy nie było nawet okien, nic.
Kiedy mnie pytają, czy każdy może się porwać na mieszkanie w stodole, odpowiadam krótko: „Nie”. Na to trzeba mieć pomysł – na szczęście chwilę wcześniej byliśmy u znajomych, też w stodole, tyle że poniemieckiej. W połowie murowana, w połowie drewniana. Piękna. Mieliśmy więc wgląd, jak takie wnętrze może wyglądać. Poza tym kupiliśmy kilka albumów o amerykańskich i brytyjskich stodołach, które przerabia się na domy. I tak: od południa wrota zamieniliśmy na przeszklenie, żeby był widok na łąki. W salonie – ma 50 mkw. – zachowaliśmy wszystkie oryginalne belki, nawet ocieplenie daliśmy niekiedy cieńsze, żeby tylko było je widać. Wycięliśmy okna – wąskie od strony kuchni i sypialni córki (łącznie są cztery sypialnie), bo nie chcieliśmy, żeby nas sąsiedzi podglądali. Ściany obiliśmy boazerią i pomalowaliśmy na biało, więc całość wygląda jak skandynawska chałupa.
Zachowaliśmy nie tylko belki, ale też oryginalne wrota i przejazd dla traktorów. Zniszczony, pełen dziur i gwoździ. „Ale to piękne, szerokie, stare dechy – zostawiamy je”, zdecydował mąż. Obok położyliśmy świerkowe deski, podobnej szerokości, żeby pasowały do reszty pomieszczenia.
168 wiader z pompą
Anna Bukowska, szefowa Uniwersytetu Dziecięcego UMCS w Lublinie: Mieszkamy w starym młynie już od 15 lat i cały czas trwa remont. Dziś wymieniamy dach, bo ten 80-letni już się do niczego nie nadawał. Większość prac z reguły wykonujemy własnymi rękami, bo od fachowców słyszeliśmy tyko: „Za dużo brudu, za dużo pracy, nie da się”. Na początku zmuszeni byliśmy w ogóle wynosić wiadrami starą mąkę i zboże wymieszane z mysimi odchodami – w końcu młyn był nieużywany od kilkudziesięciu lat. Liczyliśmy nawet te wiadra, ale przy 168. stwierdziliśmy: co to za różnica, czy będzie ich 200 czy 300. I tak trzeba się tego wszystkiego pozbyć.
Zdecydowaliśmy też, że zostawimy z dawnych maszyn tyle, ile tylko się da. I tak np. w salonie mamy zuber, czyli urządzenie do wstępnego mielenia ziaren, oraz walce. Wielkie, nieporęczne, ale nie po to kupowaliśmy młyn, żeby je wyrzucać. W kuchni szafka pod zlewozmywakiem to połowa zbiornika ma mąkę; podobnie jak wyspa kuchenna. Okap nad kuchnią powstał z kolei ze zsypu na mąkę.
Skąd w ogóle pomysł na młyn? Do miasta nigdy nas nie ciągnęło, z kolei ceny domów w Lublinie były 50 proc. wyższe niż w Łodzi, gdzie wcześniej mieszkaliśmy. Myśleliśmy, że kupimy coś do remontu, ale to też było poza naszym zasięgiem. I tak przypadkowo, z ogłoszenia, dowiedzieliśmy się, że jest do kupienia młyn – 300 mkw. Zobaczyliśmy, spodobał się nam i podpisaliśmy umowę. Po latach mieszkania tutaj jesteśmy zadowoleni z tego, co mamy. Ale śmiejemy się z mężem, że gdyby, nie daj Boże, któremuś z nas do głowy przyszło, żeby kupić jeszcze jeden, to drugie ma mu to wybić z głowy. Bo to praca ponad ludzkie siły. Chwilowo nam musiało rozum odjąć. Tym bardziej że jak zaczął śnieg topnieć – młyn kupowaliśmy zimą – to zobaczyliśmy dookoła zwały śmieci. Potem przyszło nam też naprawić drogę, bo koleiny były tak wielkie, że nie sposób było przejechać. Na szczęście sąsiad ją zaorał i zabronował, a z czasem została utwardzona. Teraz notorycznie nam woda do piwnicy podchodzi – mamy 5 metrów od rzeki. Ale kto by się tam tym przejmował. Wyszliśmy z założenia, że skoro 80 lat się tak działo, teraz też się nam nie pogorszy. Włączamy pompę i zapominamy o sprawie.
