Piotr Kraśko: Na początku powinniśmy zapytać, czy można było coś zrobić inaczej w roku 1989. Przypomnę: 600 proc. – tyle wynosiła inflacja w 1989 r. Jeffrey Sachs wspominał, jak sprawdzał, czy reformy gospodarcze działają. Wychodził na róg Świętokrzyskiej, patrzył, czy jest kiełbasa w sklepie, sprawdzał ceny jajek. Opowiadał też, jak chciał zadzwonić do żony, która była w ciąży. Kiedy w Hotelu Europejskim poprosił o połączenie, pani w recepcji powiedziała, że jeśli bardzo mu zależy, to jutro wieczorem da radę. Tutaj pytanie do pani Henryki Bochniarz: Czy była pani zaskoczona tym, co się wtedy działo i jak szybko się działo? Dla mnie był to absolutny fenomen: jednego dnia niczego nie ma w sklepach, a drugiego dnia jest wszystko, owszem, może nie w sklepie, ale na tych łóżkach polowych, bardzo blisko stąd.

Henryka Bochniarz: Wszyscy byliśmy tym zaskoczeni, nawet ci, którzy przygotowywali te reformy. Jednak strasznie denerwują mnie ci mądrale, którzy po 25 latach wychodzą i mówią, że coś można było zrobić lepiej. Przecież działaliśmy w jakimś zupełnie niewiarygodnym otoczeniu, kompletnie nieprzewidywalnym, właściwie bez żadnych doświadczeń, bo przecież nikt wcześniej z gospodarki planowej nie przeszedł do rynkowej. Jako minister przemysłu rządziłam 8 tys. przedsiębiorstw, z których codziennie kilkaset strajkowało, i szukanie sposobów na to, żeby nie doszło do bankructwa, znalezienie dla nich jakiejś ścieżki graniczyło z cudem. W tamtych warunkach wygrała i wciąż wygrywa polska przedsiębiorczość. Przecież gdyby ówczesne pomysły nie zostały podchwycone, gdyby nie było tych tysięcy ludzi, którzy następnego dnia ustawili sobie łóżka polowe i przywozili po trzy kilo kawy i pięć kilo bananów, to nic by z tego nie wyszło. Dla mnie z tego 25-lecia płynie jeden wniosek: przedsiębiorczość Polaków jest naszym niewiarygodnym, niedocenianym atutem. Ja się wziąż dziwię, że Polakom ciągle się chce, bo jeszcze bardzo długo naszą słabą stroną będzie chociażby kiepski poziom administracji. Jeśli popatrzymy jak administracja funkcjonuje w Niemczech czy we Francji, to widać, jak wiele trzeba zrobić.

Piotr Kraśko: Wielu młodych ludzi mówi dzisiaj: „23 lata temu było łatwiej”. Moi rówieśnicy w wieku 20–22 lat zakładali agencje reklamowe, które były wykupywane przez zagraniczne korporacje, i stawali się milionerami. Co wtedy umożliwiało sukces?

Andrzej Malinowski: Polacy w ogóle są narodem bardzo przedsiębiorczym. Działania, które zaczęły się w 1989 r., były nieco wcześniej poprzedzone sławetną ustawą Wilczka, która opierała się na prostej zasadzie: co nie jest prawnie zabronione, jest dozwolone. Dzięki temu mogły się pojawić te łóżka. Proszę jednak zauważyć, że po 25 latach mamy zupełnie inną gospodarkę, zupełnie inną strukturę przedsiębiorstw, ale one działają w ładzie ekonomicznym i prawnym, który został skrojony w drugiej połowie ubiegłego wieku dla kompletnie innej gospodarki. Te regulacje pochodzą z tamtej epoki, są po różnych liftingach. Ale dzisiaj, jeśli mamy realizować w praktyce tezę, że nie ma wolności bez przedsiębiorczości, to przede wszystkim tej przedsiębiorczości musimy dać wolność. Potrzebujemy nowego ładu skrojonego do potrzeb i możliwości polskiej gospodarki.

