Tajne szkolnictwo podczas II wojny światowej było walką nie tylko o wykwalifikowanych pracowników, którzy odbudują kraj, lecz przede wszystkim o człowieczeństwo.

Latem 1941 r. w niewielkim domu z ogrodem na warszawskiej Ochocie odbyło się spotkanie. Niespełna 21-letnia wówczas Wanda Leopold po latach wspominała je ze szczegółami: „Pośrodku stał duży stół, na podłodze pod ścianami piętrzyły się wszędzie książki. Profesor siedział przy stole w półmroku, w narzuconym na ramiona czarnym paletku. Przywitał się z nami, poprosił, żebyśmy usiedli, i słuchał naszych wywodów”. Tym profesorem był 50-letni Julian Krzyżanowski, historyk literatury polskiej, który przed wojną wykładał na uniwersytecie. Krzyżanowski wysłuchał najpierw opowieści młodych ludzi o tym, jak przez dwa lata uczyli się samodzielnie, by w końcu wyjawić, jak będzie wyglądała teraz ich edukacja jako studentów tajnej Polonistyki UW. „W ten sposób odbyła się nasza immatrykulacja. Byliśmy całkowicie zaskoczeni zaufaniem i rzeczowością profesora” – pisała Wanda Leopold.

Rozpoczęte jesienią zajęcia organizowano w domach wykładowców, a czasem studentów. Dla wielu okazały się przystanią – od łapanek, egzekucji, nieustannego lęku i walki o przeżycie, ale także miejscem, w którym mogli marzyć o tym, co będzie. „Profesor Krzyżanowski snuł plany na okres po wojnie – plany szerokie: edytorskie, przekształcenia towarzystw naukowych, reformy studiów; robił bilans strat i zaniedbań, który już olbrzymi był wówczas, ale energia i optymizm profesora były bezgraniczne i... przyjemnie im było ulegać” – wspominała Leopold.

96 milionów

We wrześniu 1939 r. nastąpił upadek państwa, które dwie dekady budowało od podstaw instytucje istniejące na Zachodzie od ponad stulecia. Tak było z edukacją. 7 lutego 1919 r. ukazał się podpisany przez Józefa Piłsudskiego dekret nakładający na dzieci w wieku od 7. do 14. roku życia obowiązek szkolny. O tym, jak znaczący był to dokument, pokazuje wynik spisu powszechnego z 1921 r., który wykazał, że aż 33,1 proc. mieszkańców Polski powyżej 10. roku życia było analfabetami. Darmową edukację zagwarantowała też konstytucja marcowa z 1921 r.

Kolejne lata pokazały jednak, że oświata nie jest dla władzy priorytetem. Do połowy lat 30. stworzono zaledwie 400 nowych placówek – łącznie było ich nieco ponad 27,7 tys. Poprawa nastąpiła po 1935 r. – następcy zmarłego 12 maja Piłsudskiego postanowili wykorzystać postać marszałka w celach propagandowych, dlatego w krótkim czasie wybudowali na pamiątkę po nim ponad tysiąc szkół. Rok przed wybuchem wojny w prawie 33,7 tys. placówkach różnych typów uczyło się niemal 5,5 mln osób. Choć system był daleki od doskonałości, to powoli się rozwijał, zapewniając młodemu państwu dopływ kadr.

Według Michała Walczaka i Piotra Majewskiego na tajnych uczelniach w okupowanej Polsce studiowało ok. 6,6 tys. osób. W czasie wojny 1,4 tys. studentów zdało egzaminy magisterskie

Aż nadszedł 1 września 1939 r. Po przegranej kampanii władze szkolne próbowały ponownie otworzyć placówki, licząc, że będzie można w miarę normalnie nauczać – tak jak podczas niemieckiej okupacji w latach 1915–1918. Ale to nie byli już ci sami Niemcy. W październiku 1940 r. Martin Bormann, jeden z najwyższych rangą oficjeli III Rzeszy, pisał, że „dla Polaków powinien istnieć tylko jeden pan i powinien nim być Niemiec; (…) wszyscy więc przedstawiciele polskiej inteligencji muszą zostać zabici”. W rezultacie zlikwidowano szkoły średnie i wyższe. We wrześniu 1939 r. wiele budynków zostało zresztą zniszczonych albo uszkodzonych. W pierwszych miesiącach okupacji Niemcy wywozili to, co przetrwało bombardowania i pożary: meble, wyposażenie pracowni naukowych, książki. Władze podziemne i emigracyjne szacowały później, że straty uczelni, towarzystw naukowych i instytucji badawczych sięgnęły niemal 96 mln przedwojennych złotych.

