W języku angielskim w ostatnich latach jednym z częściej używanych słów wśród finansistów jest „misseling”. Dlaczego? Gdyż znakomicie odzwierciedla bardzo częstą relację pomiędzy klientem a bankiem lub ubezpieczycielem. Co więcej, to właśnie na Wyspach narodziły się konstrukcje produktów finansowych oraz sposoby ich sprzedaży, które określono zjawiskiem misseling.

Co to takiego? Misseling to nie tylko – jak wynikałoby z dosłownego tłumaczenia – „chybiona sprzedaż”. Pojęcie to obejmuje oczywiście również techniki marketingu, reklamy i sprzedaży produktów finansowych mijających się z potrzebami klienta. Chybioną sprzedażą byłyby na przykład ubezpieczenia domu dla osób bezdomnych.

Misseling niestety nie kończy się na technikach sprzedaży, takich jak w piekarni, skłaniających osobę, która się odchudza, by do bochenka razowca dokupiła jeszcze ciasteczko. Istniejące już regulacje rynku finansowego próbują wyeliminować takie przejawy misselingu. Stąd wzięły się ankiety na „dopasowanie” produktów finansowych, które mają przejść klienci w dyrektywach MiFID i UCITS. Czyli: przychodzisz do piekarni, a sprzedawczyni – zanim cokolwiek zaproponuje – zaprasza na wagę. BMI wygląda fatalnie, proszę pani. Ćwiartka razowca, a po następną proszę przyjść dopiero w przyszłym tygodniu. Nie ma mowy o babeczce z czekoladką, rogaliku francuskim ani drożdżówce z kremem.

Zjawisko misselingu sięga o wiele głębiej, aż do samego tworzenia produktów finansowych. Do samego wypieku razowca i tego, z czego go upieczono. Polega także na tworzeniu takich warunków umowy, żeby klient nie zorientował się, iż są one dla niego niekorzystne. Kupował niby ćwiartkę razowca, a zjadał tyle kalorii, co w pięciu hamburgerach. Z punktu widzenia osoby, która się odchudza, jest to toksyczny razowiec.

Misseling polega więc na świadomym wprowadzaniu w błąd, zatajaniu przed klientem, jak faktycznie funkcjonuje mechanizm oferowanego instrumentu, co naprawdę stanowi umowa, od czego zależą jego zyski i jakie może ponieść straty. Niestety – wobec takiego misselingu jesteśmy zupełnie bezbronni.

Z pozoru klientów broni kodeks cywilny. Mówi on, że jeśli w umowie są niedozwolone postanowienia, to nie wiążą strony z mocy prawa. Takie postawienie sprawy w praktyce związanej z produktami finansowymi jest fikcją. Bo jeśli zawarliśmy już umowę i dopiero po pewnym czasie odczuwamy jej toksyczne skutki – to i tak mamy bardzo ograniczone pole manewru. Na przykład, jeśli umowa zawiera klauzulę pozwalającą dowolnie kształtować koszt udzielonego nam kredytu poprzez tabelę opłat i prowizji banku. Klient, który ma kredyt, nie ma wyboru. Owszem, może wypowiedzieć umowę. I cały kredyt od razu spłacić.

Bronić klientów przed takim naruszaniem prawa ma Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów. I faktycznie, tropi niedozwolone klauzule we wzorcach umów. Wpisuje je skrzętnie na publicznie dostępną listę. Lista ta liczy już ponad 6 tysięcy wpisów. Lektura jest bardzo zachęcająca. Ostatnio znalazł się zapis z umowy, jaką zawierał z klientami SKOK Stefczyka, uzależniając koszt kredytu od... wzrostu cen energii.

Gdy klient zorientuje się, że podpisał toksyczną umowę, może szukać wsparcia u rzecznika ochrony konsumenta. Ten zgłasza takie przypadki UOKiK. Urząd uznaje zapis w umowie za niedozwolony i kieruje sprawę do Sądu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Ten uznaje klauzulę za niedozwoloną i wpisuje ją na listę. I co? I nic. Klientowi pozostaje jedynie droga sądowa, bo nie zdarzyło się, żeby instytucja finansowa uznała takie roszczenia.

Tworzenie listy klauzul abuzywnych stało się sztuką dla sztuki. Tym bardziej że kreatywność prawników w instytucjach finansowych jest duża i na pewno znajdą sposób, żeby wymyślić coś nowego. Koszt kredytu powiążą na przykład ze wzrostem cen kakao w Gabonie.

Jedyny sposób, żeby z tego wyjść, to wprowadzić do prawa pojęcie misselingu. Oczywiście zdefiniować je będzie trudno. Jednak gdy pojawiają się nowe technologie oszustw, prawo nie może zostawać w tyle.

Co więcej, UOKiK powinien zostać wyposażony w takie narzędzia, żeby móc doprowadzić umowę do stanu zgodnego z prawem. Powinien nie tylko publikować toksyczne zapisy, lecz także je z umów usuwać.