Henryka Bochniarz: Ja z kolei uważam, że dzisiaj jest dużo łatwiej. My nie mieliśmy takich możliwości jak crowdfunding czy fundusze unijne. Jeżeli ktoś ma dobry pomysł, to dzisiaj te możliwości są nieporównanie większe niż kiedyś.

Piotr Kraśko: Czy w tamtych czasach była wiara w to, że z państwowymi firmami da się coś zrobić? Czy raczej jak w przypadku Macieja Grelowskiego – wrzucić granat i poczekać, aż się wszystko rozpadnie, a następnie budować od nowa.

Maciej Grelowski: Dzisiaj mówi się, że prywatyzacja oddała za bezcen polski majątek, ale prywatyzacja była po to, żeby ratować miejsca pracy, i stanowiła fundament sukcesu kraju. Wszystkim prywatyzatorom, którzy do dzisiaj mają niedokończone procesy, jak min. Wąsacz, należą się pomniki przez wzgląd na ich upór, determinację i odwagę w tamtych czasach. Jako prezes Orbisu przeszedłem całą gehennę prywatyzacji. Wszystkim się wtedy wydawało, że to taka znana na całym świecie firma, w związku z czym wytypowano ją jako pierwszą do prywatyzacji. Orbis przekształcono w 1990 r., ale prywatyzacja zaczęła się dopiero 7 lat później. Kiedy obejmowałem stanowisko prezesa, w firmie pracowało 20 tys. ludzi. Kiedy odchodziłem – 4,5 tys., a moi francuscy koledzy zadbali o to, żeby to było 3,5 tys. W międzyczasie wartość firmy zwiększyła się parokrotnie. Na marginesie pragnę zauważyć, że związki zawodowe były wtedy wielokrotnie silniejsze, niż są dzisiaj, ale były też wielokrotnie mądrzejsze. Mówiliśmy, że są w centrum polityki, ale tak naprawdę były z dala.

Piotr Kraśko: Czasem mówiąc o tym, co można było zrobić inaczej, wspomina się sektor bankowy. W jego kontekście mówi się o repolonizacji. Czy prywatyzacja banków poszła za daleko?

Prof. Małgorzata Zalewska: Dzisiaj możemy stawiać innym krajom za wzór to, że polski sektor bankowy jest zdrowy, że od wielu lat nie było żadnej upadłości banku, że żaden bank w kryzysie nie korzystał ze środków pomocowych. Patrząc wstecz, trzeba powiedzieć, iż na początku nasze banki borykały się z różnymi problemami, bo dopiero uczyliśmy się zarządzania bankami w gospodarce rynkowej i w pewnym momencie ten napływ kapitału zagranicznego był bardzo pożądany. On także pozwolił nam zbudować zdrowy sektor bankowy. Biorąc pod uwagę, że projekt unii bankowej w dużym stopniu zakłada przenoszenie władzy nad bankami na poziom unijny, więc na udział kapitału zagranicznego patrzyłabym przez pryzmat unijny. NBP podjął dyskusję na temat repolonizacji banków. Na pewno warto mieć banki z przeważającym kapitałem polskim. Więc jeśliby się zdarzały okazje do tego, aby zwiększać udział kapitału polskiego w polskim, a tak naprawdę unijnym sektorze bankowym, to powinniśmy to rozważać i dyskutować na ten temat.

Piotr Kraśko: A pan wprowadziłby jakieś zmiany, panie prezesie?

Zbigniew Jagiełło: Na początku lat. 90 mieliśmy banki, ale nie mieliśmy bankowców. A w tej chwili mamy fantastyczną sytuację, z którą stykam się choćby w PKO BP: mamy doskonale wykształcone pokolenie menedżerów instytucji finansowych w średnim wieku. To jest bardzo fajna rzecz, bo oni wykształcili się w instytucjach, które pojawiły się w Polsce w latach 90., i w tej chwili jest z nich bardzo duży pożytek. A czy obecna struktura sektora bankowego jest dobra dla gospodarki? Nie. Mamy 40 proc. kapitału, o którym możemy powiedzieć, że ma decyzyjne centrum w Polsce, i 60 proc., który ma centrum decyzyjne gdzie indziej. Wydaje mi się, że odwrócenie tych proporcji byłoby dobre dla gospodarki i staram się to robić.