System oświaty trzeba było więc znowu budować od podstaw, na dodatek w warunkach bez porównania trudniejszych niż 20 lat wcześniej. Już w grudniu 1939 r. powstała Tajna Komisja Oświatowa (TKO), która ustaliła zasady funkcjonowania podziemnego szkolnictwa. Zakładały one m.in., że jeden komplet mógł liczyć pięciu, sześciu uczestników, a tygodniowo liczba godzin lekcyjnych miała wynosić połowę tego, co przed wojną. Podkreślano konieczność zachowania bezpieczeństwa – zalecano np., aby uczniowie nie nosili ze sobą żadnych notatek ani książek. Ustalono też wysokość opłat i pensję nauczycieli. Najważniejszy był jednak punkt 6 dokumentu, głoszący, że „nikt ze zgłaszającej się młodzieży nie może z powodu niemożności płacenia pozostać poza nauką”.

Ważnym krokiem na drodze do ujednolicenia zasad konspiracyjnej szkoły było powstanie Delegatury Rządu RP na Kraj, czyli podziemnego rządu, w którym w styczniu 1941 r. stworzono Departament Oświaty i Kultury. Jego zadaniem było nie tylko nadzorowanie bieżących działań, lecz także przygotowywanie programów edukacyjnych na czas po zakończeniu wojny.

Choć celem podziemia była walka o wolność, jego życie polityczne było naznaczone ostrymi kłótniami i konfliktami o władzę. Pod koniec 1939 r. kierownictwo Służby Zwycięstwu Polski – późniejszej Armii Krajowej – powołało Komisję Oświecenia Publicznego (KOP) o zakresie kompetencji podobnym do TKO. Ta ostatnia nie podjęła jednak współpracy. Tłumaczyła, że KOP tworzyli ludzie związani z sanacyjną administracją, którzy po klęsce wrześniowej powinni zostać odsunięci od rządzenia. Tym bardziej zadziwiające jest, że mimo sporów, w warunkach okupacji, podziemna edukacja z miesiąca na miesiąc rosła w siłę.

Wir kapitulieren nie

Najwięcej wiadomo o rozwoju szkół wyższych. Dzięki rozbudowanym strukturom przedwojennym było im łatwiej rozpocząć działanie w ukryciu niż niewielkim placówkom. W samej Warszawie funkcjonowało co najmniej siedem uczelni, w Krakowie – dwie, w Lublinie, Wilnie, we Lwowie i w Częstochowie – po jednej. W Kielcach organizowano zaś kursy akademickie. W procesie odtwarzania kierunków studiów trzeba było stworzyć sekretariat nadzorujący codzienną pracę, znaleźć lokale, w których można było się zbierać (co najmniej kilka, żeby nie zwracać niczyjej uwagi), a także pomoce naukowe. Tadeusz Manteuffel, historyk z Uniwersytetu Warszawskiego, opowiadał, że wobec braku możliwości korzystania z zasobów bibliotek naukowych zaczął „przerabiać z (…) grupą ćwiczenia z historii powszechnej średniowiecznej zgodnie z programem proseminarium, które przed wojną prowadziłem na uniwersytecie. Jednym z motywów tej decyzji była możność oparcia zajęć o wydane przeze mnie dla tego celu teksty źródłowe, których parę egzemplarzy miałem w domu. Nieobojętną rzeczą było również i to, że moja własna biblioteka mogła stanowić pewną pomoc w tej pracy”.

