statystyki

Winy banków i frankowiczów. Powstały problem jest ich wspólnym dziełem

autor: Tomasz Prusek12.10.2019, 08:45; Aktualizacja: 12.10.2019, 09:11
frank-szwajcarski-prawo

frank szwajcarski, prawoźródło: ShutterStock

Wyrok TSUE jest tylko elementem trwającej ponad dekadę wojny między lobby bankowym a kredytobiorcami. Obie strony mają swoje na sumieniu, bo problem jest ich wspólnym dziełem, a ma wpływ na całą gospodarkę i pozostałych klientów banków.

Z wiązek banków i frankowych kredytobiorców można porównać do małżeństwa, które najpierw przeżywa miesiąc miodowy i zauroczone nie dostrzega wad partnerów. Potem dochodzi do zdrady, a na sprawie rozwodowej każde przedstawia się jako ofiara, walcząc zaciekle, aby pokazać drugiemu, kto ma rację. Na początku tego związku był jednak grzech, który popełniły obie strony. Bankowcy, motywowani zyskami i swoimi interesami, widząc rosnący boom na rynku nieruchomości, wymyślili udzielanie tańszych ze względu na różnicę w stopach procentowych, czyli bardziej dostępnych, kredytów frankowych. Nie zważali na oczywisty fakt, że Polacy nie zarabiają we frankach, więc są niebezpiecznie wystawieni na ryzyko kursowe. Ani na przykre zagraniczne doświadczenia z kredytami w nieswojej walucie, które mieli np. Brytyjczycy, którzy zrobili dokładnie taki sam błąd, tyle że w latach 80. XX w. zadłużali się nie we frankach, lecz w jenach.

Chciwość nie jest dobra

Kredyt bardziej dostępny oznaczał, że można było go udzielać na masową skalę i zarobić na tym krocie z prowizji i odsetek. I nasi bankowcy postanowili to wykorzystać, więc z taką samą chciwością produkowali kredyty frankowe, jak amerykańskie banki wypuszczały obligacje zabezpieczone lipnymi hipotekami. Tak wiele banków weszło u nas we franki, bo po prostu im się to krótkoterminowo opłacało. Głosy takich bankierów jak Jan Krzysztof Bielecki, wówczas prezes Pekao, który mówił, że kredyt powinno się brać w walucie, w której się zarabia, były lekceważone, a nawet wyszydzane.

Frankowicze równie chciwie kalkulowali: po co mam płacić wyższe odsetki od kredytu złotowego, skoro mogę niższe od frankowego? Motywem ich działania były korzyści, w tym wypadku oszczędności na ratach i większa dostępność. Osoby zaciągające kredyt na mieszkanie lub dom w złotówkach były traktowane w towarzystwie jako nierozgarnięte, niepotrafiące liczyć, w zasadzie nieznające się na ekonomii. Tyle że właśnie na lekceważeniu podstawowych zasad ekonomii polegli banki i frankowicze, bo ryzyko kursowe to abecadło edukacji ekonomicznej. Bankowcy wiedzieli o tym ryzyku z urzędu, mimo to schemat indeksowanych kredytów frankowych został zaakceptowany przez zarządy opłacane w skali roku milionami. Ich wiedza i przygotowanie do zarządzania ryzykiem w bankach były przy tym legitymizowane przez nadzór finansowy, bo prezes banku musi być zatwierdzony przez nadzór i nie może nim zostać ktoś z ulicy.

Kredyty brało głównie młode pokolenie, wykształcone już w nowych realiach gospodarki rynkowej, które też nie mogło udawać, że nie wie, co to ryzyko kursowe. Można więc założyć, że kredytobiorcy wiedzieli o ryzyku kursowym, ale lekceważyli je, optymistycznie sądząc, że problem nigdy nie będzie ich dotyczyć. Choć zawierali związek z bankiem – i kredytem frankowym – na 30–40 lat.


Pozostało 60% tekstu

Prenumerata wydania cyfrowego

Dziennika Gazety Prawnej
9,80 zł
cena za dwa dostępy
na pierwszy miesiąc,
kolejny miesiąc tylko 79 zł
Oferta autoodnawialna
KUPUJĘ

Pojedyncze wydanie cyfrowe

Dziennika Gazety Prawnej
4,92 zł
Płać:
KUPUJĘ

Polecane

Reklama

Galerie

Polecane