Piotr Kraśko: Margaret Thatcher zapytana kiedyś o podstawy gospodarki wolnorynkowej powiedziała, że sprawnie działające brytyjskie sądy. Czy kwestie związane z funkcjonowaniem sądów są dla polskich przedsiębiorców jakimś problemem?

Andrzej Mochoń: Jak Targi Kielce przekształcały się ze spółki z o.o. w spółkę akcyjną, to na rejestracje w KRS-ie czekaliśmy prawie rok. Na szczęście się nie spieszyliśmy, ale to był absurd, bo to powinno być załatwione w tydzień. Trudno zrozumieć, dlaczego tutaj nie jest możliwa poprawa, bo wszystkie statystyki pokazują, że w tej kwestii jesteśmy w ogonie UE.

Maciej Grelowski: Jestem zadziwiony tym, że bezpieczeństwo obrotu gospodarczego w Polsce jest tak nonszalancko traktowane przez państwo. Świadomość sądów, które muszą rozstrzygać o bardzo skomplikowanych strukturach gospodarczych, jest w najwyższym stopniu nieodpowiednia, a sędziowie, którzy miesiącami zwlekają z podejmowaniem decyzji, nie przekładają tego na straty, jakie ponosi polska gospodarka, oczekując na werdykty.

Piotr Kraśko: Kiedy przedsiębiorcy przychodzą rozmawiać o swoich problemach z prezydentem, to o czym mówią najczęściej?

Olgierd Dziekoński: Mówią przede wszystkim o ordynacji podatkowej, kodeksie pracy, administracji, sądownictwie, braku polityki proeksportowej. W związku z tym wszystkim system stanowienia prawa. Chciałbym jednak zauważyć, że sama swoboda nie wystarcza, jeżeli nie ma dobrej makroekonomii. Reforma z 1989 r. zbudowała mechanizm przewidywalnej, makroekonomicznej struktury polskiej gospodarki. Dopiero w ramach tej reformy swoboda ekonomiczna mogła być wdrażana w życie. Potrzebujemy także więcej „dorozumianego rozwiązywania problemów”: wtedy to poczucie wolności, zarówno w sferze przedsiębiorczości, jak i w sferze wolności osobistej, zbuduje większe poczucie odpowiedzialności. Bo wolność wiąże się z odpowiedzialnością, a w szczególności z odpowiedzialnością do rozwiązywania problemów. Dzisiaj bardzo często uciekamy od wolności, zasłaniając się paragrafem, niemożnością, Unią, sprzedajemy wolność za cenę bezpieczeństwa prawnego.

Piotr Kraśko: Mieliśmy też pomówić o tym, ile w gospodarce powinno być wolności, a ile regulacji. Na przykład w amerykańskiej debacie na ten temat padały przekonujące argumenty w obie strony. A w jaką stronę powinniśmy zmierzać w Polsce?

Mariusz Haładyj: Pewnie mniej regulacji. Od strony ministerstwa odpowiedź jest dosyć oczywista, ale nie jako zasada bezwzględna. Czasem podaję historię z życia. Powołałem kiedyś w resorcie zespół ds. doskonalenia regulacji gospodarczych, do którego zaprosiliśmy organizacje pracodawców, rzemiosła, Krajową Izbę Gospodarczą i dwie korporacje prawnicze. Jeden z pracowników resortu wpisał powołanie tego zespołu na listę czynników korupcjogennych. A więc – kiedy nie ma zespołu, który spotyka się w sposób formalny, otwarty, a nie gdzieś tam bilateralnie, między Wilczą a Kruczą, w czapce i z postawionym kołnierzem, żeby mnie nikt nie rozpoznał – to zagrożenia korupcją nie ma, ale gdy tylko pojawiają się mechanizmy, które mają zwiększyć przejrzystość, to u niektórych osób zapala się czerwona lampka. Pamiętajmy jednak, że w niektórych sytuacjach regulacje chronią przedsiębiorców. Nie ma reguły bezwzględnej, że tylko brak regulacji pozwoli nam na uwolnienie potencjału. Oczywiście tam, gdzie regulacje nie są potrzebne ani z punktu widzenia ochrony interesu publicznego, ani z punktu widzenia uczciwej konkurencji, bez wątpienia tych regulacji powinno być jak najmniej.

