Stworzyli szkoły nie publiczne, bo nie widzieli dla siebie miejsca w skostniałych ramach państwowej oświaty. Ale w końcu dopadła ich rządowa reforma edukacji.
Magazyn DGP 29.11.19 / Dziennik Gazeta Prawna
Leszek Janasik, nauczyciel i dyrektor Społecznego Liceum Ogólnokształcącego STO w Milanówku, był niedawno na wyjeździe studyjnym w Finlandii, w czasie którego odwiedził szkoły w Lahti. „Wracając do domu w sumie mam ponury nastrój… Dlaczego? Uświadomiłem sobie, że dzieli nas przepaść. To nie jest kwestia tego, że jesteśmy „opóźnieni” o 10 czy 15 lat… (…) Różni nas wszystko. To jest inne myślenie o edukacji” – napisał na Facebooku. Wypunktował też różnice: „Dyrektor cieszy się, jak dzieci biegają na przerwach po korytarzu. Dzieci chodzą w skarpetkach, mogą na bosaka lub w kapciach. Na przerwie w szkole podstawowej jest cicho… Dobra akustyka to jedno (mają na jej punkcie odjazd), drugie – dzieci cały czas są aktywne na zajęciach i nie muszą odreagowywać 45 min siedzenia w ławce w ciszy. W każdej szkole są zajęcia z prasowania, przyszywania guzików, podstaw stolarki. Dzieci w ciągu dnia muszą wychodzić na dwór bez względu na pogodę! A moje pytanie o program wzbudziło niezrozumienie: jaki program? Są ogólne wytyczne tworzone raz na 5–10 lat, a nauczyciel ma autonomię w ich realizacji”.
Reklama
– Nie chcę teraz w Polsce budować drugiej Finlandii, ale próbuję zaszczepić coś z tego, co tam widziałem – mówi DGP Leszek Janasik. Najpierw zajął się akustyką. – W szkołach bywa potwornie głośno. Dzwonki wyją tak, że umarłego obudzą. Dziecko słyszy je 20 razy dziennie. Do tego szurające meble. Dlatego wprowadziłem nakładki na nogi od krzeseł. A w ramach LD, czyli lekcji z dyrektorem, razem z uczniami kombinujemy, jak poprawiać naszą szkołę. To wyrabia u dzieci przekonanie, że mają w sobie moc sprawczą. Teraz np. powstają maty wygłuszające na ściany, ładne i bardzo kolorowe.
On sam przeszedł długą drogę zanim zrozumiał, gdzie jest jego miejsce. – Moje dzieci poszły do liceum publicznego, bo jestem za tym, by miały blisko do szkoły i uczyły się tam, gdzie chodzą koledzy z podwórka. Dzięki temu zapuszczają korzenie. Trafiły więc do szkoły, w której sam się kiedyś uczyłem, a potem przez prawie siedem lat pracowałem jako nauczyciel – opowiada. – Wciąż jednak marzyłem o miejscu, które nie jest uwikłane systemowo, gdzie nauczyciel nie jest przeciążony biurokracją, ma więcej wolności, gdzie ogranicza nas wyobraźnia, a weryfikują wyniki matury naszych uczniów.

Reklama
Tak trafił do społecznego liceum. Przypomina sobie wydarzenie sprzed 15 lat. Na lekcjach geografii z uczniami rozmawiali o tym, jak powstaje zorza polarna. Kilka dni później wrócili do niego z pytaniem, czy nie dałoby rady zorganizować wyprawy do Skandynawii. Powiedział: jasne, ale nie nastawiajcie się na pięciogwiazdkowe hotele. – Dwutygodniową wyprawę dopiąłem w budżecie 1,1 tys. zł od osoby. Jak? Puszki z jedzeniem zabraliśmy z Polski. W Finlandii nocowaliśmy za darmo w rozsianych po kraju schroniskach. Wędrowaliśmy szczelnie opatuleni, bo miejscami temperatura spadała do -40 stopni. To była jednak wyprawa życia – wspomina. Teraz co dwa lata stara się ją organizować dla kolejnych roczników. Opowiada o tym, by podkreślić, że liczy się pomysł. Realizacja to sprawa wtórna. Tymczasem w szkole publicznej jest na odwrót. Wie o tym każdy, kto próbował tam zorganizować wycieczkę zagraniczną. Wyłonienie operatora wyjazdu, umowy przedwstępne, zebrania, sprawozdania. Krótko mówiąc: wyższy poziom papierologii.
Leszek Janasik widzi dla edukacji niepublicznej dwa zagrożenia. Jedno czai się wewnątrz i sprowadza do ryzyka, że można przesadzić z fajnością. Sam się hamuje w pomysłach, bo szkoła ma być efektywna, nie efekciarska. – Oceny są potrzebne, nie rozumiem zapędów, by z nich rezygnować. Zbyt cieplarniane warunki w szkole nie służą dzieciom, bo nie przystosują ich do życia – zastrzega nauczyciel. Drugie zagrożenie czyha obok. – Widzę coraz więcej prób ograniczenia swobody szkołom niepublicznym. Odbijamy się od ściany do ściany, a te są coraz bliżej – mówi.

