– To państwo reguluje liczbę osób, które kształci się na studiach medycznych – mówi Marek Balicki, były minister zdrowia. Tłumaczy, że współczynnik 2,2, który wynika z danych OECD, został ustalony w latach 90. – Wtedy plasowało nas to w średniej europejskiej. I tak był całkiem wysoki, bo pojawiały się pomysły, by ustalić go na poziomie 1,6 na 1000 mieszkańców – opowiada Balicki. Wówczas uważano, że duża liczba lekarzy będzie zbyt kosztowna.

Starzenie się społeczeństwa zwiększa zapotrzebowanie na lekarzy. Inne państwa w porę zauważyły trend, tymczasem w Polsce pomimo nieznacznych ruchów od 25 lat pozostaje ten sam wskaźnik. To rujnuje cały system opieki zdrowotnej i wydłuża kolejki. Choć są one przede wszystkim konsekwencją limitów ze strony NFZ, które pozwalają na finansowanie konkretnej liczby pacjentów – bez względu na większe możliwości placówki. – Ale jest tak, że tylko jedna trzecia lekarzy pracuje na jednym etacie, reszta ma kilka miejsc pracy – przekonuje Balicki. Dlatego przy pomysłach wprowadzenia dodatkowych ubezpieczeń i przekierowania części pacjentów do prywatnej służby zdrowia może się okazać, że ten system też będzie niewydolny. Właśnie z powodu braku personelu medycznego. W efekcie wzrost liczby dostępnych placówek służby zdrowia nie musi się przełożyć na zmniejszenie kolejek.

Jest jeszcze jeden problem: kłopot z zastępowalnością pokoleń. Około 16 tys. lekarzy przekroczyło już pięćdziesiątkę. Z czego powyżej 71. roku życia jest ponad 8 tys. lekarzy. W jednym momencie spora część lekarzy może przejść na emeryturę i powstanie wówczas dziura, która nie zostanie zapełniona młodymi medykami. Problem ten może być szczególnie widoczny w niektórych specjalizacjach. Na przykład w pediatrii średnia wieku lekarza wynosi... 58 lat.

Ponadto, jak dodają eksperci, Polska nie może liczyć na wsparcie z zagranicy. Do Polski przyjeżdżają nielicznie medycy z Ukrainy czy Białorusi – około 200 osób. To raczej nasi medycy uciekają za granicę. Naczelna Izba Lekarska szacuje, iż z kraju wyjechało przez ostatnie 10 lat ponad 4 tys. lekarzy. Ministerstwo, by zatrzymać ich w Polsce, planowało wprowadzić przepisy, które nakazywałyby tym, którzy wyjadą po skończeniu rezydentury (specjalizacji finansowanej przez Ministerstwo Zdrowia) do innego kraju, zwracali włożone w ich kształcenie pieniądze.

Głosy postulujące zwiększenie limitów miejsc na akademiach medycznych pojawiają się od dłuższego czasu. Pół roku temu NIL wystosowała w tej sprawie pismo do resortu. Z wyliczeń izby wynika, że rocznie studia powinno rozpoczynać 5 tys. osób. Limity na rok 2013/2014 wynosiły 3165 miejsc (w 2007/2008 było to ok. 2700). Prezes NIL Maciej Hamankiewicz przytaczał wówczas dane wskazujące, że np. w Niemczech przyjmuje się ponad 10 tys. studentów. W związku z tym w Polsce, która jest dwukrotnie mniejszym krajem, należałoby przyjmować dwukrotnie mniej – czyli 5 tys.

Ministerstwo, by ratować sytuację... skróciło czas kształcenia, m.in. likwidując staż podyplomowy i włączając praktyczne nauczanie lekarzy do kształcenia przeddyplomowego.

Eksperci OECD przy wyliczaniu swojego wskaźnika wzięli pod uwagę tylko lekarzy pracujących na etatach – ponad 85 tys. W Polsce część medyków pracuje również na umowę o dzieło, na zlecenie, na zasadzie samozatrudnienia lub w innej formie. Jeśli się ich uwzględni, to mamy w sumie około 125 tys. lekarzy aktywnych zawodowo, czyli na 1000 ludności przypada ich 3,2. A to brzmi nieco lepiej.