Piotr Kraśko: Problemy, o których mówią przedsiębiorcy, są te same od lat. Skoro wciąż mamy poczucie, że zmienia się niewiele, to właściwie dlaczego nagle miałoby się zmienić na lepsze?

Bożena Lublińska-Kasprzak: Właśnie zmienia się, i to od lat zmienia się na lepsze. Na koniec 1988 r. w Polsce działało 58 tys. firm, a dzisiaj mamy ich 1,8 mln. Dziennie w Polsce rejestrowanych jest około tysiąca firm, więc przedsiębiorczość Polaków jest naszą szczególną wartością. Regularnie pytamy przedsiębiorców o to, jakie są ich problemy, bariery, co im przeszkadza w rozwoju. To są głównie bariery administracyjne, przepisy podatkowe, ciągłe zmiany przepisów. Jednak cały czas możemy też wyróżnić obszary, które są słabością polskich firm. Polskie firmy słabiej rosną, słabiej inwestują, są mniej innowacyjne niż firmy w innych krajach unijnych. Kolejnym etapem powinno być: nie ma konkurencyjności bez innowacyjności – to jest kierunek, który powinniśmy obrać.

Andrzej Malinowski: Bądźmy szczerzy, mamy bardzo przeregulowaną gospodarkę. Cieszę się, że minister gospodarki systematycznie z tym walczy, ale on walczy nie tyle z nami, ile z innymi resortami. Gdybyśmy przyjrzeli się tzw. konferencjom uzgodnieniowym, to czasem zastanawiamy się, na co idą pieniądze z naszych podatków. Bardzo często, analizując poszczególne ustawy, widzimy w nich zapisy, które nie mają żadnego znaczenia gospodarczego. Naszym zdaniem mają bardzo ważne znaczenie, tzn. uzasadniają istnienie danego urzędnika. Jak państwo wiedzą, liczba tych urzędników w ostatnim okresie się zwiększyła. Mamy więc prosty klucz. Jesteśmy członkiem Unii Europejskiej i respektujemy jej regulacje. Przy pierwszych projektach unijnych polska administracja wykonała normy stachanowskie, tzn. 300 proc. normy w stosunku do tego, co rzeczywiście w tej Unii było potrzebne. Będziemy więc wspierali pana ministra w walce z przeregulowaniem naszej gospodarki.

Tomasz Hanczarek: Byłem kiedyś na spotkaniu biznesowym, na którym był obecny szef dużej fabryki w Polsce, zatrudniającej kilka tysięcy osób. Powiedział mi, że był już szefem fabryki w Brazylii, Hiszpanii i Niemczech. Ale nigdzie nie miał lepszych pracowników niż w Polsce. Dotyczy to zarówno pracowników liniowych, jak i brygadzistów, inżynierów czy kooperantów. Jest coraz więcej firm, które z Niemiec przenoszą linię produkcyjną do Polski. Nie dlatego że tu jest tanio, tylko dlatego że tu jest kapitalnie zmotywowana kadra pracownicza. To oznacza, iż niezależnie od tego, że nasz pracownik jest wciąż tańszy niż na Zachodzie, dostrzegane są pozostałe cechy: jesteśmy solidni, przedsiębiorczy. To niesamowite zwycięstwo społeczeństwa polskiego. Milion Polaków dostało dzięki mojej firmie pracę. Współpracuję z dwoma tysiącami firm. To nie są więc jednostkowe przypadki, to statystyka. Coraz częściej jesteśmy tak postrzegani, mimo wcześniejszych negatywnych opinii na Zachodzie. Może nam się bardziej chce, bo jesteśmy biedni? Może bardziej mamy to w kręgosłupie albo mamy większe ręce? Nie wiem. Ale my, Polacy, jesteśmy w tej chwili lepsi niż Zachód. Pytanie, czy więcej przedsiębiorczości, czy więcej regulacji? Czy możemy zestawić działania naszych polityków z działaniami polityków zachodnich? To byłoby bardzo trudne, nie ma takich miar. Jednak gdybym miał na coś stawiać, to postawiłbym na przedsiębiorców i naszych pracowników. Naprawdę, dajmy więcej wolności i odpowiedzialności przedsiębiorcom, bo jest dowiedzione, że oni są lepsi na tym etapie rozwoju niż na Zachodzie.

