Ubrał się pan w unijne kolory.

W unijne?

No tak: niebieska marynarka, żółty sweter.

Tylko spodnie czerwone.

Wygląda pan, jakby startował z list PiS do Parlamentu Europejskiego.

Na żadnych listach mnie nie ma i nie będzie. Nigdy nie startowałem w żadnych wyborach i nie zamierzam, choć w mojej wsi jest trochę spraw do załatwienia. Jest np. dużo małych dzieci, a nie ma placu zabaw, a akurat zbliżają się wybory sołtysa, więc zastanawiam się kogo poprzeć.

Przygotowywał pan minister Annę Fotygę do startu w eurowyborach.

Tak, w 2004 r.

Ale to jest polityka.

Gdybym wystartował, przekroczyłbym granicę – stałbym się politykiem.

Wie pan, tak sobie można wszystko wytłumaczyć.

Dziennikarz ma proste obowiązki wobec widzów i czytelników. Mówić i pisać prawdę. Koniec kropka.

Patrzeć i władzy, i opozycji na ręce. Pan władzy nie patrzy.

To pani zdanie. Twardzi krytycy władzy mają głos w każdym moim programie. Publicystyka według definicji „interpretuje i ocenia fakty z przyjętego przez autora punktu widzenia”. Fakty są święte, opiniami możemy się różnić. I właśnie dlatego w moich programach występują zarówno zwolennicy, jak i przeciwnicy władzy. Każdej. Również sądowniczej, samorządowej, które to od 30 lat mienią się w głównym nurcie mediów III RP krynicą dobra i czystości, a to oczywiście nie jest obraz prawdziwy. Ja swoich widzów traktuję uczciwie. To mój najważniejszy obowiązek.

Prawdą niewygodną dla PiS pan gospodaruje według własnego uznania.

Weryfikacja faktów jest sprawą kluczową i na tym opiera się mój program.

I dlatego, mówiąc o sądach, zaczął pan od 17 września 1939 r., potem było o sędziach stalinowskich, komunistycznych, tak żeby widzowie byli pewni, że teraz w sądach wyroki wydają ludzie, którzy mają na rękach krew polskich bohaterów?

Wymiar sprawiedliwości był pierwszą ofiarą Sowietów wkraczających do Polski. Absolwenci Duraczówki (powstała w Warszawie w 1948 r. Centralna Szkoła Prawnicza im. Teodora Duracza – red.) i stalinowscy sędziowie przez całe lata kształcili swoich następców na uniwersytetach. Ich uczniowie to dziś duża część sędziowskich elit. Sędziowie stanu wojennego ciągle są w sądach. Ciągle orzekają w nich sędziowie, którzy wysługiwali się władzy komunistycznej i skazywali ludzi za walkę z sowiecką opresją. Wydawali wyroki z legitymacją partyjną w kieszeni. Na polecenie partii łamali prawa człowieka. Wymiaru sprawiedliwości nie da się odseparować od dziedzictwa komunizmu w Polsce. W sprawie tego monologu jestem gotów bronić każdego wypowiedzianego w nim słowa.

Mamy 2019 r.

I w Sądzie Najwyższym mamy sędziego Józefa Iwulskiego, niedawno prezesa tej instytucji, który był funkcjonariuszem wojskowej komunistycznej bezpieki. Był w SN przez całą III RP i zapomniał o tym powiedzieć. Postkomunizm, jako system polityczny, został stworzony z kluczowym udziałem komunistycznych służb specjalnych. Władza sądownicza to część tego systemu.

Prezydent Lech Kaczyński był prawnikiem wykształconym w czasach komunizmu.

I zrobił bardzo wiele, żeby w III RP zawody prawnicze zostały otwarte na ludzi spoza tego zaklętego kręgu. Pamięta pani, jak dziennikarze „Gazety Wyborczej” opisali skandal na Uniwersytecie Gdańskim, kiedy to prezes sądu był łaskaw wysłać pismo do rektora, w którym pisał, że co prawda dzieci konkretnych sędziów z jego sądu nie zdały egzaminów na wydział prawa, ale przez wgląd na zasługi rodziców należy je przyjąć?

To nie ma żadnego związku z systemem komunistycznym, to zwykły nepotyzm.

