Komu wierzysz, Drogi Czytelniku? Pod pierwszymi danymi podpisuje się Europejska Agencja Ochrony Środowiska. Drugie lansuje Izba Gospodarcza Sprzedawców Polskiego Węgla. I lansuje skutecznie, bo krzykliwe nagłówki o owych 35 tys. osób, które umierają co roku z zimna, bo nie stać ich na tradycyjny polski opał, przez chwilę atakowały nas ze stron największych portali internetowych i gazet.

To pierwsza tak spektakularna salwa wymierzona w aktywistów i ekologów, którzy znaleźli dla siebie przyjazny przyczółek w wielu mediach. W przeciwieństwie do tych po drugiej stronie barykady, których do wspólnego stołu dyskusyjnego raczej nie zapraszano. Poza kilkoma niszowymi portalami, które nie dopuszczają żadnego zamachu na którekolwiek z naszych dóbr narodowych, nie istnieli w przestrzeni publicznej i byli (są?) traktowani jak truciciele.

No to teraz macie, wyhodowaliście potwora, a czara się przelała. Tak można by rzec w stronę aktywistów, którzy oburzają się dziś, że media poświęciły uwagę tej drugiej, „brzydkiej” stronie i rzuciły się na kolportowane przez nich sensacyjne doniesienia. A mowa w nich nie tylko o tysiącach zgonów, ale i o 210 mld zł kosztów ekonomicznych, które ponosimy co roku, nie zajmując się ubóstwem energetycznym. Skądinąd tym samym, z którego wyciągać Polaków chcą rząd i alarmy smogowe, tylko że innymi metodami, niż chciałaby tego Izba, czyli sypiąc pieniędzmi na OZE, zamiast po prostu dosypując każdemu biednemu po tonie węgla.

Na medialną kontrofensywę drugiej strony mocy, czyli Polskiego Alarmu Smogowego (PAS), nie trzeba było długo czekać. Nie zostawili na raporcie „Ubóstwo energetyczne – śmiertelność i jej koszt. Szacunki na podstawie dostępnych danych”, a także powielających go mediach, suchej nitki. Dziwi mnie natomiast, że publikując ów raport, Izba wyprowadziła cios tak późno. Przewrotnie może to być znak, że „tonący brzytwy się chwyta”. I sygnał dla aktywistów, że ich działania przynoszą skutki. Nie tylko wizerunkowe, ale i czysto praktyczne, które zaczynają stanowić realne zagrożenie dla istniejącego od lat status quo.

Teraz, gdy kurz po pierwszej bitwie powoli opada, spójrzmy, co z niej wynika. Słusznie wytyka Tomasz Borejza, redaktor SmogLab.pl, że media złapały haczyk i bezrefleksyjnie wydobyły z podsuniętej im pod nos informacji prasowej to, co najbardziej krzykliwe i szokujące, nie zadając sobie trudu, by przeczytać raport w całości i – jak nakazywałaby dziennikarska etyka – sprawdzić źródło. Wszystko prawda. Zwłaszcza że wystarczyłaby nawet pobieżna lektura raportu, by nawet u rozkojarzonych dziennikarzy zapaliła się żółta lampka ostrzegawcza, że coś jest nie tak. W końcu autor raportu sam podaje się na tacy, pisząc na końcu wprost – „Przyjęta liczba 35 tys. zgonów, o czym mowa w raporcie, to wynik założenia, że nadwyżka zgonów miedzy okresem letnim a zimowym w całości spowodowana jest zimnem”. Innymi słowy, kto umiera w zimie, umiera z wychłodzenia. I tu właściwie wypadałoby skończyć.

Ale nie można. Bo problem tkwi jeszcze gdzie indziej. Aktywiści mogą teraz wygrać wizerunkową walkę o „prawdziwą” liczbę zgonów i co się do nich przyczynia. Ale muszą mieć świadomość, że dane, którymi tak często się posiłkują, też mogą zostać zakwestionowane. Czy wytrzymają wtedy napór krytyki tych, którzy podają w wątpliwość np. metodologię stosowaną przez unijne instytucje?

Nie wiem. Wiem tylko, że – niestety – niewielu ekologów potrafiło mi wyjaśnić, skąd biorą się wielokrotnie cytowane przez nich liczby. Z podobnie wymijającymi odpowiedziami i powoływaniem się na autorytet instytucji (np. Światowej Organizacji Zdrowia) spotkałem się też m.in. w przypadku danych dotyczących zmian klimatycznych. Oczywiście, wyjaśnianie statystycznych meandrów i matematycznych zawiłości nie zapewnia klikalności. Ale bez chirurgicznej precyzji i naukowej uczciwości jakakolwiek prośrodowiskowa inicjatywa dalej będzie utożsamiana przez niektórych z pseudonaukowymi wymysłami. A w najgorszym przypadku – ze zidiociałym, sekciarskim ekofanatyzmem. 

Szpitale i szkoły też mogą zarobić na produkcji energii elektrycznej