Impas w rozmowach w sprawie kopalni Turów trwa, a negocjacje są już prowadzone od ponad dwóch miesięcy. Jak wynika z informacji DGP, główną osią sporu są kary, jakie polska strona miałaby płacić za nieprzestrzeganie konkretnych zapisów porozumienia.
Warszawa przyznaje, że może dojść do tego, że podpisanie umowy nie będzie się nam finansowo opłacać. Dziewiąta tura rozmów odbędzie się w Pradze w najbliższy czwartek. Polska delegacja do czeskiej stolicy jeździ niemal co tydzień. Na razie jednak nie udało się porozumieć w sporze o kopalnię, która w ocenie naszych sąsiadów zanieczyszcza środowisko i prowadzi do obniżenia poziomu wód gruntowych.
Polsce cały czas zależy na rozwiązaniu sprawy. Plan A zakłada, że do zawarcia umowy dojdzie. Zgodnie z jej projektem mielibyśmy m.in. przeznaczyć 50 mln euro na inwestycje wodne u naszego południowego sąsiada. W rządzie rozważany jest już jednak plan B. Zależy on od tego, co i kiedy postanowi Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej, który ma do rozstrzygnięcia skargę Czechów oraz wniosek o nałożenie kar na Polskę w związku z zastosowaniem środka tymczasowego. W maju TSUE nakazał przerwanie prac kopalni do momentu wydania ostatecznego wyroku, ale kopalnia nie została zamknięta. Czesi domagają się więc nałożenia dziennej kary w wysokości 5 mln euro. Warszawa zaś zwróciła się do TSUE o zniesienie środka tymczasowego, uzasadniając to bezpieczeństwem energetycznym kraju.
Reklama
W rządzie słyszymy, że ewentualne kary, jakie mogłyby zostać nałożone w związku z nieprzestrzeganiem środka tymczasowego, będą ograniczone w czasie – Polska płaciłaby je do ostatecznego wyroku.
– Jeśli rozmowy będą się za bardzo przeciągały, może się okazać, że zawieranie porozumienia straci sens także dla nas – zauważa rozmówca DGP. – W sytuacji, w której oczekiwania czeskie co do porozumienia będą tak wygórowane, że to się finansowo nie będzie opłacało, to my nie będziemy mieć jakiejś szczególnej motywacji, by w to bardzo głęboko iść – dodaje.

Reklama
Karę dzienną za nieprzestrzeganie środka tymczasowego TSUE nałożył tylko raz i również na Polskę. Chodziło o postanowienie mające powstrzymać dalszą wycinkę w Puszczy Białowieskiej. Doszło do tego dopiero, kiedy TSUE zasądził 100 mln euro dziennej kary.
Trybunał nie odpowiedział na nasze pytania o to, kiedy można spodziewać się rozstrzygnięcia w sprawie ewentualnych kar.
Pod koniec lipca czeski minister ds. środowiska Richard Brabec w wywiadzie dla „Deníka N”, przyznawał, że jest problem i rozmowy się nie posuwają. Z jego perspektywy wina leży po stronie Polaków, którzy sprzeciwiają się wpisaniu do umowy kar za nieprzestrzeganie poszczególnych zobowiązań. O co dokładnie chodzi? Czesi chcą zapisać konkretne sankcje, jeśli nie zostaną dotrzymane daty związane np. z powstaniem zielonego wału czy stacji mierzących poziomy dźwięku. Na to nasz rząd nie chce się zgodzić. Jak nieoficjalnie słyszymy, polscy negocjatorzy przekonują, że obie strony powinny sobie zaufać. Jednak – jak mówił Brabec – Czesi Polakom po prostu nie wierzą. – Uważamy, że bez tych kar umowa będzie tylko deklaratywna, to dla nas za mało – tłumaczył minister w rozmowie z czeskimi dziennikarzami.
Z kolei polskie władze nie mają wrażenia, że po stronie czeskiej jest wypracowane jednolite stanowisko w sprawie Turowa.
– Są przekrojowe interesy rządu centralnego, są interesy władz lokalnych kraju libereckiego. Scenariusze są różne. Dla nas nadal zawarcie porozumienia jest najważniejsze, ale nie ma pewności, czy na tym samym zależy Czechom – podkreśla nasz rozmówca znający kulisy negocjacji.
Projekt umowy leży na stole. – Od Polaków zależy, czy go zaakceptują – mówi nam jeden z czeskich rozmówców. Zarówno polscy, jak i czescy uczestnicy rozmów przyznają, że od początku negocjacje są bardzo szczegółowe, dyskutowane są nawet poszczególne słowa porozumienia.
– Czesi co tydzień dorzucają nowy temat albo wracają do tego, co zostało już uzgodnione, bo wskazują, że mają nowe analizy, które coś nowego sugerują. To się dlatego bardzo przeciąga – mówi nasz informator z polskiego rządu.
W efekcie powstało wrażenie, że Czesi grają na czas.
– Chyba zaczęli zauważać, że jeżeli teraz się z nami porozumieją, to będzie to postrzegane jako zbyt łagodne podejście, ustąpienie, a więc paradoksalnie politycznie mogą na tym stracić. A wybory są w październiku – słyszymy po polskiej stronie. Czesi z kolei wersji polityczno-wyborczej zaprzeczają, uważają, że to nie jest temat nośny społecznie. Wybory parlamentarne odbędą się u nich 8 i 9 października. Ponadto czeskie organizacje pozarządowe i tak krytykują rząd, że jest zbyt łagodny z negocjacjach z Polską.
W naszym rządzie panuje przekonanie, że w związku z sierpniowym okresem urlopowym rozstrzygnięcia nie należy się spodziewać w tym miesiącu. To daje więc jeszcze potencjalnie trzy tygodnie na dwustronne rozmowy z Czechami, które mają – zgodnie z zapowiedziami Pragi – doprowadzić do wycofania ich skargi z TSUE i zakończenia sprawy. Jak wynika z naszych rozmów, nie ma wyznaczonej daty końca negocjacji. ©℗