Bez względu na to, która partia wygra wybory – powstaną farmy wiatrowe na morzu i wspierani będą producenci prądu z przydomowych instalacji OZE.
PiS to jedyne ugrupowanie, które przed październikowymi wyborami w energetyce chce stawiać na siłownie atomowe. Program rozwoju energetyki jądrowej przyjęto jeszcze za czasów PO, a w 2010 r. powstała spółka celowa Polskiej Grupy Energetycznej, której zadaniem jest budowa pierwszej elektrowni jądrowej w Polsce. Nie było jednak dotąd wystarczającej woli politycznej, by dopiąć inwestycję, która może kosztować nawet 70 mld zł.
Ostatnio jednak PiS coraz częściej mówi o atomie. W swoim programie zapowiada, że po 2040 r. moc polskich bloków jądrowych może osiągnąć 10 GW, czyli tyle, ile przyszłych morskich farm wiatrowych. W ubiegłym tygodniu pełnomocnik rządu ds. strategicznej infrastruktury energetycznej Piotr Naimski zapowiedział na konferencji Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej w Wiedniu, że pierwszy reaktor o mocy 1–1,5 GW zostanie uruchomiony w 2033 r., a kolejne pięć w odstępach dwuletnich, do 2043 r. – Potrzebujemy takiego pewnego źródła, by odpowiedzieć na przewidywany wzrost konsumpcji energii i zastąpić wycofywane moce wytwórcze – mówił.