Samorządy nie pomogą mieszkańcom, którzy zużywają dużo wody i w związku z tym będą też musieli słono płacić za odbiór odpadów. Nie pozwala na to obowiązujące prawo. Tymczasem rosnące w czasie epidemii koronawirusa koszty utylizacji zmuszają do podwyżek.
DGP
Gminy mogą wybierać z kilku metod naliczania opłat za śmieci. Najsprawiedliwsza z nich, jakby się wydawało, czyli od liczby osób w mieszkaniu, jednak się nie sprawdza, bo właściciele i najemcy zaniżają liczbę lokatorów, co trudno sprawdzić, zwłaszcza w dużych miastach. Jednostki samorządu terytorialnego szukają więc innych rozwiązań, by nie zabrakło środków na gospodarkę odpadami. Często stosują metodę, według której rozliczenia dokonuje się zgodnie z ilością pobranej wody. Pozwala ona uchwycić, w którym lokalu mieszka więcej osób, i dostosować do tego opłaty za śmieci. Przy tym sposobie również ustawowe, maksymalne stawki, jakie można pobrać za odpady, są dość korzystne. Problem w tym, że mogą okazać się nie do zaakceptowania przez mieszkańców. Jak obliczyliśmy, w przypadku czteroosobowej rodziny niedysponującej licznikiem wody i niesegregującej śmieci może to być nawet 800 zł miesięcznie!
Reklama

Ograniczenia niemożliwe

Reklama
Sposób naliczania opłat w proporcji do zużycia wody w lutym br. wybrały władze Tarnowa. Miasto zdecydowało, że poza stosowaniem ustawowych ulg (dla osób uprawnionych do korzystania z pomocy społecznej i dla tych, którzy przy domu mają kompostowniki) nie będzie też pobierało wyższej opłaty, średnie miesięczne zużycie wody przekroczy 15,9 m sześc. Chodziło o to, by wieloosobowe gospodarstwa nie płaciły nadmiernie dużo za odpady. Zakwestionowała to jednak Regionalna Izba Obrachunkowa w Krakowie. W opublikowanej w kwietniu uchwale nr KI 411/114/20 uznała, że o ile zrozumiałe jest pomniejszenie wpływów wynikające z wprowadzonych zwolnień dla niektórych grup mieszkańców (zgodnie z art. 6k ust. 4 i 4a ustawy z 13 września 1996 r. o utrzymaniu czystości i porządku w gminach; t.j. Dz.U. z 2019 r. poz. 2010; ost zm. Dz.U. z 2020 r. poz. 284), o tyle wyłączenie z podstawy ustalenia opłaty ilości zużytej wody ponad 15,9 m sześc. „nie znajduje uzasadnienia w przepisach ustawy”. W ocenie izby rozwiązanie korzystne dla mieszkańców zostało wprowadzone z naruszeniem art. 6j ust. 1 pkt 2, zgodnie z którym w przypadku nieruchomości, na której zamieszkują mieszkańcy, opłata za gospodarowanie odpadami komunalnymi stanowi iloczyn ilości zużytej wody z danej nieruchomości oraz stawki opłaty ustalonej na podstawie art. 6k ust. 1. RIO uznała też za błędny przepis, który określał, że ustalając opłatę w nieruchomościach nieprzyłączonych do sieci wodociągowej lub nieopomiarowanych, przyjmuje się 3 m sześc. zużytej wody na osobę przemnożone przez liczbę osób. Poradziła, by w przypadku braku możliwości ustalenia faktycznego zużycia wody skorzystać z więcej niż jednej metody ustalenia opłat – czyli od osoby lub gospodarstwa domowego. To jednak budzi wątpliwości, bo jeśli np. dla czteroosobowej rodziny w opomiarowanym bloku zastosuje się pełną stawkę od wody, to opłata będzie dwukrotnie wyższa niż przy stawce od gospodarstwa domowego. Podobnie może być przy zastosowaniu stawki od liczby mieszkańców.