To coś więcej. To przeświadczenie świata sędziowskiego, posunięte do granic bezczelności, że ma większe prawa niż inni. Tak wyglądały przez lata sądy i wydziały prawa. Ja widzę w tym dziedzictwo komunizmu.

Sprawdził pan, ile dzieci, sióstr, braci, kuzynów polityków PiS dostało pracę w różnych instytucjach po wyborach w 2015 r.?

Nie, ale nie sprawdzałem też, ile dzieci, sióstr, braci, kuzynów polityków PO, SLD, PSL i innych partii pracuje w instytucjach, którymi rządzą te partie.

Bo nikt w TVP nie pozwoliłby panu zrobić o tym programu.

Nie mam w zwyczaju pytać o zgodę na jego zrobienie.

Ale za to pan jest zachowawczy i na wszelki wypadek nie robi.

Tak jak pani sama dobiera tematy tekstów, tak ja korzystam z tej podstawowej dziennikarskiej wolności. Wybieram takie, które uważam za ważne i interesujące widzów, którzy np. przez całe lata III RP nie mogli dowiedzieć się o tym, dlaczego wymiar sprawiedliwości w Polsce nie rozliczył się z dziedzictwem komunizmu. Dlaczego nie udało się rozliczyć zbrodniarzy komunistycznych, ludzi odpowiedzialnych za mordowanie Polaków w stanie wojennym. III RP nie doprowadziła do ekstradycji takich osób, jak Stefan Michnik, stalinowski zbrodniarz. A to między innymi z mojego programu Polacy dowiedzieli się, że sędzia Iwulski, wbrew temu, co mówił w mediach salonu III RP, jednak skazywał ludzi w stanie wojennym w procesach politycznych.

Uczy się pan swoich monologów na pamięć?

Piszę je w dniu emisji programu, co jest zresztą przyjętym sposobem funkcjonowania tego typu programów w amerykańskich mediach, na których się wzoruję.

To widać.

Bardzo się cieszę. Uznaję to za komplement.

Do tego pana wystudiowane ruchy, modulowanie głosu, długopis w ręku skierowany w stronę widzów. Od kogo pan to skopiował?

Podobny gest był elementem jednego z najlepiej oglądanych programów amerykańskich, którego nie ma dziś już na antenie. Należy się wzorować na najlepszych. Kiedy grałem w koszykówkę, to starałem się wzorować na Michaelu Jordanie.

Zawieszono pana w TVP za to, że w swoim programie wyemitował pan filmik Barbary Pieli, z którego wynikało, że Jurek Owsiak i Hanna Gronkiewicz-Waltz kradną pieniądze z WOŚP, do tego niektóre z tych pieniędzy oznaczone są gwiazdą Dawida.

To pani interpretacja tego filmu…

Za co pana zawieszono?

Przecież pani wie.

Niech pan mi powie.

Nie powiem, bo przecież pani wie, że to dotyczy decyzji podejmowanych przez mojego pracodawcę i nie będę się na ten temat wypowiadał.

Żałuje pan emisji tego programu?

W tym programie nie powinien znaleźć się ten banknot. Gdybym go zauważył, zażądałbym jego usunięcia.

Kukiełki Owsiaka i HGW powinny zostać?

Na satyrę w programach telewizyjnych powinno być miejsce. To nie jest tak, że Jerzy Owsiak jest wyjęty spod krytyki, że nie można o nim robić materiałów satyrycznych. Jerzy Owsiak robił telewizyjne materiały satyryczne na nasz temat, kiedy pracowaliśmy w Telewizji Republika. Owsiakowi wolno, a Pieli nie? Szef WOŚP to człowiek brutalny i w swojej działalności publicznej często posługuje się jawnym kłamstwem oraz przemocą w zwalczaniu krytyków. W 2013 r. pojechałem na Przystanek Woodstock. Jerzy Owsiak umówił się ze mną na telewizyjny wywiad, ale nie przyszedł. Wtedy jego odpowiedzią na to, co publikował Piotr Wielgucki pod pseudonimem Matka Kurka, były pozwy. Chciałem o tym porozmawiać. W czasie jednego z procesów sąd zobowiązał Owsiaka do ujawnienia dokumentów. Nie zrobił tego. Pojawiłem się na konferencji prasowej i kiedy chciałem o to publicznie zapytać, Jerzy Owsiak powiedział o mnie „żulik” i nałgał, że chciałem pożyczyć od niego stówkę, po czym napuścił na mnie swoich ochroniarzy, żeby siłą wyprowadzili mnie z konferencji.

