Wydaje się, że to logiczna modyfikacja. W czasach dynamicznych zmian na rynku pracy, gdy trudno przewidzieć, kogo będą potrzebować pracodawcy za dwa lub trzy lata, celowe wydaje się zdobywanie kompetencji z różnych dziedzin, w tym humanistycznych, a nie dotowanie całych kierunków. Zwłaszcza że po pięciu latach kształcenia może się okazać, że firmy nie są już zainteresowane absolwentami takiej specjalności. Pojawiają się jednak opinie, że tak istotne przemodelowanie formuły wsparcia może doprowadzić do zaprzepaszczenia dotychczasowych osiągnięć całego programu dotowania studiów.

Żeby coś stracić, trzeba jednak najpierw coś mieć. Przy okazji zmian warto więc powiedzieć: sprawdzam, i spróbować ocenić cały program kierunków zamawianych, na który wydano już przecież ponad 1 mld zł. Bez wątpienia sukcesem jest wzrost zainteresowania studiami ścisłymi. Uczelnie techniczne mają dziś więcej kandydatów na jedno miejsce niż uniwersytety. Trudno jednak ocenić, na ile ta popularność wynika z dotowania niektórych kierunków ścisłych, a na ile ze zdrowego rozsądku samych studentów. Dziś wiedzą oni doskonale, że sam tytuł magistra nie otwiera im drogi do kariery zawodowej. Zdają sobie sprawę, że trudniej o etat po pedagogice lub marketingu niż po inżynierii produkcji albo elektrotechnice.

Ciężko też wskazać inne osiągnięcia programu, skoro dziś nie wiadomo, ile osób konkretnie ukończyło zamawiane studia, ile z nich znalazło satysfakcjonującą pracę i na ile przyczyniła się do tego edukacja. Same niewiadome. Pewne jest za to jedno: program przyniósł korzyści uczelniom. Za dodatkowe pieniądze mogły przyjmować więcej osób, co w czasach niżu demograficznego dla wielu uczelni może oznaczać być albo nie być na rynku. One zamówienia na kształcenie przyjmować będą chętnie. Bez względu na to, czy dotowane będą całe kierunki, czy konkretne umiejętności.