Sztywno, równo i posłusznie

Według dyrektora liceum STO ostatnia reforma edukacji usztywniła siatkę godzin w nowym liceum. W efekcie nie ma pola manewru na przesunięcia zajęć w semestrze, co utrudnia realizację autorskich projektów.
Opinię tę podziela Leszek Ossowski, dyrektor Niepublicznej Szkoły Podstawowej „Pitagoras” w Nadarzynie. – Ramowa siatka godzin, która weszła w życie 1 września, wprowadziła konieczność tygodniowego rozliczania się z zajęć. Skończyła się elastyczność. Kiedyś robiliśmy pewne przedmioty wcześniej, np. wyjazdowo. Systemowo dokonano mordu na idei – mówi Leszek Ossowski. Przekonuje, że szkoły niepubliczne są inkubatorami pomysłów: zindywidualizowane nauczanie, autorskie programy. Niektóre z tych propozycji warto przenieść do szkół publicznych. Pytanie, czy szkoły niepubliczne pozostaną kuźniami koncepcji, skoro sztywno podporządkowano ich kalendarz pod edukację publiczną.
Rządowe zmiany z ostatnich lat uderzyły również w kadry prywatnych placówek. Ich dyrektorzy podkreślają, że zaszkodziło im zwłaszcza obniżenie wieku emerytalnego. Z rynku szkolnego odeszło wielu ludzi, co spotęgowało braki personalne. – Narzucono nam też sposób zatrudniania. Wszyscy muszą mieć umowy o pracę. Tymczasem wśród nauczycieli są też specjaliści prowadzący własną działalność gospodarczą. Inni przychodzą tylko na godzinę w tygodniu z autorskim wykładem. To spowodowało szaleństwo zatrudniania ludzi na np. 1/40 etatu – tłumaczy dyrektor.
Szkoły niepubliczne coraz bardziej obawiają się zakusów, aby wszystkie instytucje oświatowe wrzucić do jednego wora, ujednolicić. A przecież są placówki z setkami dzieci oraz takie, gdzie uczniów jest garstka. Szkoły niepubliczne niepokoją się o to, czy nie ograniczy im się swobody decydowania, w jakim wymiarze prowadzić lekcje religii. Leszek Ossowski przypomina niedawny przypadek szkoły w Lublinie, która chciała zmniejszyć liczbę godzin religii. Skończyło się kontrolą kuratoryjną.

