Podatek od niektórych kopalin jest nazywany popularnie miedziowym, bo od 2012 r. płaci go jedynie nasz czołowy producent miedzi i srebra, czyli KGHM Polska Miedź, który przekazał w ten sposób do budżetu dobrze ponad 10 mld zł (prognoza na ten rok mówi o 1,4 mld zł). Zwolennicy zniesienia tego podatku argumentują, że danina, którą obciążona jest obecnie tylko jedna spółka w Polsce, negatywnie odbija się m.in. na zdolnościach inwestycyjnych i ogólnej kondycji, co przełożyło się w 2018 r. na decyzję o braku wypłaty dywidendy. Przekonują też, że zniesienie tego podatku nie będzie dla budżetu bolesne, a i tak będzie mogło być kompensowane chociażby dywidendą.

Tyle że dzięki podatkowi miedziowemu uchwalonemu za rządu PO–PSL jedynym zwycięzcą (w przypadku wypłaty dywidendy – podwójnym) był Skarb Państwa. A po zniesieniu takiego podatku ewentualna wyższa dywidenda z zysku trafiałaby też do innych akcjonariuszy. Podatek jest przy tym naliczany według sztywnych ram – zawartości metali w koncentracie – i nie uwzględnia ok. 4 proc. strat powstałych w procesie wytwórczym miedzi i 10 proc. srebra, lecz odnosi się do produktu finalnego, którym jest miedź elektrolityczna.

Posłowie przypominają, że w wyniku zmiany ustawy w 2014 r. od przyszłego roku KGHM Polska Miedź nie byłby już jedynym płatnikiem słynnej daniny, bo objęte by nią były także gaz i ropa, a więc produkty Lotosu, Orlenu i PGNiG. Zważywszy na ich ogromne plany inwestycyjne, kolejne wydatki, zwłaszcza w perspektywie potencjalnego spowolnienia gospodarczego, nie byłyby dobrą wiadomością dla mniejszościowych akcjonariuszy.

Sąd Najwyższy w swej opinii nie ma zastrzeżeń do projektu Kukiz’15, Biuro Analiz Sejmowych Kancelarii Sejmu potwierdza, że temat nie jest regulowany prawem Unii Europejskiej. Czy KGHM może więc zacząć świętować? Raczej nie. Temat podatku miedziowego wraca bowiem przy okazji każdych zbliżających się wyborów. A skoro 2019 r. jest rokiem podwójnie wyborczym, to myślę, że wróci on z podwójną siłą.

W 2015 r. ówczesna kandydatka PiS na premiera Beata Szydło na konferencji w Lubinie zapewniała, że miedziowy podatek zostanie w całości zniesiony. Na Dolnym Śląsku takie zapowiedzi są ważne, bo KGHM jest największym pracodawcą w regionie (bezpośrednio i pośrednio zapewnia zatrudnienie łącznie nawet 100 tys. ludzi). Zaciskanie przez niego pasa jest tam zawsze odczuwalne i nie przechodzi bez echa. Sam zarząd KGHM podchodzi do tematu rozsądnie bez względu na to, kto akurat jest na jego czele (a od wyborów 2015 r. miał już pięciu szefów). Słusznie przypomina, że eksploatowane przez niego złoża rud są dobrem wspólnym. Opłata więc nie jest bezzasadna, ale jej sztywna formuła w okresie bessy już jest jednak kłopotliwa.

Ostatni raz temat podatku miedziowego wrócił przed wyborami samorządowymi. Na wspólnej konferencji premier Mateusz Morawiecki, minister finansów Teresa Czerwińska i prezes KGHM Marcin Chludziński ogłosili zmianę formuły daniny. Tyle że zmieniła się jedynie kieszeń, do której wpada jej część. Zdecydowano bowiem, że od 1 czerwca 2019 r. 5 proc. opłaty będzie trafiać do lokalnych samorządów. Dla nich to świetna wiadomość; w przypadku Polskiej Miedzi nic się nie zmieniło.

Myślę, że i czwartkowe pierwsze czytanie projektu nowelizacji nie będzie przełomowe, bo PiS potrzebuje przecież własnej amunicji na nadchodzące wybory. I choć Dolny Śląsk wydaje się mieć pod mocną kontrolą, to jednak hasło „wszystkie ręce na pokład” może być prorocze. A wówczas posiadanie w rękawie asa, jakim jest zapowiedź zniesienia podatku od niektórych kopalin, może się okazać kluczowe.

Podatek od niektórych kopalin jest nazywany popularnie miedziowym, bo od 2012 r. płaci go jedynie nasz czołowy producent miedzi i srebra, czyli KGHM Polska Miedź