Mleko z grzybem
Wojcek Czern, muzyk, właściciel studia nagrań: Nie tylko o sam budynek i jego położenie mi chodziło, ale przede wszystkim o ludzi. Tutaj nawet pożar niestraszny. Kiedy spłonęło poddasze, dostaliśmy wsparcie, jakiego w ogóle się nie spodziewaliśmy. Ktoś zaproponował, że możemy u niego zamieszkać, dopóki się nie ogarniemy. To był koniec zimy. Duże mrozy. Ksiądz ogłosił zbiórkę, a sołtysowa przyszła z pieniędzmi od tych, których akurat nie było wtedy w kościele. Wzruszyłem się i nie wyobrażam sobie życia gdzie indziej.
Ale początki nie były łatwe. Z zewnątrz budynek był mocno zniszczony – w zasadzie nadawał się tylko do wyburzenia. Jak pierwszy raz tam wszedłem w 1996 r., to miałem wrażenie, że jestem na pokładzie statku kosmicznego. Wszędzie grzyby i glony, a do tego śluz i wilgoć pokrywające zmurszałe belki. Ale jak się ma 30 lat, to jest się nadmiernie optymistycznym, i wydawało mi się, że jakoś to będzie. Bardzo mnie też ucieszyło, że ani jedna szyba nie była wybita, a w budynku był prąd. Poza tym podobała mi się działka – nierówny teren i źródło – oraz parazabytkowa bryła budynku, bo wcześniej mieściły się tu piekarnia i mleczarnia, a na górze także szkoła i mieszkanie nauczycielki. Układ pomieszczeń w kontekście mieszkania był nieoczywisty. Jak dla mnie to największa zaleta tego typu budynków, nie licząc ceny – sprzedaliśmy mieszkanie w bloku, kupiliśmy nieruchomość i jeszcze nam zostało drugie tyle na remont.
Poszukiwania trwały długo, bo wyszedłem z założenia, że najlepiej znaleźć nieruchomość, która jeszcze nie trafiła na sprzedaż. Wcześniej nawet oglądałem działki, które w mniemaniu sprzedającego były przepiękne, ale co z tego, skoro był to prostokąt lub kwadrat zaoranej ziemi. I ani jednego drzewa. Aż pewnego razu, jak wracałem z Kazimierza Dolnego, zainteresowałem się opuszczonym budynkiem po lewej stronie drogi. Mijałem go często, ale tym razem postanowiłem zapytać, do kogo należy. „Panie, to gminy jest” – usłyszałem od zagadniętej kobiety. Pojechałem do wójta. Kiedy mówiłem, że chcę się tu przenieść z miasta, patrzył na mnie wzrokiem bazyliszka. Po czym z hurkotem odsunął krzesło i powiedział: „Trzeba nam w gminie świeżej krwi. Pomogę panu”. I tak się stało – jeśli na papier miałem czekać do dwóch tygodni, to miałem go od ręki albo na drugi dzień. Znajomi, którzy budowali się w tym samym czasie, mówili, że to jest męka pańska. W urzędach spychologia, granie na zwłokę, trzymanie się przepisów, które się nawzajem wykluczały, narzekali jeden przez drugiego.
Schody do szafy pancernej
Aleksandra Żwan, artystka: Odkąd żyję w pofabrycznej przestrzeni, czuję niesamowitą więź z tymi, którzy mieszkają inaczej – wszystkie te niestandardowe sposoby stają się mi bliskie, atrakcyjne i jakby bardziej w zasięgu ręki. Już samo wyjście poza normę mieszkalnictwa daje poczucie wolności, choć w moim rozumieniu dom jako przestrzeń, której każdy potrzebuje, to bardziej kwestia tego, kim jestem, a nie tego, gdzie jestem.
