Strategia firmy w stosunku do wydawców zmienia się o 180 stopni. Wyszukiwarka nie chce być już ich wrogiem
Internauci coraz bardziej mobilni / Dziennik Gazeta Prawna
W tym biznesie liczą się milisekundy – im dłużej ładuje się strona z artykułem, tym więcej internautów rezygnuje z czekania i zwyczajnie ją wyłącza. Zwłaszcza jeśli na swoim smartfonie ma dziesiątki prostszych, szybszych i bardziej przyjaznych aplikacji. Dla wydawców gazet i właścicieli portali oznacza to mniejszą liczbę odsłon i użytkowników, a w efekcie mniej pieniędzy z reklam. Tak Google i Twitter tłumaczą powody, dla których zdecydowali się postawić na nowy system wyświetlania mobilnych treści. – Korzystanie z sieci na urządzeniach mobilnych często bywa frustrujące. Chcemy, aby strony internetowe z bogatą zawartością, jak np. wideo, animacje czy grafiki, współpracowały z eleganckimi reklamami i ładowały się natychmiastowo – tłumaczą przedstawiciele giganta z Doliny Krzemowej.
Reklama

Reklama
W projekt budowy nowej platformy wyświetlania mobilnych treści – Accelerated Mobile Pages – włączyło się już 30 wielkich wydawców z całego świata, w tym „NY Times”, „The Economist”, „FAZ” czy „La Stampa”. – Musimy wychodzić z kontentem tam, gdzie są nasi czytelnicy – tłumaczył Noemí Ramírez z „El Pais”. A czytelnicy są dziś coraz bardziej mobilni, czytają artykuły nie w papierowych wydaniach, nawet nie na ekranach laptopów, ale w tabletach i smartfonach.
Dzięki platformie AMP każda strona partnera, który dołączy do projektu, będzie przetwarzana na lekką i szybko ładującą się wersję, która zamiast tradycyjnego linku będzie się pojawiać u użytkowników wyszukiwarki Google czy Twittera na smartfonie albo tablecie. Natychmiast, bez konieczności oczekiwania na jej załadowanie. Google przekonuje, że kod działa na wielu platformach i urządzeniach, dzięki czemu zawartość strony może się wyświetlić szybko, bez względu na to, jakiego rodzaju urządzenia używa internauta.
Oprócz Twittera z Google współpracują też przy tym projekcie inni, stricte internetowi gracze. Partnerami technologicznymi są m.in. serwisy społecznościowe (Pinterest, LinkedIn), serwisy do analizy ruchu w sieci (Chartbeat, Parse.ly) i platforma blogowa WordPress.com.
W środę udostępniono wstępną specyfikację techniczną. Projekt AMP ma być darmowy i otwarty dla wszystkich. Google – co ważne – zapowiada, że nie zamierza zabierać swoim partnerom nawet ułamka ich przychodów. – Nie ma dzielenia się przychodami. Wydawcy zatrzymują 100 proc. – zapewnia Danny Bernstein odpowiedzialny w Google za globalne partnerstwo. Dodaje też, że ruch generowany poprzez AMP wydawcy także będą mogli zaliczyć na własne konto. To istotne, bo przecież na podstawie klików wydawcy negocjują swoje kontrakty z reklamodawcami.
AMP to bez wątpienia odpowiedź Google i Twittera na podobne działania konkurencji. Swoją ofertę opartą na współpracy z medialnymi koncernami ma już Snapchat (Discover) oraz Apple (News). A Facebook kilka miesięcy temu ruszył z platformą Instant Articles. Pozwala ona wydawcom publikować teksty bezpośrednio w aplikacji mobilnej stworzonej przez portal Marka Zuckerberga. Ten również tłumaczył, że kluczem ma być skrócenie czasu oczekiwania na dostęp do treści. Google w odróżnieniu od Facebooka nie buduje własnego „medium”, a jedynie narzędzie do usprawnienia wyświetlania jego mobilnych wersji.
APP to kolejny dowód na to, że strategia Google w stosunku do wydawców zmienia się o 180 stopni. Najpierw internetowy gigant zapowiedział, że wykłada 150 mln euro w ciągu trzech lat na granty dla wydawców, którzy zdecydują się na nowatorskie rozwiązania w świecie dziennikarstwa cyfrowego (Digital News Initiative). Teraz otwiera dla nich darmową platformę. Wydawcy też patrzą na niego bardziej przychylnym okiem. Jeszcze niedawno właściciele największych tytułów w Europie toczyli z Google otwartą wojnę. „Zatrzymajcie quasi-monopolistyczną wyszukiwarkę (samo)promującą własne komercyjne produkty” – pisały europejskie organizacje wydawców w otwartym liście. Dziś wielu przyklaskuje inicjatywie Google. Pytanie, czy nowe przedsięwzięcie nie pogłębi już i tak istniejącej dominacji Facebooka i Google w sieci. Nazywane „wrotami internetu” korporacje zyskują kolejne narzędzie do kontrolowania treści.