Odpływ naukowców do biznesu spowoduje, że za kilka lat poziom kadry naukowej drastycznie spadnie – alarmuje ruch Obywatele Nauki.
– Dołączyliśmy już do grona państw, gdzie ciekawe rzeczy można robić nie tylko w nauce. Obecnie na rynku komercyjnym można znaleźć interesujące oferty i to już nie tylko dla dla informatyków – twierdzi dr Anna Muszewska z Instytutu Biochemii i Biofizyki PAN i ruchu społecznego Obywatele Nauki. Podkreśla, że niski poziom bezrobocia powoduje, iż w zasadzie każdy kandydat z dobrymi kwalifikacjami jest przez biznes pożądany. – Dlatego, gdy spojrzymy np., jakie osoby zasiadają w zarządach banków, to okazuje się, że często są to ludzie z tytułami doktora. Jednak nie tylko matematycy czy ekonomiści, ale też m.in. historycy i filozofowie – dodaje dr Muszewska.
Reklama
Problem z pozyskiwaniem kadry

Reklama
Masowego exodusu naukowców do prywatnych firm uczelnie na razie nie obserwują. – Takich przypadków było u nas zaledwie kilka – mówi Paweł Piechowicz z Centrum Promocji Uniwersytetu Łódzkiego. W podobnym tonie wypowiada się także prof. Krzysztof Leja, kierownik Katedry Zarządzania na Wydziale Zarządzania i Ekonomii Politechniki Gdańskiej.
Jednak zauważa, że problemem może się okazać brak świeżej krwi. – Już dziś istnieje kłopot z dopływem wartościowych pracowników naukowych po doktoracie lub w trakcie studiów doktoranckich – mówi prof. Leja. Jak podkreśla, powodem są w głównej mierze niskie zarobki, które zniechęcają najlepszych kandydatów. – Punktem wyjścia do ustalania minimalnych wynagrodzeń na poszczególnych stanowiskach powinna być pensja asystenta zbliżona do przeciętnego wynagrodzenia w Polsce, czyli około 4500 zł brutto – uważa profesor.
W podobnym tonie wypowiada się także prof. Jakub Brdulak, kierownik Zakładu Zarządzania Wiedzą w SGH. – Jest coraz większy problem z rekrutacją młodych osób do pracy na uczelni. Dotyczy to również nauk społecznych. Jeżeli – jak wynika z różnych rankingów – absolwent Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie zarabia średnio ok. 8 tys. zł brutto, a osoba z doktoratem na stanowisku adiunkta często może liczyć tylko na minimalne 3820 zł brutto, to dochodzi do sytuacji, w której pracę naukowo-dydaktyczną podejmują osoby za słabe, aby pracować w biznesie – komentuje prof. Brdulak.
Doktor Muszewska podkreśla, że problemy z naborem wartościowej kadry naukowej zaczynają pojawiać się na każdym etapie. Trudno znaleźć zarówno doktorów, jak i kandydatów na studia doktoranckie. – Doświadczyłam tego na własnej skórze. Szukam obecnie doktoranta i niestety nie mogę znaleźć osoby o odpowiednich kwalifikacjach. Mój przypadek nie jest odosobniony. Wielu profesorów, z którymi rozmawiałam, mówi, że ma problemy z rekrutacją dobrych kandydatów, gdyż oni szukają już pracy poza nauką – podkreśla dr Muszewska.
2450 zł brutto wynosi minimalna stawka wynagrodzenia zasadniczego asystenta na uczelni
– W obecnej sytuacji zacznie pogłębiać się luka pokoleniowa, która obejmuje obecnych 30-, 40-latków i za jakiś czas nie będzie miał kto kształcić przyszłych doktorów. A gdy zabraknie kadry naukowej, będzie z kolei kłopot z kształceniem kadr dla gospodarki. Selekcja negatywna to nie jest rozwiązanie. To najlepsi powinni być trenerami dla przyszłych pokoleń – podkreśla dr Muszewska.
Ważne pieniądze
Pytanie jednak, czy uczelnie mają narzędzia do tego, aby konkurować z biznesem?
– Nie. Obawiam się, że bez zwiększenia nakładów budżetowych na naukę wiele się nie wydarzy. Moglibyśmy też poratować naszą sytuację kadrową migrantami, ale mamy problem z nostryfikowaniem dyplomów z Ukrainy – twierdzi dr Muszewska.
Podobnie sytuację ocenia prof. Brdulak, który postuluje zwiększenie poziomu finansowania nauki do co najmniej 1 proc. PKB. Jednak jego zdaniem to nie wszystko. W ocenie profesora rząd powinien zadbać też o polski interes w instytucjach europejskich. – Nie może być tak, że np. w projektach Erasmus Plus naukowiec z naszego kraju za dzień pracy otrzymuje około 75 euro, a przykładowo czeski – prawie dwa razy więcej – podkreśla profesor.
Sytuacja może jednak wyglądać inaczej w niewielkich ośrodkach w porównaniu z dużymi aglomeracjami. W mniejszym mieście, czy tam gdzie bezrobocie jest duże, uczelnia może być atrakcyjnym pracodawcą. Wówczas nie musi walczyć o pracownika, gdyż ten nie odpłynie, bo nie ma gdzie. W dużych ośrodkach uczelnia konkuruje już z firmami prywatnymi, które dbają o pracowników lepiej.
Same uczelnie próbują też zaradzić problemowi. – Pensje asystentów czy adiunktów są rzeczywiście niewysokie. Dlatego staramy się tworzyć dla pracowników dodatkowe możliwości zarobkowania na naszym wydziale, przykładowo na studiach podyplomowych – podkreśla prof. Leja.
W jego ocenie nadzieję budzą również propozycje wyższych stypendiów dla słuchaczy studiów doktoranckich zapisane w projekcie ustawy 2.0 o szkolnictwie wyższym i nauce.