Jeszcze dwadzieścia lat temu odsetek studiujących w Polsce wynosił 13 proc., dziś – ponad 50. Aż 63 proc. absolwentów naszych uczelni ma tytuł magistra i to najwyższy poziom na świecie! Liczby nie kłamią: powoli, acz nieubłaganie mądrzejemy.

Wzrost liczby osób z wyższym wykształceniem uznajemy za wielki sukces ostatnich dwudziestu lat, bo przecież nic tak nie cieszy, jak mądrzy obywatele. Jednocześnie ulegliśmy, jako społeczeństwo, pewnej magii: że studia to warunek minimum sukcesu na rynku pracy. Ta magia prowadzi do absurdów. Tytułu magistra wymaga się już nawet od kandydatów na sprzedawców i kelnerów. Jakie to studia, na jakiej uczelni, ile trwały – nie ma znaczenia, ważne, żeby były. Bo po studiach to człowiek, wiadomo...

No właśnie, jaki? Konsekwencją wzrostu liczby studentów był radykalny spadek poziomu. Mamy więcej studentów, co nie znaczy, że lepiej wykształconych. Nie tylko dlatego, że kadra zbyt przeciążona, a uczelnie nie za bogate. Hasło „studiować każdy może” jest chwytliwe, ale nieprawdziwe. Nie każdy. I nie każdy powinien. Bo teoretycznie nic nie stoi na przeszkodzie, by liczba osób z wyższym wykształceniem dalej rosła, by – w dalekiej perspektywie – osiągnęła nawet 100 procent. W końcu jeśli mądrzeć, to na całego. Tylko co oznacza tytuł magistra w społeczeństwie, w którym wszyscy się nim legitymizują?

Powinniśmy skończyć z magią liczbą, bo ważniejsza jest nie liczba studentów, lecz jakość i to, czego uczelnie są w stanie ich nauczyć. I nie oszukiwać się, że społeczeństwu potrzebni są tylko magistrzy i inżynierowie.

A wracając do efektu Flynna: są kolejne dowody, że jest prawdziwy. W tym roku, pierwszy raz od dawna wzrosła liczba uczniów zawodówek.

Mądrzejemy.