Blisko połowa kadry zatrudnionej w publicznych szkołach myśli o odejściu z zawodu – pokazują badania realizowane m.in. przez Urząd Miasta st. Warszawy. Według ratusza zbliżamy się do dramatycznego punktu, kiedy po prostu nie będzie komu uczyć dzieci. Tym bardziej że spośród 31 tys. stołecznych nauczycieli ponad 5 tys. jest w wieku emerytalnym lub przedemerytalnym. Wiadomo też, że wakatów w tym roku jest więcej niż w latach 2021 i 2020, a z podobnym problemem borykają się szkoły w całym kraju.
Z jednej strony to skutek odchodzenia nauczycieli na emerytury (np. tylko w województwie lubelskim od września ubędzie z tego powodu 880 pedagogów – twierdzi ZNP). Ale jest też inna przyczyna – rezygnacja z zawodu. Trudno dziś przewidzieć, ilu nauczycieli zabraknie z tego powodu w przyszłym roku szkolnym, bo ich kontrakty kończą się zwykle 31 sierpnia. W samym środowisku słyszymy jednak, że dla wyjątkowo dużej grupy hasło „Żegnaj, szkoło!” będzie tym razem oznaczało definitywne, a nie wakacyjne pożegnanie.

Ruszyć przed siebie

Reklama
Adam Rębacz jest nauczycielem historii, wiedzy o społeczeństwie oraz wicedyrektorem w liceum im. Hoffmanowej w Warszawie. Po wakacjach bierze roczny urlop bezpłatny. To rozwiązanie, które nie zamyka mu drogi powrotnej, daje jednak czas niezbędny, by przemyśleć, co dalej, i zobaczyć, jak wygląda życie poza szkołą. Jest jedną z ośmiu osób, które odchodzą z tej placówki. – Nie jesteśmy jedynym takim miejscem – mówi. Pytany o powody odpowiada, że każdy ma swój. A on? – To trochę jak z przyczynami wybuchu I wojny światowej. Są bezpośrednie i pośrednie. Gdy chodzi o te pierwsze, to razem z innym historykiem uznaliśmy, że będzie to nasz protest wobec wprowadzania lekcji HiT-u. Oznacza to degradację wiedzy o społeczeństwie, a sam program nowego przedmiotu jest, dyplomatycznie mówiąc, niedopracowany i naszpikowany potencjalnymi minami – odpowiada. Te miny to tematy, których omawianie na lekcji może być problematyczne, jeśli faktycznie szkoła ma być apolityczna. – Myślę, że nauczyciele mają swój rozum, gros będzie uczyła tego, co chce i jak chce. Ale to też zależy od szkoły. W mojej dostaną taką możliwość, ale co będzie w innych? Czy nie zwyciężą strach i obawy? – pyta.
Powodem w jego przypadku nie jest „czynnik ludzki”. Z dyrekcją i kadrą rozstaje się w dobrej atmosferze. Co do uczniów, podkreśla, miał do nich szczęście. Młodzi, zdolni, ambitni – tak ich ocenia. W ostatnich siedmiu latach systematycznie rosła tu liczba absolwentów idących na prawo. Co roku był też przynajmniej jeden olimpijczyk z WOS-u i historii.

