Rodzice trojga dzieci, którzy po ośmiu latach emigracji wrócili do Polski ze Szwajcarii, musieli im sami zafundować dodatkowe lekcje polskiego, żeby mogły się odnaleźć w szkole. Materiałów do nauki języka polskiego, historii i geografii musieli jednak szukać sami, bo szkoły, do których się zwracali, nie umiały im pomóc. Matka dziewczynki, która po powrocie poszła do 4 klasy, opowiadała, jak jej córka na pierwszym dyktandzie dostała dwóję, bo nauczyciel nie brał pod uwagę, że dziecko właśnie wróciło z kilkuletniego pobytu w Wielkiej Brytanii.

Tak było trzy lata temu. Dziś rzeczywistość powinna być inna, bo zgodnie z nowymi przepisami dyrektor szkoły może przyznać dodatkowe lekcje z polskiego, a także zajęcia wyrównawcze. Jednak nadal problem nie został rozwiązany. Najczęściej rozbija się o pieniądze: przepisy są, ale brakuje dodatkowych funduszy. Samorządy musiałyby wysupłać pieniądze, które pochodzą z subwencji oświatowej. W efekcie pomoc dla takiego ucznia ewentualnie jest załatwiana w ramach godzin karcianych, czyli tych, które nauczyciele powinni przeznaczyć na zajęcia dodatkowe, ale tych jest za mało. Na forum rządowej strony internetowej, która zachęca do powrotów do kraju, jedna z nauczycielek skarży się na brak możliwości pomocy uczennicy, która wróciła do II klasy po 6 latach pobytu w Wielkiej Brytanii. „W Anglii ukończyła I klasę. W badaniu psychologicznym znajdują się m.in. takie wskazania: dostosowanie wymagań edukacyjnych, objęcie zajęciami wyrównawczymi, zorganizowanie dla dziecka dodatkowych lekcji języka polskiego”. Dyrekcja jednak twierdzi, że takie lekcje bardzo dużo kosztują, i proponuje w ramach zajęć karcianych – te jednak są zużyte na inne zajęcia.

Kłopot w tym, że nawet jeżeli uczeń otrzyma dodatkowe zajęcia, to najczęściej są one nieadekwatne do jego potrzeb. Dziecko często trafia do grupy dzieci, które potrzebują zajęć wyrównawczych, bo nie dają sobie rady z nauką. – Takie dzieci, które wracają z emigracji, mają zupełnie inne kłopoty, często mogą świetnie sobie radzić intelektualnie, ale na przykład nie znać definicji i pojęć po polsku – mówi Anna Dzięgiel. I podaje przykład chłopaka, który w szkole brytyjskiej był świetnym uczniem, szczególnie w przedmiotach ścisłych. W Polsce fatalnie wypadał na klasówkach, bo nie znał terminologii, a nauczyciele nie wiedzieli, jak mu pomóc.

Jednym z głównych problemów jest to, że dziecko, by otrzymać pomoc w postaci dodatkowych zajęć, musi zostać uznane za dziecko z potrzebami specjalnym, tak jak dzieci z orzeczeniami o niepełnosprawności. Tymczasem, aby wejść w taki system, potrzeba dużego zaangażowania rodziców: wizyt w poradniach, zdobywania poświadczeń etc. – Ci zaś często wracają do Polski rozbici, rozpada się rodzina, wyjechali, bo nie mieli pracy, wrócili, bo tam im się nie powiodło, nie mają energii, by załatwiać wszystkie formalności. Czasem ich po prostu nie ma, bo zostali za granicą – mówi Dzięgiel.

By uzyskać pomoc, trzeba zdobyć zaświadczenia z kilku poradni

W efekcie – jak wynika z danych ministerstwa – z 1246 uczniów, którzy trafili do szkół podstawowych, z dodatkowych lekcji polskiego korzysta 121, a z zajęć wyrównawczych – 139 dzieci. To około 10 proc. Podobnie jest z gimnazjalistami– tu z 420 uczniów, którzy wrócili do Polski po dłuższej nieobecności, dodatkowe lekcje pobiera ponad 30 osób. Trudno uwierzyć, że tylko tyle dzieci potrzebuje wsparcia.