Posłanka Krystyna Pawłowicz nawołuje do odebrania koncesji mediom, które „podkręcają emocje nienawiści” i „wzywają do obalenia legalnych władz”. Wskazała nawet regulatorowi rynku radiowo-telewizyjnego, na jakiej podstawie „macki totalnej opozycji” może ukrócić.
Kiedy po wyborach parlamentarnych Pawłowicz wskazywała dziennikarzy, których należy zwolnić z mediów publicznych, okazała się harcowniczką „dobrej zmiany”, a jej słowa – szybko spełniającą się przepowiednią. Tym razem groźby są puste. Nie tylko dlatego, że posłanka pomyliła artykuły ustawy o radiofonii i telewizji, podając 36. zamiast 38., którego ust. 2 pkt 1 stanowi, iż „koncesja może być cofnięta, jeżeli rozpowszechnianie programu powoduje zagrożenie interesów kultury narodowej, bezpieczeństwa i obronności państwa lub narusza normy dobrego obyczaju”.
P o prostu Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji nigdy, odkąd istnieje, po ten przepis nie sięgnęła. Ani w okresie pionierskim, gdy jej uchwały decydowały o być albo nie być firm tworzących polski rynek medialny. Ani później, w czasach legendarnego machera Włodzimierza Czarzastego. Ani za pierwszych rządów PiS. Ani, jak dotychczas, za drugich. Jeśli już w ogóle bierze się za cofanie koncesji, to niechętnie, po długim namyśle – i z innego paragrafu. Najczęściej chodzi o kwestie właścicielskie, o wpływ innych podmiotów na program nadawcy albo o zaleganie z opłatą koncesyjną. O Blitzkriegu nie ma mowy. Nawet cofnięcie pozwolenia emitującemu kremlowską propagandę Radiu Hobby zajęło kilka lat.