Jak to się wszystko zaczęło? Mój dawny partner szukał miejsca na magazyn, a kiedy znalazł je w Konstancinie, zaczęliśmy się zastanawiać nad znalezieniem sobie lokum gdzieś bliżej. Oferta była jednak niezadowalająca. Albo nowe osiedla, które nas nie interesowały, bo źle się kojarzyły, albo podnajmowanie części prywatnych domków, co też nie bardzo nam odpowiadało. Podczas jednej z rozmów z właścicielką magazynu przyznaliśmy, że nadal szukamy mieszkania. A ona – właściwie dla żartu – mówi: „Ja mam tutaj takie przestrzenie, które by się do tego nadawały”. Podchwyciliśmy to, jedno z miejsc tak nam się spodobało, że następnego dnia podpisaliśmy umowę na wynajem. Tak, wiem, to było szalone, inne, oryginalne, ale mieliśmy już za sobą pięć poważnych remontów, więc kolejny nas nie przerażał. Od razu też wiedzieliśmy, jak ta przestrzeń ma wyglądać.
To nie była rudera. Zawsze były tu dobre okna, więc wilgoć się nie wdarła. Panował za to duży bałagan, bo wcześniej robiono tu elektronarzędzia i było brudno – wszystko pokrywała kilkucentymetrowa warstwa kurzu. Trzeba to było wynieść, wiele rzeczy powyrzucać, niektóre zostawić. Powyburzać część ścianek, połatać dziury po drzwiach. Teraz to jedna wielka otwarta przestrzeń o powierzchni 110 mkw. z antresolą, którą wybudowaliśmy z elementów znalezionych na terenie fabryki, w tym ze schodów z XIX w. Zostawiłam też np. starą pancerną szafę.
Pamiętam, że jak mieliśmy tam zamieszkać razem, znajomi byli podekscytowani i chwalili decyzję, Kiedy zdecydowałam się przeprowadzić sama, stali się sceptyczni i pukali się w głowę. Z punktu widzenia reszty społeczeństwa było to kontrowersyjne, mnie wydawało się naturalne. Jestem artystką, więc lubię, jak moje życie jest atrakcyjnie wizualnie, a przestrzeń pofabryczna dodatkowo pobudza wyobraźnię. Mam wrażenie, że dzięki niej jestem bardziej twórcza. Poza tym ważne jest dla mnie i to, że jednego dnia mogę żyć w całkowitym odosobnieniu od miasta, bez hałasu, pośpiechu i jego intensywności, mogę nawet wyjść z kubkiem kawy na łąkę, a innego – jak zatęsknię za ludźmi, a jestem towarzyską osobą, wsiadam do samochodu i jestem od razu w centrum wydarzeń.
Pudełko z betonu
Kamil Zaremba, renowator zabytkowych drewnianych kościołów: Pierwsza próba to pierwsza odmowa. Jeden z urzędów odwodził mnie od pomysłu – jeśli dom będzie zatapialny, to nie wyrazimy zgody, argumentowali. Innym razem odmówiła holenderska firma – nie chciała słyszeć o budowie ze względu na mroźne zimy. Kra lodowa mogłaby uszkodzić konstrukcję, tłumaczyli. A ja przecież nie chciałem mieszkania w bloku, nawet większego. Dom na wsi też odpadał, bo we Wrocławiu córka miała szkołę, pianino... Poza tym i tak nie byłoby mnie na niego stać; boom na rynku nieruchomości spowodował, że ceny gruntów i mieszkań gwałtownie podskoczyły. Za nieruchomość, która wcześniej kosztowała 100 tys. zł, żądano ode mnie w 2006 r. nawet 300 tys. zł. Mimo to chciałem mieć własne lokum, bez uciążliwego sąsiedztwa. Musieliśmy więc zakasać rękawy i wymyślić je sami. Podliczyłem – jeszcze przed oficjalnym odsłonięciem domu – że w jego budowie pomagało mi blisko 200 osób. Każdy coś od siebie wniósł, to nie była tylko idea zapożyczona z Amsterdamu.