Reklama
Przyznaje jednak, że jest zmęczony. Psychicznie. Rosnącą presją na szkołę i nauczycieli. – Uczę (lub raczej uczyłem) przedmiotu, który stał się polityczny. Od kilku lat muszę szczególnie uważać, co mówię, by nie padł zarzut braku obiektywizmu, kogo zapraszam na lekcje, dokąd zabieram uczniów. Mimo to dwa razy usłyszałem pod swoim adresem ze strony rodzica zarzut, że „wybiórczo analizuję”, skupiając zbyt dużo uwagi klasy na konstytucji i konstytucyjności. Do tego przychodzą pisma z kuratorium z analizami prawnymi i sugestiami, co szkoła powinna. Tak, czułem się kontrolowany – opisuje. Dlatego, by wyciszyć umysł, postanowił zmęczyć ciało. 1 września wyrusza na pieszą pielgrzymkę do Santiago de Compostela. Idzie w intencjach osobistych. Mówi o szukaniu drogi. Trasa liczy ok. 600 km. Założył, że zajmie mu jakieś 23 dni. Wybrał mniej obleganą, bo zależy mu na samotności. Żadnych wielkich wygód, jak będzie trzeba, prześpi się pod drzewem.
Będę zjadał swoje oszczędności – przyznaje. Dojrzewając do tej decyzji przez ostatni rok, nie wziął pod uwagę trzech czynników, które mogą mieć znaczenie: pandemii, wojny, inflacji. – Znajoma ostatnio powiedziała mi: „ale wiesz, że wszystkie one mogą trwać jeszcze latami, czy jesteś gotów poczekać?”. I wtedy dotarło do mnie, że nie. Skończyłem wychowawstwo klasy, z końcem sierpnia kończy się powołanie na funkcję wicedyrektora. Domykam ostatnie formalności.
Rozmowy z nauczycielami pokazują, że odchodząc, albo rzucają się w wir nowych wyzwań, szukają pracy, zmieniają dotychczasowy plan B na plan A, albo stawiają na odpoczynek, na który wcześniej z różnych powodów sobie nie pozwalali.
– W tym momencie bliżej mi do tej drugiej opcji. Choć w końcu będę musiał rozejrzeć się za pracą. Nie wiem, co znajdę. W tym sensie ryzykuję, bo spadam z wysokiego konia, z kierowniczej funkcji – przyznaje Adam Rębacz. Inni gratulują mu odwagi, mówią, że też by tak chcieli. – Zawsze powtarzam, że jestem w komfortowej sytuacji, bo nie mam kredytu, długów, nie mam dzieci – tłumaczy Rębacz. – Dyrektorka spytała, co mnie przekona, by zostać. Powiedziała wprost, że nie może mi dać podwyżki. Mogłem poprosić o mniej godzin, ale to oznaczałoby mniej pieniędzy. Powiedziałem, że czuję się doceniony jej staraniami, ale ruszam przed siebie.

