Do egzaminu ósmoklasisty zgłoszono ok. 348 tys. uczniów z ponad 12,4 tys. szkół. Ale wśród nauczycieli słychać głosy, że test nie powinien się odbyć. Egzamin najwięcej zwolenników ma wśród rodziców, którzy obawiają się, że „ocena ocenie nierówna”, więc konkurs świadectw byłby niesprawiedliwy. Sami uczniowie, zjadani często przez emocje, boją się, że np. nie zostaną wpuszczeni na egzamin z powodu gorączki. Zaczynają jutro o 9.00 testem z języka polskiego, w kolejnych dniach czeka ich matematyka i język obcy nowożytny.

Spytaliśmy nauczycieli o stan przygotowań uczniów. Większość oceniła go między trójką a czwórką. – Na konsultacjach okazało się, że gros wiedzy ulotniło się z głów. Niestety, spodziewam się gorszych wyników niż przed rokiem. Tak może być w całym kraju – mówi Lucyna Stolcman, dyrektor szkoły w Połajewie.

Marta Florkiewicz-Borkowska, nauczycielka z podstawówki w Pawłowicach na Śląsku, wspomina swoje niedawne rozmowy z uczniami. Mówili, że wypadli z rytmu, „nie ogarniają”. – Szkoła nie uczyła dotąd, jak się uczyć i teraz zbieramy tego plony – ocenia.

– Słyszymy, że przesunięcie egzaminu z kwietnia na czerwiec dało więcej czasu na naukę. Owszem, ale np. w przypadku dzieci z niepełnosprawnościami nie ma on sensu. Dla nich miejsca w szkołach średnich są – mówi Zyta Czechowska, nauczycielka z Zespołu Szkół Specjalnych w Kowanówku pod Obornikami. Ostatnie dni przed egzaminem upłynęły tam na dostosowaniu szkoły do egzaminu w czasach pandemii. Zamontowano maszynę bezdotykową do dezynfekcji rąk, zorganizowano zapas maseczek i rękawiczek.

O przygotowaniach mówi też Marta Florkiewicz-Borkowska. – Szkoła ma aulę i salę gimnastyczną, więc rozlokowanie 29 zdających nie jest problemem – opowiada. Tutaj, na Śląsku, do ostatniej chwili myślano jednak, że egzaminu nie będzie. Bo choćby w pobliskich Pielgrzymowicach połowa wsi jest na kwarantannie.

Egzamin ósmoklasisty w całym kraju będzie przeprowadzany w tym samym terminie. Nie otrzymaliśmy z Ministerstwa Zdrowia i GIS informacji, które wskazywałby na konieczność zmiany – słyszymy w CKE. Liczba uczniów, którzy nie przystąpili do egzaminu ze względu na objęcie rodzin kwarantanną, będzie znana w dniu egzaminu z danego przedmiotu.

Monika Marciniak, dyrektor szkoły w Białej, niedaleko Trzcianki, ma inne obawy. – Budynek przygotowaliśmy pod wytyczne GIS. Tylko jak powstrzymać uczniów przed spotkaniem się w grupie po sprawdzianie? – pyta.

Jeśli nie egzamin, to co?

– Skoro konkurs świadectw wzbudza negatywne emocje, pora wrócić do dyskusji, czy system oceniania jest sprawiedliwy – przyznaje Florkiewicz-Borkowska. Mówi o potrzebie rozporządzenia MEN normalizującego sytuację, gdy np. uczeń nie pojawia się na lekcjach. – Wiele szkół rezygnowało ze sprawdzania listy obecności, mając świadomość, że nie każdy ma warunki do nauki. Ale jeśli ma to być szkoła, nie udawanie szkoły, musimy mieć jasne wytyczne.