W efekcie dom przypomina duże, monolityczne, jednorodne pudełko z betonu, które waży 130 ton (konstrukcja domu plus meble kolejne 40 ton – red.). Zostało ono podzielone na komory, przy czym w każdej z nich zatopiono styropian wielkości samochodu osobowego. Nawet jeśli beton by się rozpadł, to dom nie zatonie – technologię udoskonaliliśmy na bieżąco. Koniec końców budowa trwała dwa i pół roku, ale od pomysłu do zamieszkania minęło aż osiem lat. Tyle zajęło uzyskanie wszystkich potrzebnych zgód.
Był jeden kluczowy moment, który dał mi pewność, że dom ostatecznie stanie. To było na wiosnę 2010 r., kiedy dostaliśmy decyzje wodnoprawną zezwalającą na cumowanie w centrum miasta. Ona była najważniejsza, choć jest kilka ustaw, pod które podlegamy, w tym np. prawo budowlane, ustawa o żegludze śródlądowej, o ochronie środowiska oraz o sporcie i reakcji. Ale nie było i nadal nie ma jednego urzędu, który by to wszystko umiał zarejestrować, jak samochód w wydziale komunikacji. Oficjalnie dom jest zaklasyfikowany jako jednostka pływająca typu statek. Ale w cudzysłowie: statek w postoju, bo nie muszę mieć stopnia kapitana żeglugi śródlądowej.
Ma 200 mkw., pięć pokojów, dwie łazienki i taras. Do tego klimatyzację, rekuperację i monitorowanie wilgotności. Siłą rzeczy brak: poddasza, piwnicy i garażu. Parking? Samochód zostawiam przed domem i płacę – jak wszyscy – abonament.
Od dworca do obory
Niestandardowych przestrzeni dla osób prywatnych jest jak na lekarstwo, przyznawali w odpowiedzi pośrednicy nieruchomości. Najczęściej powtarzają się dworce kolejowe, zlewnie mleka, lofty, ale zdarzały się też np. latarnie, a nawet dawne strażnice wojskowe. Zamki i pałace, jeśli już ktoś zdecyduje się kupić, to przeznacza z reguły na cele komercyjne. Leszek A. Hardek z firmy Intercentrum: – Słyszałem o budynku kotłowni na Śląsku, który został przerobiony na trzy mieszkania, a potem sprzedany. Podobnie było w woj. kujawsko-pomorskim, gdzie inwestor na kawalerki zamienił budynki produkcyjne, dokładnie magazyny. – Z ciekawszych przykładów? Koło Trójmiasta jest np. kościół, który pod koniec lat 80. kupiła osoba prywatna. Miała tam dom i pracownię. Ale po śmierci właściciela nieruchomość sprzedano i teraz jest tam galeria.
Danych dotyczących liczby niestandardowych miejsc do mieszkania nikt nie gromadzi – resort budownictwa też nie ma takich statystyk. Ale nieoficjalnie wiadomo, że ich liczba rośnie.
– Z czasem zrobiliśmy też obórkę, gdzie mieści się teraz moja pracownia i pokój dla gości, z łazienką i kominkiem; z oryginalnego wyposażenia są: belki, haki i łańcuchy krowie. Spokojnie jesienią i wiosną można tam spać. Zimą nikt nie próbował, bo nie było takiej potrzeby – cieszy się Marta Kochanek-Zbroja. – Oczywiście, że kusi nas, żeby tam mieszkać cały rok. Ale mąż ma dwie firmy w Warszawie, więc jest zajęty od rana do nocy, a i dzieci mają szkołę. Nie ma szans!
Zapewnia przy tym, że bardziej byłoby jej szkoda stodoły niż mieszkania w Warszawie. Gdyby kiedykolwiek musiała wybierać, co sprzedać.
Aleksandra Żwan: – Mieszkanie w fabryce odcisnęło już tak wielkie piętno na moim życiu, że nawet jeśli ta historia miałaby się skończyć dziś lub jutro, to zapisała się na tyle wyraźnie, że będzie zawsze wpływać na moje dalsze wybory.
Wojcek Czern: – Gdyby nie to miejsce, na pewno poszukałbym innego, podobnego.
Niestandardowych przestrzeni dla osób prywatnych jest jak na lekarstwo. Najczęściej trafiają się dworce kolejowe, zlewnie mleka, lofty, ale zdarzały się też np. latarnie, a nawet dawne strażnice wojskowe.