Chciał pan pożyczyć?

Przecież mówię, że nałgał. I zrobił to świadomie. Przy dziesiątkach dziennikarzy. Żaden z nich nie zapytał, dlaczego Owsiak używa chamskiej konfabulacji i siły zamiast udzielić odpowiedzi na proste pytanie.

I dlatego zrobił pan o nim satyrę, że kradnie publiczne pieniądze?

Zrobiłem wiele programów na temat Owsiaka i finansów fundacji WOŚP. Autorem satyry, o której rozmawiamy, jest Basia Piela. I nie podpowiadałem jej ani nie nakazałem jej zrobienia tego tematu. Pani ciągle tylko o cenzurze i nakazach, być może to pani doświadczenia zawodowe – ale moje nie. Pani Piela miała wolną rękę co do tematów.

Na pana zamówienie. Za to też nie bierze pan odpowiedzialności?

Nigdy ich nie zamawiałem i nie ingerowałem w ich treść. To sfera wolności artystycznej. Nie uchylam się od odpowiedzialności za mój program. Jednak Basia Piela jest karykaturzystką, ma prawo do własnej wizji artystycznej.

I politycznej.

Tak. Podobnie jak pani, ja czy każdy inny twórca czy dziennikarz. To kwestia wolności poglądów.

Nie, w pana przypadku to kwestia tego, na co pozwala prezes TVP Jacek Kurski.

Porusza się pani w przestrzeni kompletnie mi obcej – nakazy, zamówienie, cenzura, pozwolenie. Woli pani, żeby satyra zarezerwowana była tylko dla jednej strony?

Z Krystyny Pawłowicz się pan nie wyśmiewa.

Krystyna Pawłowicz jest obiektem tak zmasowanej i histerycznej kampanii nienawiści, że nie czuję potrzeby dołączania do tego chóru.

Teraz musi się pan w TVP pilnować.

Nic się nie zmieniło. Człowiek na wizji zawsze musi się pilnować.

Dlaczego PO bojkotuje TVP?

Nie wiem, mogę powiedzieć, dlaczego politycy PO opuścili program „Woronicza 17”. Uznali, że zadanie pytania o sprawdzoną, zweryfikowaną, prawdziwą informację o tym, że w mieszkaniu sekretarza generalnego Platformy Stanisława Gawłowskiego świadczyły usługi prostytutki, uniemożliwia im udział w programie. Trochę mnie to dziwi, ale przyjmuję tę decyzję do wiadomości.

Widzę, że pan, w odróżnieniu od niektórych gwiazd TVP, jest przekonany do swoich racji.

Nie jestem żadną gwiazdą. Jestem publicystą. A poglądy mam takie same od lat.

„Od….e się ode mnie, mam swoje pięć minut” – to jeden z pana telewizyjnych kolegów pytany o to, dlaczego jeszcze pracuje w TVP.

Jeśli tak powiedział, to jest to bardzo smutny sposób podchodzenia do wykonywanego zawodu. Moją motywacją nigdy nie było utrzymanie się w pracy. Jestem bardzo szczęśliwy, że są ludzie, którzy pilotami pokazują, że chcą gościć mnie co wieczór w swoich domach. To jest dla mnie rzecz fundamentalna. Jednak TVP należy do państwa polskiego, to państwo polskie decyduje, jaki jest jej kształt. W demokratycznym państwie to efekty wolnych wyborów.

Teraz TVP należy do jednej partii.

Nie, proszę pani.

Telewizja publiczna wypełnia linię partii.

Nie jestem w żadnej linii partyjnej. Mój program powstaje bez konsultacji z politykami.

Nie musi, pan prezentuje publicznie swoje poglądy.

Czy ja nie mam prawa do poglądów? Moje poglądy i poglądy moich gości to nie to samo. Spieramy się na oczach widzów. Tak jak Polacy między sobą przy rodzinnych obiadach i spotkaniach z przyjaciółmi i znajomymi.

