Rozpatrywanie przez nowego ministra środowiska Henryka Kowalczyka możliwości poszerzenia Białowieskiego Parku Narodowego daje nadzieję na wdrożenie racjonalnego scenariusza zarządzania Puszczą, zgodnie z postulatami większości przyrodników, naukowców i istotnej części lokalnych mieszkańców. Tyle że wypowiedzi ministra, szczególnie dotyczące konsekwencji ochrony parkowej dla lokalnej ludności, wskazują, iż dysponuje on niepełnym oglądem sytuacji.
Reklama

W rozmowie z PR 1, minister stwierdził, że poszerzenie BPN wiązałoby się z ograniczeniem surowca drzewnego dla lokalnej społeczności (przeczytaj tutaj). Ten pozornie słuszny argument jest jednak nieprawdziwy z dwóch powodów.

Po pierwsze, ochrona parkowa wcale nie przewiduje całkowitego zakazu cięć. Przeciwnie, niektóre fragmenty Puszczy Białowieskiej (głównie te sztucznie sadzone), wymagają użytkowania gospodarczego, podobnie jak drzewostany w pobliżu głównych dróg i zabudowy (usuwania części drzew, przerzedzania lasu). Zapewnią więc drewno na lokalne potrzeby. Przyrodnicy i naukowcy od dawna mówią, że takie użytkowanie Puszczy jest wskazane i nie będzie miało negatywnych konsekwencji przyrodniczych.

Po drugie, ograniczenie surowca dla lokalnej społeczności jest problemem właśnie teraz, gdyż komercyjne wycinki i obrót drewnem często dyskryminują lokalnych detalicznych nabywców na rzecz hurtowników kupujących duże ilości drewna i wywożących je poza region. Zatem ochrona parkowa może nawet zwiększyć, a nie zmniejszyć, dostępność drewna lokalnym mieszkańcom. Potwierdzają to wykonane analizy zapotrzebowania drewna, przeprowadzone m.in. przez Zespół Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego ds. Puszczy Białowieskiej oraz postulowane rozwiązania prawne, zapewniające lokalnej ludności pierwszeństwo w dostępie do tego surowca.

Minister Henryk Kowalczyk obawia się również ograniczenia dostępu do Puszczy lokalnym mieszkańcom, jako konsekwencji poszerzenia obszaru BPN. Ta, pozornie racjonalna obawa, traci swą moc, gdy przyjrzymy się rzeczywistym ograniczeniom dostępu do Puszczy.

W tym celu wystarczy cofnąć się do grudnia 2017, kiedy to Lasy Państwowe zamknęły (w środku zimowego sezonu turystycznego!) dostęp do znacznej części Puszczy Białowieskiej, znajdującej się w ich zarządzie, a policja i straż leśna pilnowały głównych szlaków i wystawiały mandaty. Natomiast wstęp do Białowieskiego Parku Narodowego był w tym czasie wolny (i dla lokalnych mieszkańców darmowy). Praktyka pokazuje zatem, nie po raz pierwszy, że to gospodarcze użytkowanie Puszczy jest powodem ograniczania jej dostępności dla mieszkańców i turystów, a nie park narodowy.

Również teoretyczne założenia poszerzenia parku narodowego na całą Puszczę, opracowane przez Zespół Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego ds. Puszczy Białowieskiej, od samego początku zakładały park otwarty dla ludzi, w którym obszary ochrony ścisłej (z ograniczonym wstępem) nie są powiększane.

Jeszcze jedno uściślenie dotyczące stron tego sporu: zwolennicy zaprzestania wycinek, ochrony Puszczy i poszerzenia parku narodowego, to nie tylko „organizacje ekologiczne”, lecz także istotna część miejscowej ludności, która utrzymuje się z turystyki oraz zdecydowana większość polskich naukowców, zajmujących się biologią lasu i ochroną przyrody, badających Puszczę Białowieską od dziesięcioleci. A także, jak pokazują sondaże, dwie trzecie polskiego społeczeństwa.

Autor pracuje w Instytucie Ochrony Przyrody PAN.