Henryka Bochniarz: Jeżeli nie zmienimy całego otoczenia, w którym funkcjonują przedsiębiorcy i polskie społeczeństwo, to będzie niestety niewystarczające, by się rozwijać. Coraz częściej mamy do czynienia z ogromną barierą polegającą na tym, że jeśli przedsiębiorców czekają problemy, to są oni właściwie skazani sami na siebie. Przyjmują bardzo zachowawcze postawy i myślę, że to pozwoliło nam przejść przez kryzys światowy, bo polskie firmy się nie zadłużały i nie inwestowały. Jeżeli nasze firmy nie przeskoczą następnego etapu, to oczywiście będziemy się chwalić, że mamy niemal 99 proc. małych i średnich firm, natomiast nie będzie to wystarczające do bycia konkurencyjnym w Europie i innych regionach. Aby tak się stało, firmy muszą się konsolidować, szukać partnerów zagranicznych. Ale zamiast podejmować ryzyko, przedsiębiorcy wolą zostać z tą swoją ciepłą wodą w kranie. Trzeba zrobić wszystko, by chciało im się więcej, niż tylko mieć środki na w miarę dobre życie. DGP opisywał historie różnych firm. Chciałabym kiedyś usłyszeć o przypadku, w którym do firmy, która nie płaci składek ZUS, zgłasza się sam ZUS i pyta, jak może pomóc. To samo dotyczy urzędów skarbowych. Firmy są we wrogim otoczeniu i stąd wynikają ich postawy „na przetrwanie”. Prawo stanowione jest myśleniem, że podatnik czy przedsiębiorca będzie chciał kombinować. W gospodarkach, w których ludzie czują, że są u siebie, firmy są skłonne do podjęcia ryzyka. U nas tak nie jest. Mamy w dodatku kompletnie odwrócony system konsultacji. Wtedy gdy potrzebny jest najszerszy dialog, niewiele się dzieje. A dopiero potem w trzecim czytaniu w Sejmie ktoś dopisuje przecinek i zmienia wszystko w ustawie. Trzeba zmienić system na tyle, by obywatele czuli się w nim komfortowo. W 1990 r. założyłam swoją firmę w pół godziny, a nie było systemów informatycznych i tego wszystkiego, co ułatwia i kontroluje ten proces. Jeśli czegoś nie zmienimy, polska przedsiębiorczość zatrzyma się na obecnym etapie. Jeżeli chcemy wykorzystać nasz potencjał, trzeba umożliwić tym, którzy tego chcą, wykonanie kolejnego kroku.