Mam wizję, ale się pilnuję

– Istnieje napięcie między edukacją publiczną a niepubliczną. Są tu dwa wątki. Jeden – nauczyciele ze szkół publicznych uważają, że świetnie płacimy. Myślę, że mamy pensje na poziomie pedagoga z długim stażem i doświadczeniem. Drugi to napięcie wyczuwalne z kolei w edukacji niepublicznej. Obchodzimy teraz hucznie trzydziestolecie istnienia. Przez ten czas wypracowaliśmy świetne metody nauczania, których system nie dostrzega – mówi Dorota Fiett, dyrektorka i nauczycielka biologii w Bednarskiej Szkole Realnej w Warszawie. Czuje się więc pomijana w ogólnokrajowej dyskusji o oświacie. – W ostatnim czasie stworzyliśmy np. jedyną szkołę w Polsce, której MEN dał zgodę na utworzenie 4-letniego liceum. I to jeszcze przed reformą. To był eksperyment. Szkoda, że nikt nie spytał nas o doświadczenia.
W edukacji niepublicznej pracuje od zawsze. W 1990 r. trafiła do „Bednarskiej”, ćwierć wieku uczyła w I SLO. Po latach dojrzała, by stworzyć własną szkołę. – Edukacja musi być w ciągłej zmianie, bo świat galopuje. Dlatego marzenie o spokoju w edukacji niepublicznej jest nierealne – tłumaczy swoją decyzję. – Jeśli nauczyciel przez dziesięciolecia wypracował sobie bogate zaplecze dydaktyczne i grube skoroszyty konspektów, to nie mamy o czym rozmawiać. Mnie interesuje, jak reaguje na zmiany tu i teraz.
Opowiada, że chodziła jej po głowie szkoła bardziej techniczna. Ostatecznie stanęło na liceum. – „Realność” w nazwie placówki oznacza jednak, że oprócz zwykłych przedmiotów uczniowie dostają certyfikat udokumentowany wieloletnią pracą. Prowadzimy zajęcia na kierunkach techniczno-informatycznym, multimedialno-artystycznym i biznesowo-ekonomicznym. Nasi nauczyciele to specjaliści z rynku pracy, przychodzą na zajęcia prosto z własnej firmy, kancelarii – wylicza Dorota Fiett. Ważna rada, jaką dostała przy zakładaniu szkoły, brzmiała: nie zrażaj się, jeśli w pierwszej rekrutacji stawi się siedmiu kandydatów. Ostatecznie było ich 51. A w zeszłym roku zjawił się tłum – 450 osób. – To głównie zasługa pani minister Zalewskiej. Ludzie spanikowali i postanowili szukać schronienia u nas – mówi dyrektorka liceum. Ale faktem jest, że zainteresowanie edukacją niepubliczną systematycznie rośnie. W roku szkolnym 2011/2012 do prywatnych placówek chodziło 55 tys. uczniów. W roku 2017/2018 – blisko 120 tys.
Ten sukces może łatwo zrodzić przeświadczenie, że stworzyło się szkołę idealną – Pilnuję, by takiemu myśleniu nie ulec – przyznaje Dorota Fiett. Czesne w jej liceum wynosi 1350 zł. Ma świadomość, że to niemało. Obsesyjnie dba o to, by uczniowie nie zapominali, jak wiele dostają od świata. – Zwalczam lans i wszelkie dyskusje o mundurkach czy zagranicznych wycieczkach na bogato. Zamiast tego na Podlasiu nasza szkoła dzierżawi gajówkę, gdzie organizujemy wyprawy pociągiem.
W podstawówce „Pitagoras” w Nadarzynie czesne to 1150 zł miesięcznie. Wystarcza na pokrycie kosztów pracy nauczycieli i zabezpieczenie warunków lokalowych. – Szkoły nie są biznesem jak każdy inny. Rzadko kiedy ktoś wykłada wielki kapitał i inwestuje w budynek od podstaw. Zwykle to inicjatywa stowarzyszeń. W związku z tym trzeba się wyróżniać – ocenia Leszek Ossowski. I chociaż też jest przeciwny ślepemu uleganiu jednej wizji szkoły, chce być konsekwentny w spełnianiu obietnic złożonych rodzicom. – Mamy sporo godzin dydaktycznych, uczniowie są w szkole do 15.00, często zostają na zajęcia dodatkowe do 17.00. Nie niańczymy dzieci, uczymy je samodzielności. Pierwszoklasista musi umieć sam zawiązać buty, jak tego nie zrobi, nie wyjdzie na dwór. Przygotowujemy ich na przyszłość. Gdybyśmy odeszli od prac domowych, jak poradziliby sobie z samodzielnymi zadaniami na politechnice czy akademii medycznej? To moja wizja, ale rozumiem, że nie wszyscy muszą się z nią zgadzać.