Nie chcę być alibi dla systemu

Leszek Olpiński o tym, że odchodzi, poinformował swojego dyrektora jeszcze w listopadzie ubiegłego roku. W poznańskiej podstawówce był nauczycielem fizyki, informatyki i etyki. Wie, że na szkolnym rynku zapotrzebowanie na takich jak on jest olbrzymie. – Dostawałem propozycje z innych szkół. Jednak rezygnuję z pracy w szkole. Nie mam nic do zarzucenia miejscu, w którym pracowałem, poza tym, że jest częścią systemu, z którym się fundamentalnie nie zgadzam – opowiada. I dlatego, że nie chce być dla tego systemu alibi, postanowił z niego wyjść. Na początku nie miał pomysłu, co dalej. Szybko jednak spotkał ludzi myślących jak on. We współpracy z poznańską fundacją będą teraz tworzyć punkt edukacyjny dla dzieci w edukacji domowej udzielający wsparcia profesjonalnych edukatorów. Równolegle prowadzić będzie zajęcia dla dzieci dotyczące rozwijania kompetencji społecznych.
Doskonale wie, co mu się w systemie edukacji nie podoba. – Niszczy indywidualność, operuje schematami. Powoduje, że uczymy przedmiotu, a nie dzieci. Wymusza ocenianie, które staje się elementem rywalizacji. I na każdym poziomie najważniejsza jest w nim kontrola. Dyrektor kontroluje nauczycieli, nauczyciele kontrolują uczniów. Kontrolowana jest realizacja podstawy programowej. Kontrola jest też w cenie, bo za dobrego nauczyciela uważa się takiego, który zadaje dużo prac domowych, nadzoruje i ocenia. Do tego teraz organ nadzoru pedagogicznego staje się kolejnym superkontrolerem – wylicza. – Tymczasem mnie marzy się, żebyśmy zaczęli korzystać z osiągnięć pedagogiki XX w., a nie tkwili w wieku XIX. Żebyśmy naprawdę czerpali z tego, co mówił Korczak: dziecka trzeba słuchać, bo to też człowiek, tyle że mały.
Był czas, kiedy swoje ideały usiłował wcielać w życie szkoły publicznej, ale zrozumiał, że nie ma wystarczającej siły przebicia. Jego szkoła jest typową placówką. Fakt, z naprawdę dobrym nastawieniem do ucznia, jednak niewolną od systemowych wad. Myśl o odejściu dojrzewała w nim od 2016 r., ale punktem zwrotnym okazał się strajk nauczycieli w 2019 r. – Dobitnie do mnie dotarło, że nic nie wskóramy. Trzeba by dużego wysiłku, by rozebrać istniejącą strukturę. To nie jest na siły jednego nauczyciela, dyrektora. To jest temat na dyskusję ponad politycznymi podziałami, z której powinien zrodzić się wdrażany etapami przez kolejnych kilkanaście lat plan – ucina. Ma wrażenie, że dziś w systemie zostają ci, którzy czekają już na emeryturę. Młodzi z niego uciekają, podobnie osoby w średnim wieku. – Z mojej szkoły na 40 osób kadry pedagogicznej odchodzi w tym roku sześć.
Z systemem rozstaje się też Aneta Korycińska prowadząca działalność i znana w internecie jako „Baba od polskiego”. Uczyła tego przedmiotu w społecznym liceum w Warszawie. W jej przypadku nie sprawdza się częsta opinia, że nauczyciele odchodzą ze szkół publicznych do niepublicznych. – Teraz chcę być po prostu Babą od polskiego, ale u siebie, na swoich zasadach, czyli zaangażować się w firmę, którą rozwijam już szósty rok. Zatrudniam nowe osoby, udzielam korepetycji, pracuję indywidualnie z dziećmi ze szczególnymi potrzebami, ze spektrum. Mam też uczniów w edukacji domowej – wylicza. Do swojego dotychczasowego miejsca pracy poszła ostatni raz dwa dni przed zakończeniem roku szkolnego. I poczuła głęboką ulgę. – Wydawać by się mogło, że praca na etacie na czas nieokreślony daje spokój. Ja go poczułam dopiero teraz, gdy zamknęłam ten rozdział życia.
Z tej placówki, jak mówi Aneta Korycińska, też odchodzi kilka osób. To zarówno ludzie pracujący na emeryturze, jak i młodzi, z niedużym stażem w zawodzie. Ona odejść chciała już przed rokiem, ale przeważył argument, że doprowadzi do matury swoją klasę. 31 maja złożyła wypowiedzenie. – Miałam wokół siebie wspaniałych uczniów, nauczycieli, ta szkoła daje wielkie możliwości – wylicza. Spędziła tam siedem lat, poprzednie dwa w szkole publicznej. – To nie była łatwa decyzja, mam za sobą etap żałoby. To miejsce wiele mi dało, poznałam ludzi, z którymi nadajemy na tych samych falach, mam kontakt z absolwentami – mówi. Co w takim razie było nie tak? – Tyle mówi się o tym, że szkoła powinna być miejscem równych szans, demokratycznej wymiany myśli. Tymczasem nie jest w stanie pozbyć się swojej skostniałej, hierarchicznej struktury podległości, ułudy wolności. Wiele ze światłych haseł ma wyłącznie na sztandarach. Na mojej szkole wieszano tęczowe flagi, a nie poradzono sobie z mobbingiem, który uczennice zarzuciły nauczycielom. Miałam wrażenie fasadowości tych idei.
Jaki powinien być dobry nauczyciel? Empatyczny, słuchający, reagujący. Taki, który potrafi się dobrze bawić, prowadząc lekcje. Jest to możliwe, tylko gdy zadba o swój dobrostan psychiczny – mówi Korycińska.
Czy to robi? Rzadko. Dlatego, dodaje, nie brakuje nauczycieli pokrzykujących, znudzonych, bez wewnętrznej potrzeby inspirowania uczniów. Wyblakłych, smutnych, powielających schematy. Jak profesor Bladaczka z „Ferdydurke”.
Ale czy w ogóle można przestać być nauczycielem? – Ja uważam, że nadal nim jestem. Kocham to, co robię. W swojej firmie w końcu też nauczam. Myślę docelowo o otworzeniu własnej szkoły. Poza tym, ma się to coś we krwi. Mój partner powiedział mi kiedyś, że gadam jak nauczycielka. Cóż, może czasem uruchamia się we mnie taki ton. Poza tym nie potrafię przeczytać książki, obejrzeć wystawy, sztuki bez myślenia, jak wykorzystać to na lekcji – opisuje. Nie boi się o przyszłość, bo odkąd ogłosiła, że odchodzi, posypały się propozycje prowadzenia warsztatów. Od września ma też komplet chętnych w swojej firmie.
Ocenia, że nauczyciela łatwo jest w dzisiejszym systemie ustawiać do pionu choćby widmem niewyrobienia pensum, obcięciem godzin. Gdy ktoś musi spłacać kredyt i nie ma dodatkowego źródła dochodu, pokornieje. Ona tego nie chciała.