Mówi pan o sobie, że jest dziennikarzem.

Jestem. Pani też mówi o sobie w ten sposób.

Ogląda pan TVP?

Tak. Uważam, że jej obecny kształt przywrócił elementarną równość w dostępie Polaków do informacji. Oglądam też prywatne kanały. I muszę powiedzieć, że mój stosunek do polskiej szkoły telewizyjnej jest w najwyższym stopniu krytyczny. Lata obecności ludzi z komunistycznej stajni lat 80., którzy nadal dominują w prywatnych stacjach, wyrządziły olbrzymie szkody naszej debacie publicznej.

Przecież na to pan ma wpływ.

I jak już pani zauważyła, w moim programie staram się naśladować najlepszych ze świata.

Odłożył pan jakieś pieniądze?

Na starość? Oczekuje pani ode mnie jakiejś porady dotyczącej oszczędzania?

Za darmo pan nie pracuje.

Pani też nie. Mam na utrzymaniu rodzinę, mam zobowiązania finansowe. Jednak ktoś, kto obserwuje moją drogę życiową, rozumie, że pieniądze nigdy nie były motywacją mojego działania.

Ile lat minęło, od kiedy przebrał się pan za penisa?

Zaprotestowałem razem z grupą młodych ludzi przeciwko wizycie w Polsce Władimira Putina. Człowieka odpowiedzialnego za opisywane szeroko i obficie w mediach całego świata zbrodnie polityczne, ale przede wszystkim ludobójcze. 1 września tego roku minie 10 lat. Pani zadała to pytanie tak, by forma manifestacji przykrywała jej treść, by ośmieszyć to wydarzenie w oczach nieznającego sprawy czytelnika.

Świętuję pan rocznicę?

Kiedy ja protestowałem, to Putin z Tuskiem przechadzali się po molo i ustalali szczegóły wizyty w Katyniu, która skończyła się tragedią w Smoleńsku. Jeśli komuś nasz ówczesny protest wydawał się śmieszny, to po tym, co się zdarzyło w Smoleńsku, każdy przyzwoity człowiek musi przyznać nam rację. Putin i jego państwo zrobili wiele, żeby dać kolejne powody do takich protestów: na Majdanie, Donbasie, Krymie, w miejscu zestrzelenia malezyjskiego samolotu, w Syrii. To po naszym proteście na manifestacjach w Moskwie Putin był prezentowany przez swoich krytyków w poetyce zaproponowanej przez nas. Na ukraińskich stadionach i manifestacjach hasło „Putin hujlo” też nie wzięło się znikąd. Dziś warto wspomnieć, że rządząca wówczas PO, za pomocą kierowanej przez polityków prokuratury, przedstawiła mi zarzuty karne i wysłała zestaw moich dokumentów do rosyjskiego Ministerstwa Sprawiedliwości z prośbą o pomoc, bo nie była w stanie podjąć decyzji, czy i jakiego rodzaju zarzuty mi postawić. Pytano mnie, czy przyznaję się do obrazy obcej głowy państwa, choć Putin nie był wtedy prezydentem Rosji. A przecież państwo powinno stać za swoim obywatelem, nawet jeśli politycznie się z nim nie zgadza i uważa, że protest dokonany przez tego obywatela jest głupi, niestosowny. Czas pokazał, że 1 września 2009 r. na molo w Sopocie rację mieliśmy my, a nie Donald Tusk.

Magdalena Ogórek, pana koleżanka z TVP, kiedy startowała w wyborach prezydenckich z poparciem SLD, mówiła, że nie wahałaby się dzwonić do Putina, by naprawić relacje z Rosją.

Magdalena Ogórek jest dzisiaj dziennikarką, a nie politykiem.

Widzę, że w pana środowisku dość łatwo polityk staje się dziennikarzem.

W moim środowisku? Nie sądzę… Adam Michnik był posłem na Sejm, liderem jednej z frakcji i do dzisiaj jest redaktorem naczelnym „GW”, która sama siebie uważa za strażnika standardów systemu III RP. Jacek Żakowski był rzecznikiem klubu parlamentarnego w Sejmie, potem został dziennikarzem – miał nawet program w TVP Info i nikt mu tego nie wypominał. Adam Szostkiewicz z „Polityki” był rzecznikiem sztabu Tadeusza Mazowieckiego w wyborach prezydenckich…

W Wikipedii jest napisane: Michał Rachoń, polityk...