Stolica z maksymalną stawką

O podwyżkach opłat za odpady znów stało się głośno po tym, jak kolejną i to bardzo wysoką ogłosiła Warszawa. Na razie podwyżka została ona wstrzymana, ale tylko do czasu dokonania nowych przeliczeń. Miasto zakładało maksymalną stawkę 12,73 zł za zużyty 1 m sześc. wody. Przy czym proponowało, by w nieruchomościach, na których nie ma liczników, przyjąć, że jedna osoba zużywa 4 m sześć. wody miesięcznie. Przy takich założeniach czteroosobowa rodzina zapłaciłaby miesięcznie 203,68 zł – o ile segregowałaby śmieci. Jeśli nie, to stawka skoczyłaby o 100 proc., czyli przekroczyłaby 400 zł. Co ciekawe, warszawski magistrat twierdzi, że nawet przy tak oszacowanych stawkach nie uda się w pełni pokryć wydatków miasta na gospodarkę odpadami (1,7 mld zł rocznie).
Z podwyżkami, często kolejnymi już w tym roku, mamy do czynienia nie tylko w stolicy. Marek Wójcik ze Związku Miast Polskich zapewnia jednak, że nie oznacza to, iż samorządy kombinują i wrzucają w opłaty za odpady różne swoje koszty, np. z tytułu dezynfekcji. – Na odpadach nie możemy zarabiać. Pieniędzy nie można przeznaczać na inny cel, nawet na taki, który jest związany z czystością, jak odkażanie miast w trakcie epidemii – przekonuje ekspert. – Dezynfekcja z opłat za odpady nie wchodzi w grę – potwierdza Daniel Chojnacki, radca prawny z kancelarii Domański, Zakrzewski, Palinka. – Ale w trakcie epidemii koszty rosną – nie ma wątpliwości prawnik. A Marek Wójcik wylicza: droższy jest odbiór śmieci z kwarantanny, koszty ochrony pracowników, większa ilość opakowań po środkach chemicznych, więcej zużytych maseczek czy rękawiczek. Nasi rozmówcy podkreślają też, że wzrost cen związany jest z wprowadzeniem bazy danych o odpadach i zmianą przepisów odpadowych, co spowodowało wycofanie się niektórych firm z rynku. Kolejny problem to wprowadzenie pięciopojemnikowego systemu do segregacji i niedoszacowanie odbioru odpadów z nieruchomości niezamieszkanych.
Według ZMP powstrzymanie szybkiego wzrostu cen za śmieci dla mieszkańców jest jednak możliwe. Taniej byłoby, gdyby samorządy odpowiadały za odpady zmieszane i bio, a przedsiębiorcy za pozostałe w ramach rozszerzonej odpowiedzialności producenta. Gminy chcą też przywrócenia metod obliczania poziomów recyklingu i przygotowania do ponownego użycia, które były stosowane do 2019 r. (pisaliśmy o tym w „Tygodniku Gazecie Prawnej” z 11 października 2019 r. w tekście „Liczenie recyklingu po polsku: stare dane, niewłaściwy podział odpadów i układy”). Potrzebne jest też podniesienie stawek ustawowych dla odpadów z nieruchomości niezamieszkanych, które zdaniem samorządowców pozwalają obecne na pokrycie jedynie ok. 1/3 kosztów obsługi. Marek Wójcik wskazuje też na potrzebę rozliczania wody i odpadów na jednej fakturze, na co dzisiaj nie pozwala ustawa. To też obniżałoby koszty.
Z kolei Maciej Kiełbus, partner w kancelarii dr Krystian Ziemski & Partners, zwraca uwagę, że zgodnie z ustawą można ulżyć dwóm grupom osób. – Rada gminy, w drodze uchwały, może zwolnić w całości lub w części rodziny, w których dochód nie przekracza kwoty uprawniającej do określonych świadczeń pieniężnych z pomocy społecznej lub rodziny wielodzietne, o których mowa w ustawie o Karcie Dużej Rodziny.

Dobre praktyki buduje się latami

Z gąszczem zmieniających się i nieprzyjaznych przepisów oraz wciąż rosnącymi kosztami można sobie jednak poradzić. Ale trzeba działać długofalowo. Dobrym przykładem jest Szczecin. Miasto wybrało metodę od wody wiele lat temu i stosuje ją do dziś, tylko nieco modyfikując wprowadzone zasady. Najpierw miała to być opłata od wody dla wszystkich, jednak ze względu na podlewanie ogródków w domkach wprowadzono ryczałt – od gospodarstwa domowego. Są też wyjątki dla osób mieszkających samotnie, o ile zużywają mniej niż 4 m sześc. wody miesięcznie. Zdecydowana większość szczecinian płaci jednak 7,50 zł od metra zużytej wody. Dlaczego stawka jest znacznie niższa od warszawskiej? – Mamy własną spalarnię, nie musimy więc płacić wygórowanych cen za unieszkodliwianie i wozić odpadów przez pół Polski – wyjaśnia Paweł Adamczyk, dyrektor w wydziale gospodarki komunalnej. A co jeśli zdarzy się awaria i dużo wody wypłynie z sieci? – Mieszkańcy mają możliwość wybrania sześciu spośród ostatnich 18 miesięcy jako okresu rozliczeniowego – mówi Piotr Adamczyk. Wkrótce miasto zamierza też nieco inaczej traktować przypadki nieselektywnej zbiórki w domach jednorodzinnych – gdzie wszystko zależy od właściciela ‒ i w bloku, w którym mieszka kilkadziesiąt rodzin, z których jedna czy dwie sporadycznie nie segregują odpadów. W tej drugiej sytuacji mieszkańcy byliby potraktowani łagodniej.