Biznes stanął murem za szefem narodowego ubezpieczyciela. Barbara Kudrycka, szefowa resortu nauki i szkolnictwa wyższego, też przyznała mu rację, zapowiadając przekazanie miliona złotych na poprawienie jakości studiów oraz przygotowując deklarację pod nazwą „Gospodarka dla uczelni, uczelnie dla gospodarki”. Środowisko uczelniane odpierało zarzut produkowania przyszłych bezrobotnych, argumentując, że współpracują na bieżąco z pracodawcami i na tej podstawie modyfikują programy nauczania.

Burza była, jak to burza, krótkotrwała. A po niej cisza. Co w jej trakcie się wykluje? Na pewno zobaczymy, bo minister Kudrycka lubi działać. Ma na swoim koncie m.in. ogromną nowelizację prawa o szkolnictwie wyższym (różnie ocenianą) i pilotażowy program kierunków zamawianych, który po czterech latach funkcjonowania jest na finiszu. I okazuje się, że ten program to sukces i porażka w jednym. Sukces, bo na rynek wchodzi nieco więcej absolwentów studiów inżynierskich, nauk ścisłych i przyrodniczych, niż gdyby pilotażu nie było; młodzi ludzie wolą studiować na wydziałach humanistycznych jako łatwiejszych z ich punktu widzenia i nie garną się do tych bardziej wymagających. Porażka, bo o wysokiej jakości części tych kandydatów do pracy raczej trudno mówić; na zamówione przez państwo kierunki trafiało bowiem całkiem sporo osób, które talentów odpowiednich nie wykazywało, ale uznało, że to dobre źródło utrzymania, a uczelnie mimo to zrobiły wszystko, by na ich listach studenckich dotrwały do końca.

Czy pracodawcy będą zadowoleni z takich efektów programu? Pewnie nie. Ja też nie do końca. Jednak wolę, żeby takie programy w ogóle były, bo nawet gdy się kończą sukcesem i porażką w jednym, to jest to dobry początek. Kolejne edycje można przecież poprawić. Kibicuję więc pani minister, by to zrobiła.