To najlepszy dowód na to, że dziennikarz musi weryfikować informacje, jakie tam znajdzie, zanim się na nie powoła, bo mogą się okazać nieprawdziwe – jak w tym wypadku. W przestrzeni publicznej jest dużo kłamstw na mój temat.

W PiS pan był, rzecznikiem tej partii na Pomorzu pan był.

Kilkanaście lat temu w miejskiej strukturze w Sopocie. Jako dwudziestoparolatek byłem rzecznikiem około 30 osób. Nigdy nie startowałem w żadnych wyborach. Nie jestem członkiem partii, odkąd wiele lat temu zmieniłem zawód.

A to trzeba startować, żeby być politykiem?

Ale czy politykiem jest każdy członek partii politycznej?

Na Boga, pan się nie tylko zapisał, pan był działaczem, rzecznikiem.

Ale nie politykiem.

No dobra, to kim pan był, kiedy był pan w PiS?

Przez całe lata zajmowałem się tym, co nazywa się relacjami z mediami. Pisałem informacje prasowe, organizowałem i prowadziłem konferencje. Najpierw przy największych imprezach sportowych, jakie odbywały się w Polsce.

To było przed PiS.

To zawód, który wykonywałem przez wiele lat. Przy imprezach sportowych zdobywałem pierwsze szlify zawodowe. Prowadziłem biura prasowe, przeprowadzałem wywiady ze sportowcami z najwyższej światowej półki. Zetknąłem się z gigantami polskiego dziennikarstwa sportowego i mogłem podpatrywać ich warsztat. Między innymi z nieżyjącymi już Bohdanem Tomaszewskim, Zdzisławem Ambroziakiem, Wojciechem Nowosielskim.

Potem jednak nie zatrudnił się pan, dajmy na to w „Gazecie Polskiej”, tylko od razu w partii.

Nie zatrudniłem się w żadnym medium z prostej przyczyny. Jestem z wykształcenia politologiem.

Jak wielu dziennikarzy.

Poszedłem na te studia nie z przypadku, tylko dlatego, że ta dziedzina interesowała mnie od dziecka. Kiedy natomiast rozpocząłem studia podyplomowe w Studium Europy Wschodniej, poznałem człowieka, który jest obecny w przestrzeni politycznej do dziś. To Jerzy Targalski. Prowadził przedmiot „Przemiany polityczne w Europie Środkowej w latach 1988–1992” i przedstawił cały aspekt spraw, mechanizmów transformacji ustrojowej, o których nie słyszałem nigdy wcześniej na studiach politologicznych, nie słyszałem też w mediach.

I dzięki którym pasek w „Wiadomościach” TVP w rocznicę pierwszych, częściowo wolnych wyborów „4 czerwca – dzień zdrady narodowej” zupełnie panu nie przeszkadzał?

Pani sprowadza fundamentalny spór o korzenie polskiej wolności do pewnego, być może efektownego, ale nieoddającego natury rzeczy sygnału. Sprawa jest dużo poważniejsza. Transformacja ustrojowa w Europie Środkowej jest procesem, który nie przebiegał w taki sposób, w jaki jest opisany w programie nauczania szkoły średniej. A to historia naszego państwa, całego bloku wschodniego. Przecież transformacja w Europie Środkowej i Wschodniej odbywała się pod dyktando KGB. Szef tej instytucji wizytował wszystkie upadające demoludy, przygotowując scenariusze podzielenia się w nich władzą. To fakt, którego nikt nie kwestionuje. Nikt nas nie uczył i nie uczy teraz młodych ludzi, w jaki sposób likwidowany był komunizm, nikt nie uczył, że to był kalkulowany sposób transformacji. A 4 czerwca to nie tylko data wyborów. To również data nocnej zmiany, która na lata zatrzymała w Polsce otwarcie archiwów komunistycznej bezpieki.

Czyli pasek o tej treści był uprawniony?