Co z obawą, że nauczyciele zawyżą noty na świadectwie? – Chcę wierzyć, że do tego nie dojdzie. Zadałam im pytanie, co zrobią za rok, jeśli teraz wystawią wzorowe zachowania tylko za to, że uczeń włączał kamerkę i odzywał się na zajęciach? – mówi Jolanta Lubińska, dyrektor niepublicznej szkoły podstawowej w Obornikach Wielkopolskich. Jednocześnie zwraca uwagę, że nauczyciele są pod presją. Nie tylko rodziców, ale też np. rzecznika praw dziecka, który zaapelował, by podnieśli o jeden stopień wszystkie oceny.

Zdaniem Zyty Czechowskiej wśród nauczycieli jest przeświadczenie, że i w nowym roku szkolnym będzie realizowany scenariusz edukacji zdalnej. Dlatego trzeba go udoskonalić. Po pierwsze, doposażyć placówki w sprzęt, bo zapotrzebowanie wśród uczniów i nauczycieli wciąż jest duże. Po drugie, ujednolicić drogę komunikacji tak, by wszyscy pracowali na jednej platformie. Po trzecie, zorganizować szkolenia dla nauczycieli, rodziców i uczniów. 

Jaki będzie temat wypracowania z polskiego na teście ósmoklasisty?

Na szczęście nie pamiętam. Arkusze były drukowane w marcu.

Będzie przeciek?

Nie wydaje mi się. Matura budzi większe emocje, dlatego pojawiają się podejrzenia przecieków czy fałszywe alarmy bombowe.

Emocje są i tak, szczególnie że szkoła była zupełnie inna przez ostatnie trzy miesiące. Czy egzamin będzie inny?

Nie. Będzie taki sam, jak w ubiegłym roku.

Dlaczego? Od marca dzieci przestały chodzić do szkoły.

Uczniowie mieli dwa miesiące więcej na przygotowanie się niż ich koledzy w ubiegłych latach. Nawet jeśli przez naukę zdalną coś wypadło gdzieś na początku, w marcu, to był czas, żeby to nadrobić potem. Zresztą, co mielibyśmy z niego wyciąć? Nauczyciele mają absolutną dowolność w sposobie realizacji kolejnych tematów. Nie możemy zmienić punktacji i np. wyżej punktować zadania z gramatyki, a mniej wypracowanie czy na odwrót, bo w każdej szkole te rzeczy były realizowane w innej kolejności. Każde rozwiązanie będzie nie fair dla jakiejś grupy uczniów.

Wiadomo, że część uczniów w ogóle straciła kontakt ze szkołą. Mogą bardzo pogłębić się różnice między nimi.

Trudno będzie to ocenić, nie mamy możliwości zebrania takich danych. Musielibyśmy każdego ucznia zapytać na przykład o dostęp do internetu. Rozrzut może też wynikać z tego, że konkretna forma wypracowania jest dla uczniów łatwiejsza lub trudniejsza niż ta, która była w ubiegłym roku. Albo to, że dzieciom bardziej lub mniej podszedł temat.

Jest coś, czego pan się obawia? Jak to zamieszanie i przejście na zdalną edukację może wpłynąć na wyniki egzaminów?

Rozumiem, że patrzycie panie na tę zmianę jako na coś złego, jednak ja nie mam wrażenia, że to jakoś istotnie wpłynie na to, co dzieci pokażą na egzaminie.

Nie boi się pan, że ten egzamin pójdzie gorzej?

Nie. Po pierwsze dlatego, że nie porównujemy średnich z różnych lat. Po drugie wpływ na wyniki zawsze może mieć choćby dobór lektur. To zauważyliśmy po próbnych egzaminach – uczniowie gorzej sobie radzą z „Panem Tadeuszem”, z trenami Kochanowskiego, z tymi lekturami, które są pisane trudniejszą polszczyzną. A lepiej jest choćby z „Małym Księciem”. Wynik to wypadkowa wielu zmiennych, nie tylko formy edukacji.

A gdyby odejść od egzaminu na rzecz konkursu świadectw?