Z liceum do zakładu pogrzebowego

Artur Sierawski, nauczyciel historii w liceum, jest w zawodzie od siedmiu lat. Jeszcze jest, do końca wakacji. Potem żegna się ze szkołą. – To jest mocno przemyślana decyzja – podkreśla. I tak ostatni rok pracował już tylko po 14 godzin tygodniowo, choć w poprzednich latach łączył pracę w dwóch, trzech szkołach. Jednak pojawił się pomysł na otworzenie swojej działalności. Najpierw żłobek i przedszkole, które prowadzi już od czterech lat. I od dwóch lat zakład pogrzebowy. – Obie firmy tak się rozhulały, że musiałem na coś postawić. W przedszkolu mam komplet, a w pandemii klientów w zakładzie przybywało – opisuje. – Uwielbiam uczyć, mam dobry kontakt z uczniami. Na tyle, że piszą podania do dyrekcji, bym został. To powoduje, że jest we mnie jeszcze cień zawahania – przyznaje. – Czasem jednak trzeba przewartościować wszystko.
Teraz kończy staż do awansu na nauczyciela mianowanego. – Po to byłem w szkole przez ostatni rok. Za chwilę zdaję egzamin, by nie zamykać sobie ścieżki powrotu. Poza tym ten tytuł da mi możliwość bycia opiekunem stażu, co z kolei przyda się w moim przedszkolu – mówi.
W jego przypadku plan B stopniowo awansował do rangi planu A. Poza szkołą zarabia wielokrotność pensji nauczycielskiej. – Pieniądze mają znaczenie. Uznałem, że skoro chcę kiedyś wybudować dom, założyć rodzinę, mieć dzieci, to z zarobków historyka nigdy mi się to nie uda. Na szczęście wypracowałem sobie perspektywę i mogę odejść. Myślę, że te odejścia, które obserwujemy wokół, na tym polegają. Przez ostatnie lata z reformami w tle nauczyciele budowali sobie jakieś zaplecza. I ci, którym się to udało, teraz właśnie odchodzą.
Podkreśla, że to nie jest kwestia ostatnich kilku lat. – Nasza edukacja po prostu nie ma szczęścia do przemyślanego i długofalowego zarządzania. Szkoda, że wszyscy interesują się nami na zakończenie roku szkolnego i w Dzień Nauczyciela. Dostajemy kwiatki, ciepłe słowa wsparcia od opozycji politycznej, tej czy innej, wraz z obietnicami, że nasz los się odmieni. A potem nic się nie dzieje. Poza tym, że prestiż nauczyciela spada. Czemu się potem dziwić, że pasjonaci w tym zawodzie są gatunkiem wymierającym. Albo raczej wypieranym stopniowo przez, jak ich nazywam, urzędników oświatowych, który przychodzą do klasy odrobić swoje „od do”.

