Eee... yyy... ąąą... uuu... ooo... – tak mniej więcej wyglądała wypowiedź mecenasa reprezentującego Raiffeisen odpowiadającego wczoraj na pytania sądu. I bynajmniej nie jest to jego wina.
Wczoraj odbyła się rozprawa z powództwa państwa Dziubaków przeciwko bankowi, w którym zaciągnęli kredyt indeksowany do franka szwajcarskiego. Sprawa budziła ogromne zainteresowanie mediów, gdyż to w niej wypowiedział się Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej (wyrok z 3 października 2019 r., sygn. akt C-260/18).
Pierwsze zderzenie z sądowymi realiami wielu dziennikarzy i obywateli chcących zobaczyć sprawę na własne oczy nastąpiło już po przyjściu pod salę. Prezes stołecznego sądu okręgowego postanowiła, że może na nią wejść zaledwie 20 przedstawicieli mediów i 10 osób nieposługujących się legitymacją prasową. Na marginesie sprawy, to smutne, że największy sąd w Polsce nie jest w stanie w ciągu miesiąca zorganizować sali mogącej pomieścić wszystkich zainteresowanych rozstrzygnięciem.
Reklama
Sprawa Dziubaków stała się na tyle znana, że zaangażował się w nią już niemal każdy. Także rzecznik praw obywatelskich. Reprezentująca go ekspertka z Biura RPO poprosiła zatem sąd o odroczenie terminu rozprawy, by mogła przygotować stanowisko. Szkoda, że nie dało się tego zrobić wcześniej, ale też nie można o to obwiniać Adama Bodnara. Bądź co bądź, do sprawy przystąpił na wniosek pełnomocników Dziubaków. Ci wczoraj z kolei wnioskowali o wyproszenie z sali mediów i publiczności. Na to jednak sąd nie przystał – nakazał jedynie wyłączenie kamer i mikrofonów.
Od początku było wiadome, że potrzebny będzie kolejny termin – by RPO mógł przygotować swoje stanowisko. Sąd postanowił jednak spytać strony o stanowiska procesowe po wyroku TSUE. Przypomnijmy, trybunał stwierdził w nim, że w zawartych w Polsce umowach kredytu indeksowanego do waluty obcej nieuczciwe warunki umowy dotyczące różnic kursowych nie mogą być zastąpione przepisami ogólnymi polskiego prawa cywilnego. Sąd powinien bądź orzec o nieważności umowy, bądź przekształcić zobowiązanie w analogiczne do kredytu złotowego (bądź w ogóle nieoprocentowane, bądź z oprocentowaniem według stawki LIBOR).

Reklama
Pełnomocniczka Dziubaków podtrzymała, że wnoszą oni o stwierdzenie nieważności. Nic dziwnego. Małżeństwo zaciągnęło kredyt w wysokości odpowiadającej 400 tys. zł i spłaciło już równowartość 230 tys. zł. Do spłaty pozostało 520 tys. zł. Po unieważnieniu musieliby zapłacić niewiele ponad 170 tys. zł, a w razie „uzłotowienia” kredytu do spłaty byłoby ok. 250 tys. zł.
Prawdziwy spektakl zaczął się, gdy sędzia o wyrok TSUE zaczął wypytywać radcę prawnego reprezentującego bank. W ekwilibrystyczny sposób usiłował on przekonać i sąd, i wszystkich na sali, że TSUE powiedział coś wprost odwrotnego, niż powiedział w rzeczywistości.
Wskazywał, że najlepiej dla Dziubaków – tylko oni głupi tego nie rozumieją – będzie uzupełnić klauzule abuzywne innymi postanowieniami, dopuszczalnymi przez polskie prawo. Logiczne przecież, że każdy chce bankowi zapłacić więcej, a nie mniej. Sędzia okazał się być bez serca – zaczął cytować fragmenty uzasadnienia luksemburskiego wyroku. Młody mężczyzna z niebieskim żabotem był na przegranej pozycji. Wielu zapewne uciekłoby ze wstydu z sali. A ten dzielnie stał i wyjąkiwał kolejne teorie o tym, co byłoby najlepsze dla kredytobiorców.
To, o czym warto pamiętać, a o czym wiele osób zapomina: prawnik reprezentuje swojego klienta. Nie ma więc co się śmiać czy oburzać na radcę prawnego. On musi grać w grę, nawet gdy nie ma żadnych kart w dłoni. Śmieszna i oburzająca zarazem jest postawa jego mocodawcy, czyli szefostwa banku.
Większość z nas ma tę złą cechę, że nie umiemy przyznawać się do błędów. Niestety środowisko bankowe również cierpi na tę przypadłość. Zamiast przyznać „przegraliśmy”, bankierzy wolą zgrywać najmądrzejszych i wmawiać ludziom, że nikt poza nimi i ich prawnikami nie rozumie orzeczenia TSUE.
Ciąg dalszy sprawy Dziubaków w styczniu. Frankowy serial jeszcze trochę potrwa. Wiele jednak wskazuje na to, że ostatecznie powody do radości będą mieli frankowicze. A bankierom pozostanie gadanie i płacenie.
Zamiast przyznać „przegraliśmy”, bankierzy wolą wmawiać ludziom, że nikt poza nimi i ich prawnikami nie rozumie orzeczenia TSUE