Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego (MNiSW) chce, aby liczbę miejsc na studiach stacjonarnych na uczelniach publicznych uzależnić od sumy osób przyjętych na nie w roku poprzednim. Tak wynika z projektu założeń do nowelizacji ustawy – Prawo o szkolnictwie wyższym. Ma wejść w życie 1 października 2013 roku.

Zdaniem ekspertów spowoduje to ograniczenie dostępnych miejsc na bezpłatnych studiach. Doprowadzi także do tego, że niektóre uczelnie będą przyjmowały kandydatów na siłę, również tych z bardzo słabymi wynikami maturalnymi. Tylko takie działanie pozwoli im uniknąć sytuacji, w której liczba kształcących ulegnie zmniejszeniu. To dla nich ważne, bo to właśnie od niej uzależniona jest kwota dotacji dla szkoły wyższej.

Zainteresowanie kształceniem wyższym

Zainteresowanie kształceniem wyższym

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

2-proc. ograniczenie

Obecnie uczelnie, które chcą zwiększyć limit studentów o więcej niż 2 proc., muszą wnioskować o zgodę ministra nauki i szkolnictwa wyższego. Taki wymóg od 1 października 2011 roku wprowadziła nowelizacja z 18 marca 2011 r. ustawy – Prawo o szkolnictwie wyższym, ustawy o stopniach naukowych i tytule naukowym oraz o stopniach i tytule w zakresie sztuki oraz o zmianie niektórych innych ustaw (Dz.U. nr 84, poz. 455).

Zgodnie z obowiązującą regulacją wyżej wymieniony poziom jest liczony od liczby studentów w bazowym roku akademickim. Dotychczas był to rok 2009/2010. Jeśli zmiana proponowana przez resort nauki zacznie obowiązywać, szkoła publiczna będzie musiała wyliczać ten limit z puli osób przyjętych na uczelnię rok wcześniej.

– Wprowadzenie takiej regulacji niczemu nie służy – przekonuje prof. Ryszard Cach, pełnomocnik rektora Uniwersytetu Wrocławskiego.

Tłumaczy, że uczelni trudno jest oszacować, ilu kandydatów przyjmie. Jeśli w jednym roku rekrutacja na studia zakończy się małą liczbą przyjęć, szkoła będzie zablokowana. Bo już w kolejnym roku zaproponuje mniej miejsc na studiach.

– To spowoduje, że liczba tych bezpłatnych będzie sukcesywnie spadać – ostrzega prof. Ryszard Cach.

Na przykład, jeśli placówka ma 100 miejsc na studia, a przyjmie na nie jedynie 90 osób, będzie już tą liczbą związana. Oznacza to, że w rekrutacji na kolejny rok nie będzie mogła przyjąć więcej niż 102 proc. studentów (z 90).

– Taki zapis spowoduje, że uczelnie będą robiły wszystko, aby przyjąć ich jak najwięcej – dodaje prof. Ryszard Cach.

Tłumaczy, że od liczby studentów zależy dotacja dla szkoły wyższej.

Zaniżanie kryteriów

Eksperci obawiają się, że uzależnienie liczby miejsc na studiach od liczby osób przyjętych będzie skutkować zaniżeniem kryteriów rekrutacyjnych.

– Uczelnie mogą na siłę przyjmować kandydatów, aby tylko nie spaść poniżej poziomu liczby osób przyjętych podczas poprzedniego naboru – uważa Edward Szewczak, kierownik działu nauczania i spraw studenckich Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej im. Angelusa Silesiusa w Wałbrzychu.

Obecnie na studia pierwszego stopnia (licencjackie czy inżynierskie) stacjonarne w państwowych placówkach rekrutowanych jest ok. 220 tys. osób. Już teraz szkoły wyższe odczuwają skutki niżu demograficznego i obserwują, że zmniejsza się liczba osób zakwalifikowanych na studia.

– Spada liczba osób przyjmowanych zwłaszcza na kierunki humanistyczne. W przypadku studiów inżynierskich utrzymuje się ona na tym samym poziomie – potwierdza Edward Szewczak.

Z danych resortu nauki wynika, że przybywa studentów np. na informatyce, energetyce czy automatyce i budowie maszyn. Maleje natomiast liczba osób, które chcą kształcić się na pedagogice, ekonomii czy zarządzaniu. Zmiany w limicie przyjęć na studia oznacza de facto cięcia fakultetów humanistycznych.