Tak działa grupa wsparcia

Pani Karolina (dane do wiadomości redakcji) jest anglistką w szkole podstawowej, nauczycielem dyplomowanym i administratorką grupy wsparcia na FB „Nauczyciel zmienia zawód”. Ma też działalność gospodarczą – prowadzi szkolenia z budowania dobrostanu i profilaktyki wypalenia zawodowego. – W szkole dziś zostają albo pasjonaci (tych jest coraz mniej), albo ci, którzy nie widzą siebie w innym zawodzie i boją się tego, co poza szkołą, bo ona jest bezpiecznym, znanym gruntem – opisuje.
O sobie mówi, że gdyby miała dwa razy większe zarobki i możliwość doposażenia pracowni tak, by realizować swoje pomysły na lekcje, nie szukałaby dodatkowych zajęć. – Kocham pracę z dziećmi, ale muszę myśleć też o czworgu swoich, w tym studiującej córce. Z gołej pensji nauczycielskiej nie byłoby mnie stać na ich utrzymanie – ocenia.
Ma do czynienia z nauczycielami, którym stara się pomóc, a jako jedna z nich rozumie targające nimi emocje. Niedocenienie, brak perspektyw poprawy, biurokracja, kontrole kuratoryjne, presja nieustannej oceny, ale też mobbing i wykorzystywanie relacji pracodawca – podwładny. – Nie da się stworzyć jednego spójnego obrazu nauczyciela wypalonego zawodowo, który chce ze szkoły odejść. Są w tej grupie zarówno osoby młode, z raptem dwuletnim stażem, których rozczarowała zastana rzeczywistość, ale i osoby po 50. roku życia. Te ostatnie pytają, czy mają szansę na zmianę, czy to w ogóle możliwe na kilka lat przed emeryturą.
Co im odpowiada? – Są trzy drogi: albo akceptujesz stan rzecz, albo próbujesz go zmienić, albo porzucasz tę myśl i odchodzisz – ucina.
Maciej Krawczyk też jest we wspomnianej grupie na FB. – Pojawia się tam wiele pomysłów, jak zmienić zawód, ale żaden do mnie dotąd nie przemówił – ocenia. Jest polonistą w liceum. – Powiedzmy, że jest to rodzaj trudnej miłości. Takiej po przejściach, bo mam za sobą próbę zmiany zawodu. I tamto doświadczenie spowodowało, że inaczej o tym myślę – mówi. Już wie, że skok na głęboką wodę może skończyć się podtopieniem. – Zrobiłem sobie też bilans korzyści mentalnych i materialnych. I wyszło, że ciężko byłoby mi się przekwalifikować.
Do 2020 r. miał dwie prace. W szkole (jest w niej od 12 lat) i w firmie, która powstała z jego pasji. – Taniec z ogniem, szczudła, żonglerka, animacje z dziećmi. To była furtka, którą miałem w razie czego przejść do innego sposobu zarabiania na życie. Jedno z drugim świetnie się uzupełniało, bo swoje zdolności animatorskie przekładałem na sposób prowadzenia lekcji – opisuje. Jednak pandemia spowodowała, że zakończył działalność firmy, bo klienci zniknęli, zespół się rozszedł. W tym czasie miał też zostać organizatorem eventów w jednym z całorocznych lunaparków, ale ten nawet nie wystartował z powodu pandemii. – To jednak zaowocowało refleksją, że warto pozostać nauczycielem, nawet jeśli stare problemy nie znikają. Zresztą nie ze wszystkimi się zgadzam. Weźmy finanse. Moje środowisko powtarza, jak źle zarabiamy. Fakt, nie są to kokosy, ale samych sucharów też nie jem, a przeskok do innej pracy mógłby spowodować spadek dochodów. Byłoby naprawdę nieźle, gdyby tylko nie bolało, jak czasem ludzie nas widzą. Słyszę, że myślimy wyłącznie o kasie, w pracy lecimy schematami i mamy dwa miesiące wakacji, więc się nie przepracowujemy. Mam na to gotową odpowiedź: skoro to taka dolce vita, zapraszamy do branży. Wakaty czekają.
Tyle mówi się o tym, że szkoła powinna być miejscem równych szans, demokratycznej wymiany myśli. Tymczasem nie jest w stanie pozbyć się swojej skostniałej, hierarchicznej struktury podległości, ułudy wolności – mówi Aneta Korycińska