To był bardzo poważnie rozważany scenariusz. Braliśmy pod uwagę, że w momencie, w którym rzeczywiście sytuacja byłaby tragiczna, byłby konkurs świadectw. Na szczęście nie mamy sytuacji tragicznej, bo takie rozwiązanie powoduje również wiele problemów. Po pierwsze zarówno szkoły średnie, jak i wyższe na pewno organizowałyby dodatkowe testy – to by mogło być trudne, ale także z powodu sytuacji epidemiologicznej – gorsze, wymagałoby czasem podróżowania.

Co jeśli sytuacja epidemiologiczna w przyszłym roku się pogorszy?

Mamy wciąż z tyłu głowy, że to może nie być jednorazowy problem. Stąd tak szczegółowe procedury i wytyczne opracowane z GIS, które przekazaliśmy do szkół. Będziemy nad nimi pracować, bo wciąż mamy jakieś pytania, na przykład: co zrobić z maseczką po wejściu do sali?

Czy takie procedury wystarczą na naprawdę poważny stan epidemii?

W takim przypadku egzaminy będą ostatnią rzeczą, którą będziemy się przejmować. W przypadku egzaminu ósmoklasisty wrócimy zapewne do konkursu świadectw. Prawdziwy problem to jednak matura.

Konkurs świadectw nie jest miarodajny. Rozłożenie egzaminów z tych samych przedmiotów na kilka dni oznaczałoby, że musimy mieć różne arkusze, więc narażamy się na zarzuty, że któryś będzie trudniejszy. Egzaminy wstępne na uczelnie to większy problem, bo kandydaci muszą przyjść osobiście, więc jeżdżą po całej Polsce.

A egzaminy online?

Nie wchodzą w grę z dwóch zasadniczych powodów: po pierwsze, przy 400 tys. zdających nie jest realne, by o tej samej godzinie wszyscy siedzieli przy tak samo dobrze działającym sprzęcie i internecie. Po drugie, trudno zapewnić nadzór nad takim egzaminem. Jesteśmy świadomi, że są platformy, które zapewniają kontrolę zdającego, widziałem rozwiązania choćby z Kirgistanu, gdzie kamera rejestruje ruchy gałek ocznych. Natomiast nie wyobrażam sobie posadzenia 14-latka przed komputerem i zabronienia mu patrzenia w lewo i w prawo, bo po trzykrotnym spojrzeniu pod pewnym kątem wyłącza się możliwość pisania egzaminu.

Skoro jesteśmy przy maturze. W tym roku były przecieki czy ich nie było?

Nie mam pojęcia.

Największe wątpliwości wzbudził język polski – ktoś rano wyszukiwał temat, który faktycznie pojawił się dwie godziny później na maturze.

I to w województwie podlaskim, z którego tak się składa, że pochodzi minister edukacji. Biorę więc pod uwagę scenariusz, że to jakaś prowokacja. Przy egzaminach zawsze jest dużo różnych zgłoszeń ‒ a to ktoś grozi atakiem bombowym, a to umieści w internecie zdjęcia niby z testów.

Informacja o tym niby-przecieku była oparta o Google Analytics, tymczasem nikt poza Google’em nie wie, jak do końca działa to narzędzie. Proszę sobie wyobrazić, że w dniu matury z angielskiego wpisałem w wyszukiwarkę między godz. 6 a 7 „język angielski email ochrona przyrody” (dodam, że takiego tematu nie było tego dnia). O godz. 8 miałem telefon bodajże z Radia Zet, czy jest przeciek z języka angielskiego, bo ktoś googlał właśnie takie wyrażenie.

Ale jednak policja się tym zajęła. Jeśli był przeciek, jak mogłoby do niego dojść?

Ustaleniami zajmą się śledczy. Testy rozwożone są do szkół od 5 do 8. Egzamin zaczyna się o 9. Udostępniliśmy policji listę szkół (było ich 180), które otrzymały pakiety z testami maturalnymi przed godz. 7, wtedy zaczęło się wyszukiwanie w Google’u.

