Z uzyskanych przez DGP informacji wynika, że resort edukacji wstrzymuje się z nowelizacją Karty nauczyciela, której założenia były od kilku miesięcy omawiane w zespole ds. statusu zawodowego pracowników oświaty. Powodów takiej decyzji jest co najmniej kilka - począwszy od braku gotowości do kompromisu ze strony związkowców, poprzez niezadowolenie w obozie rządzącym ze zbyt radykalnych rozwiązań (część posłów PiS jest nauczycielami), trudne prace legislacyjne nad innymi oświatowymi projektami, tzw. lex Czarnek i lex Wójcik, a kończąc na braku czasu na wdrożenie nowelizacji, tak aby nowe rozwiązania zaczęły obowiązywać od 1 września 2022 r.
Oznacza to, że nauczyciele nie będą musieli pracować więcej i być bardziej dyspozycyjni. Muszą się jednak liczyć z tym, że planowane od września podwyżki stoją pod dużym znakiem zapytania, a jeśli już się pojawią, to z pewnością nie będą tak wysokie, jakie proponował rząd w zamian za dłuższą pracę (do ponad 1,4 tys. zł). Tym samym kolejna już próba większej reformy Karty nauczyciela nie dochodzi do skutku. Wszystkie poprzednie, zarówno za obecnej, jak i poprzedniej władzy, również kończyły się fiaskiem, co więcej, także jakiekolwiek drobne zmiany, takie jak np. propozycja likwidacji jednorazowego dodatku uzupełniającego, lądowały w koszu. Zdaniem ekspertów trudność w ich wprowadzaniu wynika przede wszystkim z tego, że dotyczą dużej rzeszy pracowników, liczącej ponad 600 tys. osób.
Zmiany w oświacie / Dziennik Gazeta Prawna - wydanie cyfrowe
Reklama
Arkusze organizacyjne na stole
Pod koniec marca dyrektorzy szkół i przedszkoli muszą rozpocząć planowanie nowego roku szkolnego 2022/2023. Dlatego przepisy dotyczące podwyższenia pensum powinny już obowiązywać. Na tej podstawie należy bowiem ustalić, ile rzeczywiście będzie potrzebnych etatów przy zwiększonym wymiarze godzin. Dodatkowo do końca maja pracownikom bez wystarczającej liczby godzin lekcyjnych należałoby wręczyć wypowiedzenia. - Nie ma wątpliwości, że jest za późno na tak dużą reformę, jaką proponuje resort edukacji. W ustawie budżetowej również nie ma wprost napisane, o ile wzrośnie wynagrodzenie nauczycieli - mówi Grzegorz Pochopień z Centrum Doradztwa i Szkoleń OMNIA, były dyrektor departamentu współpracy samorządowej MEN.

Reklama
- Jeśli mimo braku reformy i zwiększenia pensum nauczyciele mieliby otrzymać podwyżki, trzeba znowelizować budżet lub zastosować taką zmianę w Karcie nauczyciela, jaka miała miejsce w 2019 r., kiedy to wskutek strajku nauczycielom podwyższono pensje od września o prawie 10 proc. bez zmieniania tzw. kwoty bazowej, określonej w budżecie - dodaje.
Tegoroczne pensje nauczycieli formalnie są zamrożone, a kwota bazowa w tym roku w dalszym ciągu wynosi 3537,80 zł. Związek Nauczycielstwa Polskiego chce, aby została ona zwiększona do 4238 zł, czyli o 16 proc., natomiast oświatowa Solidarność domaga się, aby od tego roku płace wzrosły o 8 proc. albo od września 2022 r. o 10 proc. Te wszystkie propozycje odnoszą się do rezerwy budżetowej na płace, która wynosi 3,7 mld zł. Z tego 700 mln ma trafić na reformę pomocy psychologiczno-pedagogicznej dla uczniów, a pozostałe pieniądze mają być odblokowane, jeśli dojdzie do reformy zatrudniania i wynagradzania nauczycieli. Jednak przy obecnej liczbie nauczycieli, którzy będą mieć do pełnego etatu 18 godzin tablicowych, a nie 22, tych pieniędzy na podwyżki nie wystarczy.
Anna Zalewska, była minister edukacji, obecnie europosłanka, w rozmowie z DGP podkreśla, że za jej kadencji na podwyżki dla nauczycieli wydano ponad 9 mld zł, a wymiar pracy pozostał na dotychczasowym poziomie. Co więcej, jak przypomina, zostały zlikwidowane tzw. godziny karciane, ustanowione przez poprzednią ekipę.
Kolejny zawód?
Z planowanej reformy w dużej mierze zadowoleni byli samorządowcy, którzy każdego roku podnosili, że nauczyciele powinni pracować więcej. - Nasi nauczyciele pracują najmniej w całej Europie i dlatego od lat postulujemy o zwiększenie wymiaru pensum. Nie chcemy jednak płacić z własnych kieszeni na wzrost wynagrodzeń dla tej grupy pracowników. To powinno spoczywać na barkach rządzących - mówi Krzysztof Iwaniuk, wójt gminy Terespol i przewodniczący Związku Gmin Wiejskich RP. I zastrzega, że dosypywanie pieniędzy do subwencji oświatowej nie jest rozwiązaniem, bo w ok. 60 proc. szkół liczebność uczniów nie przekracza setki, co skutkuje tym, że utrzymanie takich placówek jest bardzo drogie. - A subwencja idzie przede wszystkim za uczniem - podkreśla.
Związkowcy z kolei podkreślali, że podwyżka w zamian za większy wymiar pracy to nie podwyżka, bo za więcej godzin należy się po prostu więcej pieniędzy. - Propozycje ministerstwa polegały w dużej mierze na tym, że nauczyciele przez dłuższą pracę sami sobie mieliby sfinansować niby wyższe uposażenia, a na to od początku nie było naszej zgody - mówi Krzysztof Baszczyński, wiceprezes ZNP. - Jeśli resort edukacji rezygnuje z tej szkodliwej reformy, to bardzo się cieszymy, ale nie zgadzamy się, aby podwyżki dla tej grupy zawodowej miały charakter symboliczny - dodaje.
Nie brakuje też głosów, że Karta nauczyciela powinna zostać napisana od nowa. - To powinien być nowoczesny dokument o zawodzie nauczyciela, który przystawałby do obecnych realiów i uwzględniałby różne formy nauczania, w tym zdalną pracę i wynagrodzenie za ten czas - podkreśla prof. Antoni Jeżowski z Instytutu Badań w Oświacie, były nauczyciel, dyrektor szkoły i samorządowiec. Przypomnijmy, że obecna ustawa, choć wielokrotnie nowelizowana, pochodzi z 1982 r. (t.j. Dz.U. z 2021 r. poz. 1762).
Zdaniem eksperta trudno jest reformować pragmatykę zawodową nauczycieli tylko w wybranych obszarach. Zaznacza, że na tak duże zmiany potrzebne są też odpowiednie pieniądze. Bez odpowiednich środków nie można przekonać tak dużej grupy zawodowej do dłuższej pracy, nawet za wyższe wynagrodzenia. ©℗