Egzaminy wymagają wyższej jakości? Dojrzewa bunt maturzystów [WYWIAD]

autor: Anna Wittenberg15.05.2016, 10:00
"Egzaminy wprowadziły do szkół niezwykle ważną zmianę – w końcu skupiamy się na efektach nauczania. To filozofia, którą kierują się wszystkie dobre systemy edukacji."

"Egzaminy wprowadziły do szkół niezwykle ważną zmianę – w końcu skupiamy się na efektach nauczania. To filozofia, którą kierują się wszystkie dobre systemy edukacji."źródło: ShutterStock

Brakuje pogłębionych analiz, jakiej jakości są egzaminy. Ona często jest niska. W niektórych przypadkach to niemal oszustwo – mówi w rozmowie z DGP Maciej Jakubowski.

Trwają matury. Lubi pan egzaminy.

Egzaminy wprowadziły do szkół niezwykle ważną zmianę – w końcu skupiamy się na efektach nauczania. To filozofia, którą kierują się wszystkie dobre systemy edukacji.

I ich głównym fundamentem są właśnie egzaminy?

Nie. To przede wszystkim decentralizacja systemu kształcenia oraz zapewnienie szkołom autonomii. Tylko w ten sposób można poprawić jakość pracy naszych placówek. Przy czym można to robić na różne sposoby. W niektórych stanach USA testowanie to totalne szaleństwo – tam liczą się tylko wyniki egzaminów, od nich zależy np. płaca nauczycieli. U nas publikujemy wyniki egzaminów na poziomie szkoły i niewiele od nich zależy.

A mimo to nauczyciele się boją o wyniki testów.

Ich reakcje są czasem kuriozalne. Przecież nic im nie grozi za to, że prowadzeni przez nich uczniowie mają kiepskie wyniki.

Takiemu nauczycielowi dyrektor może nie dać premii.

Teoretycznie może, w praktyce tego nie robi. Z badań wiemy, że większość dyrektorów płaci każdemu po równo. A zresztą on i bez egzaminu wie, który pedagog jest dobry, a który nie. A jeśli nie wie, nie powinien być dyrektorem.

To po co nam te testy, skoro niemal nic od nich nie zależy?

Bo mimo wszystko musi być narzędzie do zweryfikowania tego, co uczniowie wynoszą ze szkół. Jakie to będzie narzędzie, zależy od stopnia rozwoju danego kraju. W Finlandii nie ma egzaminów. Co nie znaczy, że uczniowie nie są tam testowani. Tam pedagodzy sami robią testy, by ocenić swoją jakość nauczania.

Sami?

Tak. Tylko że fińscy nauczyciele, podobnie jak singapurscy, to absolutna elita społeczeństwa. Do zawodu idą najlepsi. Jeśli ma się taką selekcję po studiach, to można im zaufać, że sobie poradzą. Żeby do tego dojść w Polsce, potrzeba jeszcze bardzo dużo czasu.

Minister edukacji Anna Zalewska ma dziś ambicję, żeby skonstruować polski miernik jakości nauczania.

Myślę, że przymiotnik „polski” jest bardzo znaczący. Obawiam się, że próby budowania miernika skończą się tym, czym zaowocował system ewaluacji szkół – relatywnością ocen. Z pozoru wszystko wygląda tu pięknie, ale jak się oceny porówna ze wskaźnikami uzyskanymi na podstawie zewnętrznych egzaminów, to dopiero widać, że coś tu nie gra. I to bardzo. Bo zdarzają się szkoły oceniane przez kuratorów wyśmienicie, a ich uczniowie w testach uzyskają przeciętne wyniki.

Test nie pokazuje, jak pracuje szkoła, tylko jak zdolny uczeń do niej przyszedł.


Pozostało jeszcze 86% treści

2 dostępy do wydania cyfrowego DGP w cenie
9,80 zł Za pierwszy miesiąc.
Oferta autoodnawialna
PRENUMERATA 2020
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy INFOR Biznes. Kup licencję

Polecane

Reklama

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Dowiedz się więcej

Galerie

Polecane