Kto dostarcza testy do szkół?

Centralna Komisja Egzaminacyjna robi przetarg na druk i dystrybucję arkuszy. Firma, która go wygra, zawiera umowę z Pocztą Polską, to jej pracownicy dostarczają pakiety do szkół. Szczegółów logistyki nie mogę zdradzić.

Za dwa lata będzie nowa matura. W tym roku po raz drugi jest nowy egzamin po ósmej klasie i po nowym sposobie nauki. Jakie są wnioski? Co chcecie osiągnąć? Co sprawdzacie?

Na razie jest jeszcze za wcześnie, by mówić, że z systemu edukacji wyszedł nowy człowiek, bo póki co zmiany były tylko w siódmej i ósmej klasie. Żeby powiedzieć coś więcej, musimy poczekać na cały pierwszy ośmioletni cykl, żeby zobaczyć, co tam się zadziało. Ja mogę mówić tylko o swoich nadziejach. Liczę na przykład, że lepiej będzie z matematyką, chociażby ze względu na te wszystkie dodatkowe lekcje, związane z zajęciami komputerowymi, z informatyką, które wymagają wprowadzania innego sposobu myślenia od początku. Szczególnie w najmłodszych klasach, bo to tam jest największy problem. Teraz jest tam więcej konkretów, więcej działań na konkretnych rzeczach.

Było sporo zamieszania ze zmianą podstawy programowej. Warto było?

Rozumiem, że ta nowa podstawa programowa, którą sprawdzamy na egzaminie, zebrała oczywiście bęcki, bo każda je zbierała, ale jeśli chodzi o polski, matematykę czy język obcy poszliśmy w kierunku nacisku na to, żeby uczyć tworzenia tekstu, żeby uczyć wypowiadania się od samego początku. To będzie miało odzwierciedlenie w egzaminie ósmoklasisty i na maturze w 2023 r. Tam w ogóle odchodzimy od precyzowania formy wypowiedzi, zdający ma sam zadecydować, co chce napisać: rozprawkę, esej, felieton. Ma wypowiedzieć swoje własne zdanie i uzasadnić je takimi argumentami, które rzeczywiście to poprą. Nawet jeśli zdanie będzie odchodzić od tego, co jest klasycznie uznawane, to jeśli będzie logiczne i poparte dobrze argumentami, to egzaminator będzie musiał to przyjąć.

Koniec z kluczem?

Klucza nie ma od 2015 r., nie ma go również w egzaminie ósmoklasisty. Nie jest tam określone, że egzaminator ma szukać pewnych fraz. Jest po prostu ocena argumentacji. Czy jest teza poparta argumentami. Czy to wszystko się łączy w logiczną całość. Jeśli się łączy, to jest dobrze.

Oczywiście w ósmej klasie jest uczenie pod konkretne formy, nie mówimy dzieciom: napiszcie, co chcecie, bo to mało pedagogiczne.

Co sprawia dzieciom największe trudności?

Największe trudności nadal sprawia wszystko, co wymaga jakiejkolwiek precyzji ‒ i niezależnie, czy mówimy tutaj o polskim, czy o innym przedmiocie. Czyli jeżeli mamy skupienie się na ortografii, interpunkcji, poprawności językowej, to, czy to ósma klasa, czy maturzyści, mają z tym największy problem.

Najmniej problemu sprawia czytanie ze zrozumieniem w zakresie zrozumienia konkretnych informacji wyrażonych w tekście.

Ucieszyło nas to, że większość dzieci poradziła sobie z pisaniem, widać tu duży wpływ szkoły. Nawet przy porównaniu wyników z próbnego testu z grudnia i wyników z kwietnia jest duży skok.

Czyli jednak kilka miesięcy nauki to spora różnica, tymczasem minister edukacji mówił, że jeśli dzieci miały się czegoś nauczyć w szkole, to się nauczyły i do marca.