Matematyka na pizzy

– Uproszczeniem jest mówienie, że publiczne szkoły nawalają. To cały obecny system edukacji jest przestarzały. Szkoła jest w nim narzędziem polityki oświatowej państwa. Nawet najgorszy system nie przeszkodzi dobremu nauczycielowi w zrealizowaniu superzajęć. Ale gdy nie ma dobrego środowiska pracy, misyjność ulatuje z dymem – mówi Tomasz Siemież z Fundacji Wspierania Aktywności Lokalnej FALA.
Pierwszą szkołę zakładał w 1987 r. jeszcze jako uczeń z kilkoma kolegami i dyrektorem renomowanego liceum. Była to autorska placówka samorozwoju we Wrocławiu. Ale przyszedł czas zdawania matur i musiał się skoncentrować na przygotowaniach. Kiedy na początku XX w. pojawiły się unijne pieniądze na zakładanie przedszkoli, zaangażował się w Federację Inicjatyw Oświatowych, organizację pozarządową wspierającą zmiany w edukacji. Dzięki niej od 2006 r. do 2011 r. udało się założyć ok. 160 przedszkoli. – Warunkiem udzielenia wsparcia unijnego było to, by lokalne stowarzyszenie wzięło na siebie utrzymanie placówki po okresie inkubacji, czyli po 1,5–2 latach. Dawaliśmy więc wiedzę niezbędną, by przetrwać. Tłumaczyliśmy – krok po kroku – co robić, by uzyskać pieniądze – opowiada. – Równolegle ruszyliśmy z programem AMS – Aktywna Mała Szkoła. Założenie było takie, aby wspierać rodziców, którzy nie godzili się na likwidację placówek.
Fundacja jest w takim przypadku organem założycielskim, ale to rodzice są inicjatorami placówki, potem dyrektorami. Każda taka szkoła ma inną historię. Na przykład w niepublicznej podstawówce AMS we Wrocławiu, powstałej w 2013 r., w pierwszej klasie było na początku pięciu uczniów. Dziś placówka ma 103 dzieciaków w edukacji stacjonarnej i 24 w domowej. Jest też zerówka, bo udało się przejąć sąsiadujący budynek. Czesne to temat otwarty. W zasadzie wynosi 500 zł, ale są tacy, którzy płacą dziesięć razy mniej. – Czesne nie może zabijać domowego budżetu, czasem człowiek traci pracę. Myślę, że wszyscy to rozumieją i nie mają do siebie pretensji – mówi Tomasz Siemież. Ale faktem jest, że poszukują określonego typu rodziców. Pierwszeństwo mają dzieci z rodzin społecznie zaangażowanych, np. w NGO.
Szkoła proponuje inny model nauczania, oparty na projektach edukacyjnych. Uczniowie dostają temat do opracowania, np. pojazd. Omawiają go wspólnie z nauczycielem, odbywa się burza mózgów, planowanie etapów. W trakcie realizacji wypełniają zadania przypisane do podstawy programowej dla poszczególnych przedmiotów. Czyli np. wyliczenia związane z konstrukcją maszyny to matematyka. Malowanie to plastyka. Geografia – jeśli pojazd ma być przystosowany do warunków pustynnych czy sawanny. Angielski, jeśli ma służyć do przewozu zagranicznych wycieczek. – Nauczycielka opracowała z uczniami projekt „powietrze”. Był rozpisany na trzy miesiące, zakładał skonstruowanie balonu stratosferycznego. Szybko okazało się, że jeden z rodziców ma kontakty w Polskiej Agencji Żeglugi Powietrznej i chce pomóc w załatwieniu formalności, żeby balon nie był tylko atrapą. W efekcie w czerwcu tego roku uczniowski projekt wzniósł się na 15 tys. km, a następnie spokojnie wylądował dzięki systemowi GPS – opowiada Tomasz Siemież. – I właśnie to daje edukacja niepubliczna. Pomysł wymyka się ramom, żyje własnym życiem, daje niesamowitego kopa do działania. Nauczycielom, rodzicom i uczniom. A potem? Potem jest wielka duma, że się udało.
Szef Fundacji FALA przekonuje, że dialog z rodzicami jest ważny, ale trzeba też postawić im wymagania. – Do umowy o świadczenie usług edukacyjnych wpisujemy obowiązek przeprowadzenia raz w roku lekcji rodzicielskiej. Ma powstać w porozumieniu z nauczycielem i jej zadaniem jest włączenie mamy i taty w proces kształcenia – mówi. Opowiada, jak ojciec z Wrocławia, właściciel pizzerii, zorganizował zajęcia, na których połączył gotowanie z lekcją matematyki. Na placku dzieci uczyły się, co to promień, średnica i cięciwa. Inny, Włoch z pochodzenia, zrobił śniadanie w szkole, a przy okazji – lekcję geografii o Półwyspie Apenińskim.

