Tymczasem konsultacje powinny się już zacząć. Bo w „Planie rozwoju elektromobilności” rząd postawił przed samorządami nie lada wyzwania. Już za trzy lata miałoby jeździć po polskich drogach ok. 180 tys. elektromobili. Bez aktywnego włączenia się miast i gmin będzie to absolutnie niemożliwe. By dało się jeździć po szosach i ulicach, potrzebne będzie 6,5 tys. ładowarek. Takie urządzenia, jak piszemy w dzisiejszym tekście, są kosztowne. A o wsparciu w ich instalowaniu rząd na razie milczy. Na dodatek do inwestycyjnych działań zniechęcają niejasne przepisy budowlane i podatkowe, w tym obawy, że gminy stracą na ulgach w podatku od nieruchomości od takich „gniazdek”.

Kolejny problem to spodziewane unowocześnianie sieci przesyłowych prądu i wiążące się z tym remonty w kluczowych punktach miast. Niechęć sporej grupy samorządów, zwłaszcza przed przyszłorocznymi wyborami, budzi też wprowadzanie ograniczeń wjazdu kopcących aut do centrów miast, dzięki czemu te elektryczne zyskałyby nie lada atut. Na razie bowiem kopciuchami jeździ nieporównywalnie większa grupa mieszkańców niż elektrykami. I zamknięcie przed tymi kierowcami części ulic mogłoby się okazać, na nieco ponad rok przed wyborami, strzałem we własne kolano. Prowadząc konsultacje i ustalając priorytety, rząd również o tym nie powinien zapominać.

Żeby wszystko zagrało, włodarzy trzeba przekonać. A na razie nie jest z tym najlepiej. Co prawda spora grupa z nich chce mieć u siebie autobusy na prąd, a niektóre myślą też (choć na razie wciąż, ze względu na koszty, bardziej w teorii niż w praktyce) o otwieraniu wypożyczalni aut elektrycznych, to inne propozycje rządu nie spotykają się z takim aplauzem.

Zainteresował Cię ten temat? Cały tekst przeczytasz w Tygodniku Gazeta Prawna