Pięć miesięcy to długi czas, podczas którego można się wiele nauczyć, zebrać informacje nauczone w trakcie poprzednich lat, ustrukturyzować je sobie. Widać było, że dzieci lepiej pisały rozprawki, lepiej argumentowały niż na egzaminie próbnym. Być może nauczyciele czekali do tych kilku miesięcy przed testem, by lepiej z dziećmi niektóre rzeczy opracować.

W podstawie postawiono ogromy nacisk na to, żeby uczniowie mieli wiedzę encyklopedyczną. I na egzaminie też muszą się taką wykazać.

Nie muszą mieć wiedzy encyklopedycznej.

Bez wiedzy o lekturach nie zdadzą.

To prawda, że muszą znać lektury, ale tu nie bawimy się w to, żeby przyłapać ucznia. Jak na tegorocznej maturze z polskiego pojawiały się fragmenty do rozpoznania, to zawierały takie słowa, jak Gerwazy i Stolnik. Jak ktoś ich nie rozpoznaje, to znaczy, że ma spore luki. Jednak dobrze by było, żeby wychodząc z liceum ogólnokształcącego, mieć zasób wiedzy, która pozwala to identyfikować. Oczekujemy, że każdy, kto ukończy ten poziom kształcenia, ukończy go z jakimś wspólnym kodem. Możemy się sprzeczać o niego, ale wiara w to, że szkoła powinna uczyć tylko jak wyszukiwać informacje w Google’u, jest skrajną naiwnością. Bo w Google’u są wiadomości, a nie wiedza.

Dlaczego muszą znać „Zemstę”? Co im to da? I tak nigdy o tym nie porozmawiają.

To trochę niezrozumienie, czym jest lektura. Niektóre teksty są takie, że musimy się przez nie po prostu przedrzeć, napracować, żeby je zrozumieć. Bo jak pójdziemy na studia, to przy jakimkolwiek tekście trzeba będzie usiąść, obłożyć się książkami czy Google’em i przeryć się przez ten tekst, żeby go zrozumieć. To nie będzie „Harry Potter” czy „Ania z Zielonego Wzgórza”. Jeśli ktoś nie nabędzie takiego nawyku w szkole, to dla niego to będzie horror. Przerycie się przez „Pana Tadeusza” czy przez Kochanowskiego jest trudne, ale nauczyciel, który wie, jak to zrobić, wyjdzie od tego, co jest współczesne, i pokaże, że te problemy, które są w tym dziele, są też współcześnie, np. cierpienie ojca po stracie córki. A programów czy filmów o tym jest obecnie mnóstwo. I pokazać, że te same problemy mieli ludzie wcześniej, tylko w innym kontekście.

Chcecie zmusić do precyzji?

Chcemy, żeby dzięki zmianie egzaminu byli ludzie, którzy czytają bardziej uważnie, wypowiadają się bardziej precyzyjnie. Bo naprawdę nie chodzi o to, żeby przez cztery strony polać wodę, napisać tekst praktycznie o niczym, tylko żeby pisać i mówić to, o co ktoś nas prosi. Świat idzie w tym kierunku, że trzeba ludziom dać to, o co proszą, a nie „bleblać” przez kilka godzin. To jest jeden z głównych problemów, z którymi ludzie się zderzają, gdy idą do firmy i szef ich prosi o business summary, gdzie oni piszą siedem stron, a szef chce pół. On nie ma czasu, on chce po prostu konkret. I na to położymy nacisk w kolejnych latach ‒ w maturze 2023. To będzie i w polskim, i w historii, i w językach obcych. Teraz pozwoliliśmy maturzystom pisać bez odniesienia się do konkretnych lektur – tylko do tekstów kultury. I zdarza się, że musimy zaliczyć, jak ktoś odwołuje się do Shreka czy Boba Budowniczego.

Na tym można zbudować całkiem dobrą rozprawkę filozoficzną

Owszem. Ale nie, jak się streści tylko treść tych bajek. A proszę mi wierzyć, to się zdarza.