W tej sprawie w Polsce trwa spór. Nie można udawać, że go nie ma. Ja się z tą tematyką zetknąłem dopiero jako dwudziestokilkulatek w czasie podyplomowych studiów. Zacząłem się interesować tamtym czasem, również 4 czerwca 1989 r. W drodze na zajęcia, na straganie znalazłem książkę „Lewy czerwcowy”.

Piotra Semki.

I Jacka Kurskiego. O której się mówiło, że to ramota, że nie ma w niej nic ważnego. Jednym tchem ją przeczytałem.

Teraz, po tym jak pana zawieszono w TVP, a potem odwieszono, chce się pan przypodobać prezesowi Kurskiemu?

Proszę nie stosować wobec mnie znanych być może pani, mnie nie, relacji, które rzeczywiście w niektórych mediach funkcjonują. A wracając do meritum sprawy – wtedy przekonałem się, że jest w zasadzie jedno środowisko polityczne, które w otwarty sposób mówi o genezie transformacji w Polsce.

Mówi pan to po to, żeby wytłumaczyć się, dlaczego został politykiem.

Mówię to po to, żeby wyjaśnić, jak to się stało, że w wieku 20 lat związałem się ze środowiskiem PiS. Zastanawia mnie, po co po raz kolejny nazywa mnie pani politykiem, choć już kilkukrotnie wyjaśniłem, że nim nie jestem i nigdy nie byłem. Chyba tylko w jednym celu – by czytelnicy przeczytali to kilkanaście razy w tym wywiadzie. By się utrwaliło.

Zawsze był pan przebojowy.

O czym my mówimy? To była lokalna struktura partii opozycyjnej mającej wówczas 7 proc. poparcia. W tej strukturze byli głównie ludzie w moim wieku.

Był Lech Kaczyński, który mieszkał w Sopocie.

Oczywiście. I kilka razy z nim rozmawiałem. W tym raz długo, ta rozmowa jest dla mnie ważna. To był czas, w którym poznałem mechanizmy rządzące polityką. Zobaczyłem z bliska realia III RP, a dla kogoś, kto jest dziennikarzem, to jest cenna wiedza. Korzystam z niej do dziś.

Ile pana osób ogląda?

Program „Minęła dwudziesta” ma dobrą oglądalność.

Dlatego pana odwiesili.

Zawodnik nie zadaje sobie takich pytań. Trener wskazuje i mówi, że wracasz do gry. Ważne, żeby być gotowym i nie zawieść widzów.

Ilu ich jest?

Najlepsze programy osiągają oglądalność prawie miliona widzów. Jestem ich przedstawicielem. Istnieje gigantyczna grupa w Polsce, która przez całą III RP nie miała głosu. Wielu z nich, podobnie jak ja, uważało, że w Polsce istnieje deficyt prawdy.

Były lata, kiedy TVP była zdecydowanie bardziej bezstronna niż jest teraz.

Przeprowadzając telefonem komórkowym dla mojej ówczesnej stacji transmisję z zeznań prezydenta Bronisława Komorowskiego (składał on w 2014 r. zeznania jako świadek w procesie dziennikarza Wojciecha Sumlińskiego i płk. Aleksandra L., byłego oficera WSI, oskarżonych o płatną protekcję – red.), w czasach tej, bezstronnej pani zdaniem, telewizji, miałem inne wrażenie. Nie tylko TVP za rządów PO postanowiła zataić te zeznania przed Polakami. Zrobiły to również TVN, Polsat i inne stacje, choć miały na sali ekipy. I jeszcze taki drobiazg, ale jakże wymowny. Można godzinami wymieniać przykłady jawnego łamania rzetelności i elementarnej uczciwości w mediach publicznych przed 2016 r. Fałszowano nawet zestawienia obrazujące czas antenowy przeznaczany poszczególnym partiom. I tak np. rzeczniczka prezydenta Komorowskiego liczona była jako głos niezależnego eksperta. Uważam, że dzisiejsza TVP przełamała w Polsce monopol informacyjny. Dziś taka sytuacja jest niemożliwa. Media naprawdę ze sobą konkurują, a nie udają rywalizację.

Według pana telewizji IV RP funkcjonuje w sposób doskonały, a Jarosław Kaczyński to zbawca narodu.

