Polska, kraje bałtyckie i Ukraina wciąż liczą na to, że ich sprzeciw sprawi, że druga nitka gazociągu nie powstanie.
Zachodnie koncerny sfinansują przez długoterminowe kredyty połowę wartości drugiej nitki gazociągu bałtyckiego (NS2), której koszt jest szacowany na 9,5 mld euro. Ale to Gazprom pozostanie jedynym udziałowcem spółki Nord Stream 2 AG. Taka formuła podpisanej w poniedziałek umowy między rosyjskim Gazpromem a francuskim Engie, holenderskim Shellem, niemieckimi Uniperem i Wintershallem oraz austriackim OMV pozwoli ominąć sprzeciw Polski. W 2016 r. UOKiK swoją decyzją zablokował firmom z UE wejście do spółki z Gazpromem. A podpisanie przez Rosjan umowy z każdym koncernem z osobna, bez powoływania osobnego podmiotu, to już inna konstrukcja prawna.
Reklama
– W związku z realizacją projektu NS2 Niemcy zamierzają zagwarantować Polsce, że gaz będzie do niej dostarczany (gdyby Rosjanie zakręcili kurek – red.) – zapewniał przewodniczący komisji energetyki Bundestagu Peter Ramsauer, cytowany przez Reutersa. Większym pesymistą jest Piotr Naimski, pełnomocnik rządu ds. strategicznej infrastruktury energetycznej. Jego zdaniem niemiecki regulator w sytuacji kryzysu może zdecydować o tym, że w pierwszej kolejności napełni magazyn gazu Katharina przy granicy z Polską. – Współwłaścicielem tego magazynu jest Gazprom, więc nie jest to prosta sytuacja – wyjaśniał Naimski serwisowi BiznesAlert.

Reklama
Stanowisko PGNiG pozostaje niezmienne. – Jest ono jednoznacznie negatywne – mówi Robert Papliński z biura prasowego spółki. Zdaniem byłego ministra skarbu Andrzeja Czerwińskiego (PO) Komisja Europejska powinna zbadać model finansowania gazociągu, ponieważ dotyczy on bezpieczeństwa i niezależności energetycznej całej Wspólnoty. – Pozyskanie finansowania to ogromny krok naprzód, ale nie jest to wcale finał tej inwestycji – powiedział Czerwiński. – Rząd i PGNiG powinny prześwietlić wszystkie unijne przepisy. Nie jest jeszcze za późno na stworzenie wspólnego frontu negocjacyjnego. Trzeba to wykorzystać, by Rosjanie nas nie ograli – dodał.
Druga strona sporu deklaruje, że projekt NS2 przyniesie korzyści całej Europie. „Finansowe zobowiązania europejskich spółek dowodzą strategicznej wagi projektu dla europejskiego rynku gazu, jego konkurencyjności, a także średnio- i długoterminowego znaczenia dla bezpieczeństwa energetycznego, zwłaszcza w warunkach prognozowanego obniżenia wewnątrzeuropejskiego wydobycia” – czytamy w komunikacie Gazpromu. Rosjanie mają nadzieję na wzrost konsumpcji ich gazu w państwach UE.
„Doświadczenie uczy, że urzędnicy państwowi widzą konieczność budowy nowych gazociągów niezależnie od sytuacji rynkowej” – zastrzega w swojej analizie Michaił Korczemkin, rosyjski specjalista ds. energetyki. Druga nitka rury z Rosji do Niemiec pod dnem Bałtyku ma być gotowa do końca 2019 r. Jego większa część ma przebiegać wzdłuż pierwszej nitki, oddanej do użytku w 2011 r. Wyjątkiem jest początek rury po stronie rosyjskiej; zamiast w Wyborgu ma ona schodzić pod dno Bałtyku w Ust-Łudze. Moc przesyłowa magistrali ma wynosić 55 mld m sześc. paliwa rocznie.
Sprzeciwia mu się nie tylko Polska, ale również kraje bałtyckie i Kijów. Ukraina boi się utraty statusu państwa tranzytowego dla rosyjskiego gazu. Choć przetrwali już dwie zimy bez kupowania surowca bezpośrednio od Gazpromu, tranzyt pozostaje ważnym źródłem dochodów. Co więcej, Ukraińcy wciąż sprowadzają rosyjski gaz rewersem, przede wszystkim przez Słowację. Rezygnacja Rosji z tranzytu teoretycznie może więc utrudnić możliwość korzystania z rewersu i ułatwić Moskwie powrót do energetycznego szantażowania Kijowa.
Z kolei Litwa i Łotwa przyłączyły się niedawno do polskiej skargi do Trybunału Sprawiedliwości UE w sprawie niemieckiego gazociągu OPAL. To lądowe przedłużenie gazociągu bałtyckiego, niezbędne do przesyłu gazu po budowie NS2. Unia przyznała Gazpromowi prawo do wykorzystywania do 2033 r. 80 proc. przepustowości rury. „Decyzja ta daje podstawę do zbudowania NS2. W tym kontekście zagraża ona bezpieczeństwu energetycznemu UE i Ukrainy, narażając na szwank bezpieczeństwo dostaw. Podważa też zdolność i wolę UE do przestrzegania własnego prawa oraz opierania się presji wywieranej przez Rosję” – napisali we wspólnym oświadczeniu prezydenci Andrzej Duda i Petro Poroszenko, zapowiadając w grudniu 2016 r. podjęcie starań o rewizję tej decyzji.