Istnieje w psychologii teoria, zwana efektem Flynna (od nowozelandzkiego politologa Jamesa Flynna, który pierwszy ją sformułował), że od XX wieku w krajach kultury zachodniej następuje systematyczny wzrost ilorazu inteligencji. Dowodów na to jest bez liku. Ot, choćby wykształcenie.
Jeszcze dwadzieścia lat temu odsetek studiujących w Polsce wynosił 13 proc., dziś – ponad 50. Aż 63 proc. absolwentów naszych uczelni ma tytuł magistra i to najwyższy poziom na świecie! Liczby nie kłamią: powoli, acz nieubłaganie mądrzejemy.
Wzrost liczby osób z wyższym wykształceniem uznajemy za wielki sukces ostatnich dwudziestu lat, bo przecież nic tak nie cieszy, jak mądrzy obywatele. Jednocześnie ulegliśmy, jako społeczeństwo, pewnej magii: że studia to warunek minimum sukcesu na rynku pracy. Ta magia prowadzi do absurdów. Tytułu magistra wymaga się już nawet od kandydatów na sprzedawców i kelnerów. Jakie to studia, na jakiej uczelni, ile trwały – nie ma znaczenia, ważne, żeby były. Bo po studiach to człowiek, wiadomo...