Jadalnia w sali lekcyjnej

Szkoła, którą powołała do życia Sylwia Grzebień, powstała z przeświadczenia, że nikt z rodzicami nie rozmawia. Był 2000 r. Decyzją rady gminy zlikwidowano podstawówkę w Rudniku. Rodzice poczuli się obywatelami gorszej kategorii. W zamian wójt zaoferował, że wybuduje przystanek i kawałek drogi. – Nasza wieś to taki mały punkt na mapie. Gmina Hażlach, powiat cieszyński, województwo śląskie. 450 mieszkańców. Nie ma kawiarenki, remizy. Szkoła była centrum małego wszechświata, które nam odebrano – opowiada Sylwia Grzebień. Zapamiętała słowa własnej mamy: „Wasze pokolenie powinno się wstydzić, pozwoliliście zamknąć szkołę, która była tu nawet przed wojną”.
Razem z grupą rodziców zrobiła rozeznanie. Założyli Stowarzyszenie na rzecz Rozwoju Wsi Rudnik. Zanieśli do gminy dokumenty, plan działania, statut szkoły. I jako organ założycielski dostali zgodę na działanie. – Uzyskaliśmy dotacje, a ja z czasem skończyłam studia prawnicze, by nikt mi nie wytknął, że nie rozumiem przepisów. Z ustawą oświatową na czele – mówi Sylwia Grzebień. Tak powstała szkoła dla młodszych uczniów, z klasami 1–3 i oddziałem przedszkolnym. Łącznie 40 dzieci. Zajęcia często są łączone. – W ten sposób dzieci uczą się odpowiedzialności. Starsze opiekują się młodszymi – wyjaśnia. – Mając po kilkoro osób w klasie nauczyciel wyłapuje zarówno dysfunkcje, jak i osoby zdolne, z którymi stara się pracować inaczej.
Prawie 15 lat temu sugerowano jej, że szkoła to chwilowy kaprys, że gdy jej syn podrośnie, entuzjazm do działalności edukacyjnej osłabnie. – Tymczasem on już skończył studia, a nasza mała szkoła dalej się rozwija – mówi Sylwia Grzebień. Przyznaje, że dużym wyzwaniem jest motywowanie ludzi do działania. Bo placówka w Rudniku istnieje tylko dlatego, że im się chce. – Pieniądze na szkołę pochodzą z subwencji oświatowych, nie ma czesnego, a wszystko opiera się na pracy rodziców. Ich rękami zrobiliśmy remont sal. Organizujemy dla dzieci i dorosłych zajęcia na basenie, wycieczki, uczymy szycia na maszynie, jazdy na łyżwach. Ale też korzystania z tego, co jest na wsi. Mieszkańcy niedawno przeszli kurs robienia kiszonki. Dlaczego tyle się udaje? Bo ludzie czują, że nie ogranicza ich system. Mają moc sprawczą.
Innym wyzwaniem jest zaplanowanie pracy z uczniami w taki sposób, by reagować na potrzeby lokalnej społeczności. A te są inne niż kilka lat temu. – Dziś rodzic oczekuje od szkoły pełnienia funkcji opiekuńczej, bo pracuje dłużej. Chce pomocy w odrabianiu lekcji, żeby nie musiał siedzieć nad książkami do nocy – mówi Sylwia Grzebień. Zastrzega, że to są potrzeby mieszkańców jej okolic i mogą się różnić od tych, jakie mają w dużych miastach. I właśnie o to chodzi: by szkoła zachowała elastyczność, mogła się dostosowywać. – Zazdrościmy Finlandii jej szkół, ale ta nasza w Rudniku ma z nimi wiele wspólnego. Jasne, czasem trzeba improwizować i przerobić salę lekcyjną na jadalnię, bo właśnie przyjechał obiad w cateringu. A skoro nie mamy sali gimnastycznej, to dzieci codziennie ganiają po dworze. Mieliśmy w klasach poduszki, na których potem mogły odpocząć. Mieliśmy, bo sanepid kazał je sprzątnąć. Ale jeszcze o nie zawalczymy.