System oparty ma micie

Takie są skutki. Jednak stwierdzenie, że przyczyną, matką wszelkiego zła jest właśnie gimnazjum, byłoby uproszczeniem. Szkoła gimnazjalna nie funkcjonuje sama w sobie, lecz w systemie. Jest jednym z jego elementów, które powinny logicznie współdziałać. Że tak się nie stało, to już zupełnie inna sprawa. Niemniej trudno mieć pretensje o to, że właśnie gimnazjum stało się symbolem porażki i jest obwiniane o sprowadzenie oświatowej katastrofy. Błąd tkwił już w samym założeniu: gimnazjum zbudowano na micie, który jak większość baśni mniej opierał się na faktach, a bardziej na marzeniach.

Profesor Mirosław Handke nie bierze pełnej odpowiedzialności za skutki reformy, gdyż nie została wprowadzona ściśle według jego założeń. – Gimnazja wydłużały o rok obowiązek szkolny, a zakaz ich łączenia ze szkołą podstawową miał je zorientować na licea. Oczekiwaliśmy, że silne gimnazjum na prowincji będzie miało ambicje otwierania klas licealnych, a skrócone szkoły licealne zostaną niejako zmuszone do otwierania pozarejonowych gimnazjów. Niestety, to się zupełnie nie udało – relacjonuje. Przyznaje jednak, że oprócz chęci wydłużenia obowiązku szkolnego o rok oraz poprawienia jakości kształcenia był też zamiar odcięcia się od czasów PRL. W stanie wojennym nauczyciele zostali złamani: władze wybiły im skutecznie z głowy „Solidarność”, zachęcając do zapisywania się do ZNP. Zapłatą za lojalność były przywileje Karty nauczyciela.

– Chcieliśmy przywrócić niezwykle udaną tradycję edukacyjną (reforma ministra Janusza Jędrzejewicza z 1932 r. – red.) i dostosować polską szkołę do trójstopniowego ustroju szkolnego obowiązującego w większości krajów Unii Europejskiej – tłumaczy dziś prof. Handke. Są tylko dwa „ale”. Fakt, iż w większości krajów coś funkcjonuje, nie jest równoznaczne z tym, że działa sprawnie. Gdyby twórcy reformy oparli się choćby na przywoływanych dziś tak chętnie wynikach badań PISA, zauważyliby niechybnie, że kraje skandynawskie, gdzie młodzież jest świetnie wyedukowana, nie wprowadziły u siebie odpowiednika gimnazjum. Na przykład w Finlandii (od początku badań w ścisłej czołówce) obowiązuje system 9-letniej szkoły powszechnej dla dzieci od 7. do 16. roku życia, po której następuje 3-letnia szkoła średnia – ogólnokształcąca lub zawodowa. Młodzież, która nie jest w stanie szybko zdecydować, jaką chce wybrać przyszłość, może uczęszczać do nieobowiązkowej klasy X, aby pogłębić wiedzę i mieć czas się zastanowić.

Można więc było wydłużyć czas edukacji powszechnej, nie wprowadzając nowej szkoły i nie rozbijając spójnego procesu edukacji. Zwłaszcza że przywoływana jako wzór przedwojenna reforma szkolnictwa Jędrzejewicza wcale nie była takim sukcesem, jak dziś lubimy myśleć i mówić. Jak zauważa historyk i publicysta dr Andrzej Krajewski, tak naprawdę wprowadzono ją w ramach obcinania wydatków na edukację. W ówczesnej Polsce pieniędzy brakowało na wszystko. I nakłady na nauczanie systematycznie spadały – z 39 mln zł w 1928 r. do 0,9 mln zł 10 lat później.