Wiele kierunków miało problem ze zdobyciem funduszy. Wtedy przydawała się podziemna solidarność. Julian Krzyżanowski wspominał, że tajnej Polonistyce na UW z pomocą przyszli koledzy z prawa. Od kierującego studium prawniczym Józefa Rafacza otrzymał pewnego dnia ofertę wsparcia finansowego. I choć pierwotnie odparł, że daje radę, to po pytaniu o to, czy ma na stypendia, skapitulował. „Nie miałem ich, ponadto perspektywa podniesienia płac personelowi była zbyt kusząca, by ją odrzucić. W rezultacie (Stanisław – red.) Borowski zostawił mi pękatą kopertę banknotów i od tej chwili odwiedzał mnie co miesiąc z podobną kopertą. Wynik tego był taki, że mogłem podwyższyć pobory grona wykładowców, że mogłem zwolnić od czesnego sporą ilość studentów, że kilkunastu z nich dostało stypendia”.

Według Michała Walczaka i Piotra Majewskiego na tajnych uczelniach w okupowanej Polsce studiowało ok. 6,6 tys. osób. W czasie wojny 1,4 tys. studentów zdało egzaminy magisterskie, przeprowadzono 113 obron doktorskich, a 33 osoby obroniły prace habilitacyjne. Jeden z takich egzaminów wspominał Aleksander Gieysztor: „Któregoś jesiennego dnia 1942 r. w mieszkaniu na Tamce Stanisław Kętrzyński zebrał komisję. Przewodniczył dziekan Wędkiewicz, obecni byli: prof. Rafacz i prof. Handelsman jako recenzent. (…) Nie mam dokładnych wspomnień z tego egzaminu. Wiem tylko, że otrzymałem od Stanisława Wędkiewicza oświadczenie na piśmie, że taki egzamin złożyłem we wrześniu 1939 r., co było zrozumiałym w tamtych warunkach antydatowaniem”.

Uroczysta promocja doktorska Gieysztora odbyła się dopiero po wojnie. 28 lipca 1945 r. w Sali Kolumnowej UW zebrała się grupa ok. 10 osób, które uzyskały stopień doktora w czasie okupacji. Sceneria nie była typowa dla takich okazji. W szybach brakowało okien, na elewacji były ślady ostrzeliwań, a okazałe przed wojną pomieszczenie było zdewastowane. Uwagę zwracał wymalowany przez Niemców napis: „Wir kapitulieren nie!”. Nie skapitulujemy.

Cena nauki

W środę, 5 stycznia 1944 r., żandarmi zatrzymali na Mokotowie Hannę Czaki i Zofię Warzyńską. W torebce pierwszej dziewczyny znaleźli szyfrowane papiery, mikrofilmy i dokumenty z prawdziwym adresem jej zameldowania. Było już po godz. 17, gdy do mieszkania rodziny Czaki wpadło trzech gestapowców. To, co zobaczyli, wprawiło ich w zdumienie. Oprócz gospodarzy w lokalu kłębiło się 11 innych osób. Szczegółowy przebieg wydarzeń odnajdujemy w opisie Bartoszewskiego: „Wszyscy obecni musieli położyć się twarzami do podłogi, a jeden z hitlerowców pobiegł do telefonu wezwać posiłki. Telefonował z popularnej wówczas na Żoliborzu kawiarni «Jaskółka» (…). Jeszcze tego samego wieczora doszła do piszącego te słowa relacja osoby, która dosłyszała strzępki rozmowy telefonicznej. Można było zorientować się, że coś niezwykłego zaszło przy ul. Słowackiego”.

Z mieszkania Niemcy wyprowadzili 14 osób: rodziców Hanny Czaki, Jadwigę i Tytusa (ona była działaczką Organizacji Bojowej PPS, on żołnierzem Legionów Polskich), Ewę Pohoską, łączniczkę, która przyszła ostrzec właścicieli mieszkania przed niebezpieczeństwem, a także socjologa dr. Władysława Okińskiego i grupę jego studentów. Spotkanie było wykładem tajnego Uniwersytetu Ziem Zachodnich.

Materiały odebrane Hannie Czaki dotyczyły jej działalności w Wydziale Biura Informacji i Propagandy Komendy Głównej Armii Krajowej. To z ich powodu policjanci urządzili nalot na mieszkanie. Studenci i wykładowca wpadli przypadkiem. Nie wpłynęło to jednak na ich sytuację. W kilkudniowych odstępach, do 15 lutego, w ruinach warszawskiego getta rozstrzelano niemal wszystkie aresztowane osoby.

Wolność i co dalej?

