Czesław Rzeżnik z Warszawy od 52 lat pracuje w zawodzie kuśnierza... i wciąż kocha to, co robi, mimo konkurencji i malejącej liczby klientów gotowych płacić za luksus
Jest w tej chwili jednym z zaledwie 16 mistrzów tego zawodu w stolicy. A jeszcze w latach 80. działało w Warszawie 230 zakładów kuśnierskich. Po 1990 r. zaczęło ich ubywać i proces ten bardzo szybko postępuje. Czesław Rzeżnik nie poddaje się. Swój zakład na warszawskiej Woli prowadzi od 32 lat. Wcześniej przez 18 lat pracował w państwowych zakładach krawiecko-kuśnierskich „Ambasador”. Do szkoły nauki zawodu kuśnierza, trwającej trzy lata, trafił tuż po szkole podstawowej. Jednocześnie uczył się fachu i zdobywał dyplom w technikum ekonomicznym. Kuśnierzem jest też jego młodszy brat.
Teraz, mimo że jest już na emeryturze, nadal jest aktywny zawodowo. – Robię to, bo lubię swój fach, ale także ze względu na kontakt z ludźmi i pieniądze – mówi Rzeżnik.
Obecnie pracuje w zakładzie sam, to pozwala mu na obsłużenie jedynie 15 – 20 klientów w miesiącu. – Są to przede wszystkim usługi, niezwykle rzadko zdarza mi się szycie nowego futra – wyjaśnia sytuację zakładu. Wspomina, że w znakomitych dla branży latach 80. ubiegłego wieku zatrudniał 5 pracowników i niemal nocował w zakładzie, a zleceń miał kilkanaście razy więcej niż dzisiaj. – Z czasem zaczęło się to wszystko kurczyć. Naszą profesję powoli zabija import tanich wyrobów futrzarskich, coraz mniej pieniędzy u potencjalnych klientów i antyfutrzarskie kampanie ekologów – wylicza Czesław Rzeżnik.
Nasz rozmówca nie narzeka na biznesowy aspekt swojego zawodu. Obecnie udaje mu się zarobić tyle, by pokryć wszystkie koszty stałe i jeszcze wypracować minimalny zysk, mimo że cennika usług nie zmienia od blisko 10 lat. – Próba podniesienia cen skończyła się klapą. Klienci omijali mnie szerokim łukiem – mówi. Nigdy nie myślał o handlu wyrobami futrzarskimi. I nie żałuje, podaje przykład kolegów po fachu, którzy otworzyli pracownie – sklepy na kiedyś prestiżowej w Warszawie ulicy Chmielnej, bardzo szybko zbankrutowali ze względu na horrendalnie wysokie czynsze.
Warszawski kuśnierz nie narzeka ani na fiskusa, ani na ZUS. Z uwagi na wiek korzysta z ulg podatkowych. Reguluje wszystkie opłaty w terminie, a kiedy letnią porą panuje kompletna posucha, po prostu zamyka zakład, by nie płacić koniecznych składek. Zwykle nie pracuje w soboty, poza szczytem sezonu, ale w okresie listopad – styczeń jest to konieczność.
Jak widzi przyszłość swoją i zawodu? Nie ma następcy. Przewiduje: – Będę to ciągnął, dopóki będzie mi to dawać satysfakcję, ale dla tego zawodu nie widzę przyszłości. W całej swojej karierze wykształciłem zaledwie czterech kuśnierzy, z których tylko dwójka pozostała w zawodzie. Od 10 lat w całym warszawskim cechu nie został zarejestrowany żaden uczeń – szczerze ubolewa.
Kamienie milowe sukcesu
praca w renomowanej państwowej firmie
otwarcie własnego zakładu kuśnierskiego
utrzymanie klienteli dzięki polityce niskich stabilnych cen
podtrzymywanie kuśnierskich tradycji poprzez przynależność do cechu