2 listopada rząd podjął decyzję o wyborze amerykańskiego koncernu Westinghouse jako partnera do budowy pierwszej polskiej elektrowni jądrowej w nadmorskiej lokalizacji Lubiatowo-Kopalino. Decyzja ta, podjęta w ramach amerykańsko-polskiego międzyrządowego porozumienia o współpracy, pozwoli jeszcze bardziej zacieśnić więzy wiążące nas z głównym sojusznikiem – Stanami Zjednoczonymi. To słuszna decyzja.

W ramach rządowego Programu Polskiej Energetyki Jądrowej planowana jest budowa do 2043 r. nie jednej, lecz dwóch elektrowni jądrowych o łącznej mocy do 9 GW. Stąd też przed radą ministrów stoi w najbliższych miesiącach kolejne zadanie – wybór partnera do budowy drugiej elektrowni. Należy tu przypomnieć że inny, ogłoszony w ostatnich tygodniach projekt budowy elektrowni jądrowej, który realizowany ma być w Pątnowie, jest całkowicie prywatnym przedsięwzięciem z udziałem ZE PAK, państwowej Polskiej Grupy Energetycznej i koreańskiego KHNP. Swoje poparcie dla tej prywatnej, komercyjnej inicjatywy zadeklarował zarówno wicepremier Jacek Sasin jak i władze koreańskie, podpisując w Seulu odpowiednią deklarację.

Co jednak z wyborem partnera do drugiej rządowej elektrowni jądrowej? Na placu boju są cały czas oferenci z USA, Korei Płd. i Francji. Zdaniem ekspertów wszystkie trzy technologie reaktorów jądrowych będą porównywalne pod kątem nowoczesności i bezpieczeństwa, po odpowiednim dostosowaniu propozycji koreańskiej. Wybór będzie miał zatem raczej charakter polityczny. W takim razie kryterium wyboru powinny być polityczne korzyści, jakie Polska może uzyskać od wskazanego partnera technologicznego, a raczej od państwa które partner ten reprezentuje. Zlecenie budowy elektrowni jądrowej jest dobrym sposobem na uzyskanie takich korzyści – to bardzo prestiżowy politycznie kontrakt o wielkiej wartości – pierwsza polska elektrownia kosztować ma około 100 mld zł.

Reklama

Czy wybór tego samego – amerykańskiego – dostawcy dla drugiej elektrowni da Polsce jakieś dodatkowe korzyści? Wydaje się że nie, skoro Stany Zjednoczone, główny polski sojusznik, zostały już ustanowione partnerem w rozwoju polskiej energetyki jądrowej, a wzajemne obszary współpracy obejmują poważne zamówienia zbrojeniowe czy import amerykańskiego gazu LNG. To samo tyczy się wyboru Korei Płd., reprezentujący którą dostawca również został już wybrany do budowy prywatnej, ale pod egidą Ministerstwa Aktywów Państwowych i z udziałem państwowej spółki, elektrowni w Pątnowie.

Zostaje więc Francja i pochodzący z niej koncern energetyczny EDF. To z Francją właśnie Polska wspólnie skutecznie broniła atomu w ramach UE kilka miesięcy temu, razem uzyskując jego włączenie do tzw. unijnej taksonomii. To naturalny sojusznik jeśli chodzi o rozwój energetyki jądrowej w Europie. Zbieżnych interesów uzasadniających współpracę może być więcej, szczególnie w długim okresie, gdyż priorytety obu państw pozostaną zawsze, z racji ich położenia geograficznego, europejskie. Są przy tym oczywiście między Polską a Francją poważne różnice interesów, o których nie należy zapominać, choć swoją drogą różnice takie są też z USA i z Koreą. Wydaje się jednak że potencjalne polityczne korzyści dla Polski z takiej współpracy, np. w uzyskaniu zgody Komisji Europejskiej na konieczną przy budowie elektrowni jądrowych pomoc publiczną, mogą w tym przypadku być największe. Szczególnie że pominięcie Francji po raz trzeci w wyborze dostawcy elektrowni jądrowych może spowodować usztywnienie jej polityki i paradoksalnie blokadę na poziomie UE decyzji, na których zależy naszemu rządowi.

Niezależnie od wyboru jakiego dokona niedługo nasz rząd w sprawie drugiej elektrowni jądrowej, miejmy nadzieję, że oparty on zostanie na chłodnej ocenie politycznych korzyści jakie Polska może na takiej decyzji ugrać. W tym konkretnym przypadku mogą one być największe, jeśli wybrany zostanie partner europejski.

Andrzej Arendarski, Prezydent Krajowej Izby Gospodarczej