Andrzej Mochoń: Mało jest takich miejsc, jak targi, na których tak dobrze widać polską gospodarkę. To tam przedsiębiorcy pokazują swoje produkty i innowacyjność. Niestety, wnioski nie są optymistyczne. Na każdych targach, które organizujemy, specjalna komisja przyznaje medale branżowe. Bardzo często z trudem możemy wyłowić firmę, której ten medal może być przyznany. Dominują firmy zachodnie. Przy prywatyzacji na początku lat 90. zostały popełnione błędy polegające na zezwoleniu firmom, które weszły na polski rynek i które de facto kupowały 40-milionowy atrakcyjny rynek, na likwidację w tych sprywatyzowanych polskich firmach wszystkich ośrodków badawczo-rozwojowych. Tym samym polskie uczelnie nie miały dla kogo pracować. Dzisiaj efekt jest taki, że gdy na targach mamy stoiska uczelni, to tam nie ma produktów, myśli czy próby ekspansji. Najczęściej są ulotki i pojawiające się pytania, po co właściwie dana uczelnia chce w tych targach uczestniczyć. Problem wykorzystania dużych środków unijnych na laboratoria jest w tej chwili kluczowy. Jestem lekko sceptyczny, czy to się przełoży na dobro polskiej gospodarki.

Maciej Grelowski: Co do jednego jestem pewien: nie odnieśliśmy sukcesu. Nie zbudowaliśmy społeczeństwa obywatelskiego, nie jesteśmy upodmiotowieni. My rozmawiamy, ale się nie rozumiemy, nie przekazujemy treści. Mamy edukację, ale bez wiedzy. W tym zakresie mamy więc wiele do zrobienia.

Olgierd Dziekoński: Pan Tomasz Hanczarek, siedzący obok mnie, zaproponował: „Może w takim razie przedsiębiorcy do polityki”. Popatrzmy na kilka krajów, a szczególnie ten za oceanem. Tam nikt się nie dziwi na widok polityka idącego do gospodarki. W Polsce doszukujemy się przekrętów. W Wielkiej Brytanii jest obyczaj, że pracownicy rozmaitych sektorów służby publicznej idą na półroczny albo roczny staż do różnych przedsiębiorstw. Da się to zrobić. Żyjemy jednak w takim stygmatyzującym społeczeństwie, tzn. jak polityk, to już do końca. Jak przedsiębiorca, to doskonały, tylko czasem zbankrutuje. Potrzebujemy więcej horyzontalnej dyskusji i czasu dla siebie. Wówczas i pomysły będą lepsze. Innowacyjność nie bierze się z genialnego pomysłu, lecz z długiej rozmowy, wymiany poglądów i ulepszania tego, co jest.

Mariusz Haładyj: To, o czym mówimy, to przede wszystkim zmiany strukturalne. Tworzenie prawa czy deregulacja to bardzo długie procesy. Była mowa o zachwalanym przez wielu kapitale ludzkim, ale też o niskim kapitale społecznym. Od strony potencjału pracownika mamy wiele do zaoferowania, ale już dialog nie jest efektywny. Mam wrażenie, że było już tyle nowelizacji kodeksu postępowania cywilnego, które miały przyspieszyć postępowania, że być może z tej strony ten potencjał się wyczerpuje. Pytanie więc, co zrobić, by np. upowszechnić polubowną metodę rozstrzygania najbardziej powszechnych sporów między przedsiębiorcami. Mimo narzekania na instytucje, ciągle mamy do nich zaufanie. W przypadku kwestii procesów stanowienia prawa odpowiedź na pytanie, czy to regulować w konstytucji czy w przepisach powszechnych, jest sprawą drugorzędną. Możemy mieć najlepsze regulacje, ale jeśli nie zmienimy mentalności i nie zbudujemy kompetencji w administracji do tego, by to prawo było rzeczywiście tworzone, to tego nie dokonamy. Exposé premiera z 2011 r. było pierwszym, w którym szef rządu powiedział o ocenie skutków regulacji, tzn. by do podpisu prezydenta trafiały tylko takie projekty, które są dobrze oszacowane. Administracja ewoluuje w stronę większego zaufania, mimo iż są przypadki, że nie jest ona najbardziej przyjazna na świecie. W Ministerstwie Gospodarki jesteśmy silni wiedzą, którą jesteśmy zasilani przez przedsiębiorców i ich organizacje. Na ostatnim posiedzeniu Rady Ministrów przyjęto nowy regulamin prac rządu, który po raz pierwszy przesądził o tym, że konsultacje publiczne są obowiązkiem, a nie możliwością przy tworzeniu prawa. Wprowadzono też możliwość dokonania audytu przepisów już obowiązujących. Od lat mamy inflację prawa w Polsce. Wprowadzone mechanizmy skutkują tym, że gdybyśmy utrzymali tempo nieszybkiego procedowania ustaw, to tę inflację prawa moglibyśmy zmniejszyć niemal o połowę. Więcej czasu powinno się poświęcać dyskusji. I to się dzieje, ustawy są dłużej procesowane i rozpatrywane pod kątem skutków.