Sukcesem, acz nie kompletnym, było to, że szkolnictwo udało się ujednolicić. Przed reformą panował porozbiorowy bałagan. Obok siebie funkcjonowały równolegle dwa systemy: szkół powszechnych (4- lub 7-klasowych), których ukończenie nie pozwalało na dalszą edukację – chodziły do nich dzieci z niższych warstw, z czego milion było w ogóle poza systemem. I średni – do 7-letniego gimnazjum można było przyjść z ulicy (zwykle dzieci z lepszych domów pobierały wcześniej naukę u prywatnych nauczycieli). Kończyło się ono maturą uprawniającą do zdawania na wyższą uczelnię. Reforma wprowadziła 7 klas szkoły powszechnej i 4-klasowe gimnazjum (po nim kolejnym etapem były dwa lata w liceum). To teoria. W praktyce w mniejszych miejscowościach szkoła powszechna była realizowana w kompletach – łączono w jednym oddziale dzieci z różnych roczników pracujące pod kierunkiem jednego nauczyciela. Liczba oddziałów była uzależniona od liczby uczniów, więc normalne siedmioklasówki powstawały tylko w większych ośrodkach miejskich. I głównie miejskie dzieci miały szansę kontynuować naukę w gimnazjum, którego bodajże główną rolą było wychowanie w duchu sanacyjno-patriotycznym. Pogorszył się też komfort nauczania. Jeśli w 1928 r. na jednego nauczyciela przypadało 49,9 ucznia, to w 1938 r. już 63. W tym czasie poza systemem szkolnym znajdowało się wciąż 0,5 mln dzieci.

Jakie były rezultaty tej reformy, trudno dziś odpowiedzialnie stwierdzić. Pierwszy rocznik w pełni nią objęty zdawał maturę dopiero w 1939 r., tuż przed wojną.

Złe zachowanie

Niestety akurat tego, co było silną stroną przedwojennej szkoły – wynoszonego z niej dobrego zachowania, zwracania uwagi na maniery, miłości do ojczyzny etc. – nie udało się przenieść w mury współczesnych gimnazjów. Jednym z głównych zarzutów im stawianych jest to, że nie potrafią sobie poradzić z procesem wychowawczym. Od czasów samobójczej śmierci gimnazjalistki Ani z Gdańska w 2006 r. przedstawiane są jako siedliska agresji, przestępczości, rozpasania seksualnego. Jak w każdym stereotypie jest w tym pewnie wiele przesady, ale trudno zamykać oczy na fakty. Nie ma praktycznie tygodnia, abyśmy nie dowiadywali się o nowych ekscesach – pobiciach, wymuszeniach, nękaniu w internecie, zażywaniu narkotyków etc. Niektórzy eksperci tonują: apokaliptyczny obraz tych szkół bierze się z błędnego odczytywania policyjnych statystyk, do których wrzucane są dane dotyczące zarówno gimnazjów, jak i szkół podstawowych. Tam łącznie traktowane są zgłoszenia w różnych sprawach: niezależnie od tego, czy to uczeń zrobi coś złego, czy ktoś z zewnątrz coś zmaluje na terenie szkoły. – Jeśli dyrektor zadzwoni na policję, że kręcą się na boisku podejrzani osobnicy, którzy sprzedają narkotyki, takie zawiadomienie trafia do bazy i świadczy na niekorzyść szkoły. Jednak, jak by na to nie patrzeć, wzrost notowanej przestępczości wśród nieletnich jest znaczny – od 2010 do 2011 r. wyniósł 18 proc.

Profesor Krzysztof Konarzewski, pedagog, autor licznych prac z tej dziedziny, przekonuje jednak, że pod względem bezpieczeństwa nasze szkoły – przynajmniej podstawowe – plasują się na wysokim, ósmym miejscu, pośród 50 krajów, więc nie należy przesadzać. – Gimnazjum się obroniło – mówi. Wrosło w nasz system oświaty. Jest bardziej emancypujące, mniej opresyjne niż dawna szkoła. Młodzi ludzie mają tu więcej, choć wciąż za mało do powiedzenia. Aby odniosło sukces, nauczyciele powinni przestać walczyć z uczniami i uważniej wsłuchiwać się w to, co mają do powiedzenia.