Opracował taki algorytm podziału pieniędzy dla uczelni, że teoretycznie te najlepsze otrzymują więcej pieniędzy, co w praktyce nie gwarantuje im znaczącego wzrostu dofinansowania. Przynajmniej nie takiego, który zapewniałby im istotny dopływ gotówki na badania, tworzenie innowacyjnych rozwiązań, konkurowanie na arenie międzynarodowej z innymi świetnymi ośrodkami naukowymi. Dzięki takiej matematycznej sztuczce resort nauki i szkolnictwa wyższego może z czystym sumieniem twierdzić, że płaci więcej najlepszym jednostkom naukowym w Polsce, ale jednocześnie nie wydaje na prawo i lewo publicznych pieniędzy. A więc i oddał, i ma.

Krótkoterminowe korzyści z takiego rozwiązania są aż nadto oczywiste: w publicznej kasie zostaną pieniądze, które mogłyby dodatkowo trafić do najlepszych placówek naukowych. W długiej perspektywie ten kreatywny algorytm będzie jednak bardzo kosztowny. Bez naprawdę znaczącego wzrostu nakładów na badania, rozwój i innowacje polska gospodarka nie będzie konkurencyjna, nie wzrośnie istotnie wydajność pracy, a młodzi ludzie nie będą mogli zyskać wykształcenia i umiejętności, które decydują o sukcesie na rynku zatrudnienia. Cena jest więc wysoka, bo przecież – o czym resort nauki najwyraźniej zapomniał – nie ma darmowego lunchu.