IV RP to publicystyczny pomysł opisany ponad 10 lat temu przez byłego polityka PO Pawła Śpiewaka i politologa Rafała Matyję. Jako taki nie istnieje, nie wiem, po co pani to mówi. Inaczej jest z III RP. To nazwa wpisana do preambuły konstytucji, której bronią KOD, Koalicja Europejska i establishment medialny. Czy tylko ja uważam, że to państwo wymaga gruntownej przebudowy? Nie, tak uważa wielu Polaków. A Jarosław Kaczyński jest politykiem, który tę ideę głosił od lat i tym hasłem wygrał wybory. Człowiek podejmujący decyzję co do tego, z jakich źródeł informacji korzysta, ma swój rozum.

„Ciemny lud to kupi” – to chyba słowa pana szefa Jacka Kurskiego.

Zdaje się, że są wątpliwości, czy te słowa kiedykolwiek padły. Sama pani ma wątpliwości, a mimo to je pani powiela.

Zdaje się, że autor jest w stanie wyłgać się ze wszystkiego.

Na pewno padły za to inne słowa. Tomasza Lisa, który publicznie powiedział studentom, że jest wystarczająco inteligentny, żeby robić telewizję, ale zbyt inteligentny, żeby ją oglądać. Te słowa dobrze oddają stosunek medialnych elit III RP do widzów i odbiorców. A widz jest mądry, jest w stanie ocenić, porównać to, co widzi, z innymi dostępnymi dla niego źródłami informacji.

W niektórych miejscach odbiera tylko TVP.

Takich miejsc już chyba w Polsce nie ma. Rozumiem, że uważa pani widzów za ludzi, którzy całą wiedzę o świecie czerpią z telewizora. Nie zgadzam się z tym. Ludzi trzeba traktować poważnie, bo oni są mądrzejsi, niż się wydaje samozwańczym elitom warszawskim.

Magazyn DGP

Magazyn DGP

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Pan jest elitą warszawską.

Ja nawet w Warszawie nie mieszkam, tylko na mazowieckiej wsi. I bardzo to sobie chwalę.

Niech się pan nie kreuje na wieśniaka. – Budujemy i wspieramy nowe elity – to premier Piotr Gliński.

Wieśniak to określenie pejoratywne. Proszę tak nie mówić o osobach mieszkających na wsiach. Prawda jest taka, że to zwykli ludzie zatrudniają polityków, głosując na nich, zatrudniają prowadzących programy – oglądając ich. To ci ludzie w demokracji mają rację. Mam dla nich ogromny szacunek.

Widzę na pana palcu różaniec.

Dostałem od mojej ukochanej żony.

Kiedy pan zrobi program o pedofilii w Kościele?

Ten temat był obecny w moich programach. Uważam, że Kościół musi sobie sam poradzić z tym problemem. Jednak z niezrozumiałych dla mnie powodów pedofilia w Kościele spotyka się z krytyką środowisk lewicowych, a pedofile z Hollywood cieszą się estymą i poparciem lewicy, choć ścigani są po całym świecie przez sądy. Brylujący na salonach i uwielbiany pedofil Roman Polański panią nie razi? Pedofilia to odrażające przestępstwo i nie ma dla mnie znaczenia, kto się jej dopuszcza. Jednak, gdy obserwuję znaczną część dziennikarzy wypowiadających się na jej temat, to mam wrażenie, iż interesuje ich tylko pedofil duchowny. Jako członek Kościoła mogę powiedzieć, że zależy mi na tym, by każdy taki niegodziwy przypadek został ukarany.

Kościół do tej pory radził sobie z tym problemem, zamiatając sprawy pod dywan.

Uważam, że prawda wyzwala. Ale chciałbym, by z tym samym zaangażowaniem lewica ścigała pedofilię i inne przestępstwa we wszystkich środowiskach.

To niech pan mówi o tej prawdzie.

Mówię.

Niestety, nie w pana telewizji.

Również w mojej telewizji. Musi pani ją częściej oglądać. Zachęcam. Nie można oceniać czegoś, czego się nie zna.

Pan i cała TVP z premedytacją pomijacie problem pedofilii w Kościele.