„Tej pierwszej jesieni, o której tyle pisał Kazimierz Wyka, zastanawiając się nad jej znaczeniem w dziejach edukacji narodu, przeżyłem jeden z najgorszych okresów w moim życiu. Nie mogłem sobie znaleźć miejsca, uniwersytet był zamknięty, przed bramą na Krakowskim Przedmieściu stał wartownik w mundurze i stał tak aż po dzień 17 stycznia 1945 roku” – wspominał Lesław Bartelski, student tajnego UW i żołnierz AK.

Wybuch wojny odebrał setkom tysięcy młodych ludzi możliwość uzyskania wykształcenia. I tak jak w warunkach pokoju na szkołę się narzeka, tak w czasie wojny zdobywanie wiedzy stało się wyrazem buntu wobec ponurej rzeczywistości i walki o przyszłość. Włodzimierz Rosłoniec, student i konspirator, pisał: „Od początku okupacji uważałem, że nauka w obecnej sytuacji jest jednym z najważniejszych zadań, jakie stawiały przed nami wojna i walka z okupantem. Chciałem być również przygotowany do życia po wojnie, jeśli ją oczywiście przeżyję. Nie bez znaczenia był także fakt, że dana mi była możliwość uczenia się. W okupowanej Polsce nie wszyscy młodzi ludzie mieli te możliwości, należało zatem tę szansę jak najlepiej wykorzystać”. Wanda Leopold dodała, że „trzeba zdobyć znacznie dokładniejsze wiadomości o współczesnym świecie i Polsce, by nie wchodzić w niepodległość na ślepo, nie stanąć przed problemem, że oto mamy wolność i co dalej?”.

Wszyscy zwracali uwagę, że ze świata, w którym poszerzanie wiedzy o człowieku i tym, co go otacza, było uznaną wartością, zostali wepchnięci w rzeczywistość, w której człowiek się nie liczył. Lekarka Sabina Dembowska opowiadała, jak 2 sierpnia 1944 r. w świeżo powstałym szpitalu powstańczym opatrywała młodego żołnierza. Widząc, że ledwo się trzyma na nogach, zapytała, czy jest ranny. Ten odparł, że nie. Nie spał przez cztery noce, bo uczył się do matury, którą rano zdał – i dlatego tak kiepsko wygląda. Poza tym nie był – jak stwierdził – „przyzwyczajony do takiej roboty”. Na pytanie Dembowskiej: „jakiej roboty?”, rzucił krótko: „do zabijania ludzi”.

Pokolenie Kolumbów, które wraz z wojną wchodziło w dojrzałość, przypominało pokolenie Pawła Bäumera z „Na Zachodzie bez zmian” Ericha Marii Remarque’a. W pewnym momencie bohater powieści dochodzi do wniosku, że o ile pokolenie starszych wróci do swojego dawnego dorosłego życia, do tego, co już zbudowali, o tyle młodsi są „zbyteczni dla samych siebie”: „Będziemy wzrastać, niektórzy przystosują się, inni ulegną, wielu pozostanie bezradnych – lata przesypią się i wreszcie poddamy się zagładzie” – rozmyślał Bäumer. Rozumiał, że są pokoleniem straconym.

Tajne szkolnictwo podczas II wojny światowej miało uchronić przed tym polskie społeczeństwo. Była to nie tylko walka o wykwalifikowanych pracowników, którzy odbudują kraj w przyszłości, lecz przede wszystkim o zachowanie człowieczeństwa. ©Ⓟ

Życie w podziemiu

Kanały stały się regularnymi trasami powstańczymi, choć pod specjalnym nadzorem. Ich wykorzystywanie trzymano w tajemnicy. Z dwóch powodów. Przede wszystkim dbano o to, aby nie dowiedzieli się o nich Niemcy. I po drugie, aby ludzie nie zaczęli z nich korzystać masowo, zwiększając nie tylko w ten sposób ryzyko, że wróg odkryje istnienie podziemnego miasta, lecz także zwiększając tłok na dole, utrudniając w ten sposób wojsku korzystanie z tuneli.

Na edgp.gazetaprawna.pl • Sebastian Pawlina „Trzy Warszawy. I czwarta”, DGP nr 150/2023 z 4 sierpnia 2023 r.