Zbigniew Jagiełło: Kto nam przeszkadza, żeby było lepiej? Rosjanie? Niemcy? Nie, my sami. W Niemczech zrobiono badania – z taką samą sprawą, w tym samym systemie prawnym zgłoszono się do dwóch różnych urzędów. W Niemczech Wschodnich szukano u tego petenta, czym zawinił i jak go ukarać. W Niemczech Zachodnich zastanawiano się, jak mu pomóc. W Polsce nadal mamy ten garb PRL, którego szybko się nie pozbędziemy. Minęło 25 lat, to jest życie jednego pokolenia. Gdy patrzymy wstecz, są dwie ważne rzeczy, które jednoczyły Polaków. Pierwsza to wstąpienie Polski do NATO z wcześniejszym wyprowadzeniem wojsk sowieckich. Drugą było wejście do Unii Europejskiej. Gdy zastanawiamy się, co po nas zostanie za kolejnych 25 lat, według mnie powinna to być modernizacja Polski we wszystkich obszarach. Chodzi o pozbycie się syndromu PRL polegającego na karaniu obywatela, a nie niesienia mu pomocy. To także zmiany w obszarze gospodarki, wyzwaniem są miejsca pracy dla młodych Polaków.

Andrzej Malinowski: Chciałbym poprzeć propozycję pana ministra Dziekońskiego. W imieniu swojej organizacji jestem gotów zadeklarować, że możemy przygotować system praktyk dla polityków w naszych przedsiębiorstwach (śmiech na sali). Zawsze jak coś się działo źle, rząd szukał wroga zewnętrznego. Mieliśmy już prywaciarzy, badylarzy, cinkciarzy, przez moment sadzano nas przy jednym stole ze służbami itd. Aby uniknąć w przyszłości tych etykietek, które wyrabiają opinię na temat polskich przedsiębiorców, jesteśmy gotowi takie praktyki dla polityków zaoferować.

Prof. Małgorzata Zaleska: Poruszamy się wokół zagadnień stanowienia prawa, innowacyjności i naszego społeczeństwa. W kwestii prawa nie wspomnieliśmy jeszcze o stabilności prawa. W Polsce często zmieniają się przepisy, co nie stanowi o stabilności prawa. Jeśli chodzi o innowacyjność, to trzeba podkreślić, że w naszym kraju są wyjątkowo małe nakłady na badania i rozwój. Wiele jest jeszcze do zrobienia w zakresie współpracy między przedsiębiorcami a uczelniami. Patrząc na społeczeństwo, bardzo dużo mamy do zrobienia w zakresie rzetelnego informowania o przedsiębiorczości, a także edukacji finansowej w sferze przedsiębiorczości. Trzeba kształtować właściwe postrzeganie przedsiębiorców już od najmłodszych lat.

Olgierd Dziekoński: Mówimy o stanowieniu prawa, ale co jest u źródła tego prawa? Często zapominamy o czymś takim jak etyka i standardy moralne. Często staramy się za pomocą procesów demokratycznych wyrzucić na bok te rzeczy, twierdząc, że prawem załatwimy nasze problemy. Nic bardziej mylnego. Istota dobrej przedsiębiorczości jest związana z budowaniem systemu etycznego. Trochę więcej etyki w życiu przedsiębiorców i w życiu publicznym, a będziemy mieli społeczeństwo obywatelskie.

Piotr Kraśko