To nie jest prawda. Rozmawiam o tym na antenie, ale w przeciwieństwie do konkurentów nie udaję, że ta dyskusja nie ma związku z trwającą wojną kulturową. Warto się zajmować działaniami przestępczymi w każdej grupie społecznej. Jakoś tak jest, że inną miarę przykłada się do skazanego za pedofilię znanego reżysera, który ucieka przed wymiarem sprawiedliwości, a inną do księży. To nie zmienia faktu, że w tej sprawie Kościół musi stanąć w prawdzie.

Media powinny o tym mówić.

Nie krytykuję mediów za zajmowanie się tym tematem.

Mówię o mediach publicznych.

Media publiczne nie uciekają od tematu pedofilii, bez względu na to, kto jest jej sprawcą.

Niech się pan wypowie jako widz.

Jako człowiek obserwujący rzeczywistość społeczną i polityczną nie mam żadnego problemu z dostępem do informacji na temat pedofilii w Kościele.

Mówię o TVP.

I o TVP – o moich programach – obficie się przed chwilą wypowiedziałem.

Bo się pan boi o swoje stanowisko.

Pani wybaczy, ale po raz kolejny opisuje mnie pani przez schematy kompletnie mi obce.

W ten sposób usprawiedliwia pan pedofilię, próbując wybielać Kościół.

Nie, jestem ojcem, nie usprawiedliwiam pedofilii. Przestępcy powinni siedzieć w więzieniu i ta obrzydliwa zbrodnia, jaką jest pedofilia, powinna być ścigana i wypalana żelazem. Zarówno w wypadku reżyserów filmowych, piosenkarzy, aktorów, jak i księży, robotników czy dziennikarzy. Czekam na głosy oburzenia w sprawie sędziwego celebryty pedofila, którego amerykański wymiar sprawiedliwości próbował wyciągnąć z Polski. Czekam, aż znajdą się ludzie, którzy będą wnioskować usunięcie jego upamiętnień.

Pochodzi pan z Trójmiasta. Teraz się okazuje, że o pedofilskich zachowaniach prałata Henryka Jankowskiego wszyscy wiedzieli.

Proszę pani, myślę, że w Trójmieście o bardzo wielu rzeczach wszyscy wiedzieli i nikt z tym nic nie zrobił. Trójmiejskie elity – te same, które dzisiaj skwapliwie skorzystały z przewrócenia pomnika śp. księdza Jankowskiego – grzały się przez całe dekady w jego świetle. Nie przeszkadzała im również wiedza na temat związków prałata z bezpieką. Trójmiasto to przestrzeń niewypowiadanej, niepublikowanej prawdy i jedno z najciekawszych miejsc w Polsce. Dotyczy to nie tylko sprawy ks. Jankowskiego. To nie jest przypadek, że afera Amber Gold wybuchła akurat tam, to nie jest przypadek, że afera Stella Maris też tam.

Dlaczego pan stamtąd wyjechał?

Bo ze względu na swoje poglądy polityczne nie mogłem znaleźć pracy. Czy w demokratycznym państwie prawa fakt, że ktoś ma takie, a nie inne, poglądy polityczne, powinien ograniczać jego możliwości zatrudnienia? Słyszałem: co prawda jesteś dobry, ale prezydent jednego z miast naciska, żeby cię nie przyjmować.

Który?

Nie dotyczy to Gdańska.

Naprawdę?

Skoro powiedziałem, że nie dotyczy to Gdańska, to znaczy, iż nie mógł być to Paweł Adamowicz.

Chce pan w ten sposób rozmawiać?

Musiałem szukać pracy w Warszawie. Tam, w Trójmieście nie było szans.

Przecież, kiedy jeszcze grał pan w kosza, wrocławski klub zarządzany przez Grzegorza Schetynę chciał pana kupić.

Byłem juniorem w gdańskim AZS Gdańsk. Ale to prawda – skauci Śląska Wrocław, klubu, którego szefem był Grzegorz Schetyna, chcieli mieć mnie u siebie. Rozmawiali z moim ojcem. Tata powiedział mi o wszystkim wiele lat po fakcie, bo nie chciał, bym wyjeżdżał. Sam był kiedyś zawodowym sportowcem i wiedział, że lepiej się uczyć niż zawodowo grać w kosza. Miałem wtedy 18 lat.

Benzyna nie powinna drożeć, ponieważ ceny ropy pozostaną stabilne