Z tą diagnozą można się generalnie zgodzić. Jednak stanowisko kontestatorów to liberalny populizm. Przejawia się on przede wszystkim w wypowiedziach Leszka Balcerowicza, który – mówiąc najdelikatniej – nie przebiera w słowach, choć jest tą osobą, która ponosi bezpośrednią (zgoła personalną) odpowiedzialność właśnie za obecny stan finansów publicznych. Ale po kolei.

System w obecnym kształcie został przesądzony decyzjami parlamentu w 1997 r. Premier Włodzimierz Cimoszewicz powierzył zadanie Jerzemu Hausnerowi, a program reformy wykonało (w ekspresowym tempie) jego biuro kierowane przez urzędnika Banku Światowego. W równie ekspresowym tempie parlament uchwalił co trzeba. Rząd następny (AWS i UW) kontynuował dzieło i zmiany weszły w życie od 1999 r. (ministrem finansów był L. Balcerowicz).

Moim zdaniem wprowadzono zmiany podważające standard ubezpieczeń społecznych, ale o to można się spierać. Nie można się spierać o to, że zaprogramowano perturbacje w finansach publicznych i zafundowano bonanzę zagranicznym firmom, które założyły PTE. Przesądziły o tym nie tylko fundamentalne cechy nowego systemu, ale i okoliczności. Pod wpływem oszukańczej kampanii reklamowej PTE z grupy ludzi w wieku 30–50 lat do II filaru przystąpili prawie wszyscy (program zakładał, że wejdzie połowa), co oczywiście generowało wielki przyrost dotacji do ZUS. Zgodzono się też na horrendalnie wysokie stawki obciążenia składek na rzecz PTE (na początku 10 proc.). W obydwu tych kwestiach minister finansów „skorzystał z możliwości bycia cicho”.

Krytycy obecnych propozycji rządu wskazują, że transfery z budżetu do ZUS są obecnie kilkukrotnie większe od dotacji do PTE. To półprawda. Pomińmy fakt, że obecne dotacje są względnie niewielkie, bo w 2011 r. obniżono je z 7,3 pkt proc. składki ubezpieczeniowej do 2,3 pkt proc., czemu dzisiejsi obrońcy OFE gwałtownie się wówczas sprzeciwiali. Ważniejsze jest to, że zawarte są tam dotacje na wypłaty emerytur mundurowych oraz KRUS. To pierwsze oznacza, że budżet wcześniej zaoszczędził wydatki na składkę, to drugie, że wydatków tych w większości uniknąć nie sposób.

Sytuacja jest obecnie bardzo trudna. Mamy „normy ostrożnościowe” (to też zasługa Balcerowicza), z którymi zderzenie oznacza katastrofę. W tym roku deficyt sektora finansów publicznych może sięgnąć 5 proc. PKB. Jego likwidacja w roku następnym (pomijając konsekwencje społeczne i polityczne) musiałaby wygenerować recesję. Już jest za późno na podniesienie podatków (od wysokich dochodów – tylko to ma sens ekonomiczny i jest sprawiedliwe). Zresztą kontestatorzy i w tej kwestii podnieśliby raban.

Rządowe projekty niezbyt mi się podobają, ale generalny kierunek jest racjonalny. System OFE trzeba zmarginalizować, bo zmiany z 1999 r. były bezsensowne, a dziś widać ich katastrofalne następstwa dla finansów publicznych, a także dla ubezpieczonych. Występowanie w obronie tego systemu z argumentem, że chroni on interesy emerytów, to skrajna obłuda. Przecież nawet w 1997 r. wszyscy wiedzieli, że te zmiany doprowadzą do relatywnego obniżenia emerytur. I to się z nawiązką potwierdza. Paradny (ale też nieprofesjonalny) jest argument, że to zamach na oszczędności emerytów. Emeryci nie mają w PTE żadnych zaoszczędzonych pieniędzy (jak np. w banku), mają określone prawa do aktywów finansowych, które za ich składki kupowały PTE. Te aktywa – zgodnie zasadami reformy – mają być stopniowo sprzedawane, a z przychodu wypłacane emerytury (nie wiadomo jakiej będą wysokości).

Z przytoczonych tu argumentów nie wynika oczywiście, że nie należy ograniczyć ewidentnych przywilejów w systemie emerytalnym (rolnicy, mundurowi, górnicy). Są też ważne powody, by samozatrudnieni poza rolnictwem stopniowo płacili składki w proporcji do rzeczywistych dochodów. Zwiększony też powinien być limit oskładkowanego dochodu, należy także objąć składkami wszystkie rodzaje dochodów z pracy (np. honoraria). Wszystko to nie zamiast zmian ograniczających II filar, ale równolegle z nimi.