Gdy wchodziłem w dorosłość, nastał czas komórek i życzeń esemesowych. W pierwszych modelach telefonów wiadomość można było przesłać tylko do jednej osoby naraz, co było dosyć kłopotliwe, ale i tak wszystko trwało znacznie krócej niż puszczanie kartek – mniej więcej godzinkę. I nie trzeba było się ruszać z fotela.

Później przyszedł czas życzeń e-mailowych. Wpisanie odbiorców, spersonalizowanie treści, załączenie jakiegoś obrazka z wesołym kurczaczkiem trwało na ogół nie więcej niż 30 minut. Ale nadal człowiek po drugiej stronie komputera miał pewność, że myśleliście o nim osobiście. Bo przecież musieliście zapamiętać jego imię, wygląd, wasze ostatnie wspólne spotkanie i wreszcie adres e-mailowy.

Dzisiaj już nie musicie. Wystarczy, że weźmiecie do ręki smartfon, odpalicie aplikację, która w logo ma literę F, utworzycie post o treści „Wesołych Świąt!” i naciśniecie „wyślij”, a złożycie życzenia 500 osobom naraz. Albo 9,1 mln – jeżeli jesteście Robertem Lewandowskim. I to wszystko w góra 15 sekund.

Innymi słowy, Marek Cukrowagóra pomógł wam zaoszczędzić kilka godzin cennego życia, i to tylko na wysyłaniu wielkanocnych życzeń. Na co je poświęcicie? Może na nerwowe duszenie przycisku przywołującego windę, wierząc, że dzięki temu znacznie szybciej przyjedzie? A może na rzucanie obelg w peugeota przed wami, który za wolno ruszył spod świateł? Możecie również przemyśleć zainwestowanie tego czasu w komentowanie artykułów o byłej/nowej/przyszłej pracy Bartłomieja Misiewicza, bo przecież wszyscy, z Antkiem na czele, czekają na wasze zdanie w tej sprawie. A jeżeli już naprawdę nic sensownego i twórczego nie przychodzi wam do głowy, możecie z nudów po prostu spróbować porozmawiać ze swoimi dziećmi. O ile oczywiście jeszcze pamiętacie ich imiona.

Rozumiecie, co mam na myśli? Teoretycznie nowoczesne technologie pomogły nam zaoszczędzić mnóstwo czasu – nie musimy ręcznie prać, wstawać z kanapy, by zmieniać kanały w TV, zakupy przyjeżdżają prosto pod drzwi mieszkania, a przelewy za rachunki robią się same. Nawet nie trzeba wysiadać z auta, żeby otworzyć bramę do garażu, bo podnosi się sama za naciśnięciem guzika na pilocie. W praktyce jednak na nic nie mamy czasu. A gdy go mamy, to nie mamy bladego pojęcia, co z nim począć. Wolimy wówczas poświęcać go na pisanie bzdur na FB niż na figle z żoną albo grę w scrabble z sąsiadem.

Hyundai Ioniq EV

Hyundai Ioniq EV

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Pozwólcie, że w tym miejscu złożę sobie i wam wszystkim naprawdę szczere życzenia świąteczne: abyśmy zwolnili. Po prostu przestali się spieszyć. Ze wszystkim – z zakupami, odbieraniem dzieci z przedszkola, sprzątaniem, jedzeniem, koszeniem trawnika, wyrzucaniem śmieci, piciem kawy etc. Nie musimy mieć i robić wszystkiego tu i teraz, natychmiast i już. Paradoksalnie wolnego czasu wcale nam nie ubędzie. Przeciwnie, dopiero wtedy zaczniemy go mieć. I doceniać.

Do tego głęboko filozoficznego wniosku doszedłem po tym, jak przez tydzień jeździłem hyundaiem ionikiem EV. Rozpędzał się do zaledwie 165 km/h, co w praktyce oznacza, że jest niewiele szybszy od wietnamskiej rikszy. W dodatku – jako że był elektryczny – zatankowanie go do pełna z mojego garażowego gniazdka zajmowało jakieś 10 godzin. Przyznacie, że nie są to rezultaty sprawiające, że serce zaczyna mocniej bić. Szczerze mówiąc, moje na chwilę nawet stanęło...

Zacznijmy od tego, że sformułowanie „elektryczny hyundai” brzmi równie atrakcyjnie co „grzybica stóp”. Wydał mi się jeszcze gorszy niż toyota prius i tak odpychający, że przełożyłem test ze stycznia na kwiecień. A na kilka dni przed godziną zero poważnie rozważałem złamanie sobie nogi w trzech miejscach, żebym tylko nie musiał do niego wsiadać. Stchórzyłem jednak i ruszyłem po ioniqa, obmyślając plan pozbycia się go gdzieś za rogiem zaraz po odbiorze, wrócenia do pracy tramwajem, a do domu – pociągiem. Na serio, to wszystko wydawało mi się znacznie atrakcyjniejsze niż jeżdżenie grzybicą stóp z prędkością, z jaką poruszają się płyty tektoniczne. Spodziewałem się przyspieszenia, które zamiast stoperem mierzy się kalendarzem, spartańskiego wykończenia, bagażnika wypchanego bateriami i ociężałego prowadzenia. Innymi słowy, bałem się, że stracę mnóstwo czasu na coś, co jest równie interesujące jak atak astmy.

Możecie sobie zatem wyobrazić moje zdumienie, gdy okazało się, że ioniq jest zupełnie normalnym samochodem. Ma kompaktowe rozmiary, przyjemną, ale nierzucającą się w oczy stylistykę, pełnowartościowe wnętrze mieszczące wygodnie cztery osoby (a mniej wygodnie nawet pięć), spory, 450-litrowy bagażnik, a jego środek bardzo porządnie poskręcano. Spodobały mi się pozycja za kierownicą, wygodne fotele, ergonomia obsługi, bogate wyposażenie i ogólny komfort. Summa summarum, jak już do niego wsiadłem, to nie widziałem powodów, żeby szybko wysiadać. Przymknąłem nawet oko na to, że większość elementów wnętrza jest bardziej plastikowa niż twarz Ewy Minge.

A to dopiero początek dobrych informacji. Bo subiektywne odczucia z jazdy są dużo, dużo lepsze, niż można by wnioskować z oficjalnych danych technicznych. Choć producent twierdzi, że do setki auto rozpędza się w 10 sekund, to mnie osobiście wydawało się, że nie zajmuje to więcej czasu niż kichnięcie. Zasługa w tym niemal 300-niutonometrowego momentu obrotowego dostępnego przez cały czas od chwili wciśnięcia pedału gazu, tylko jednego przełożenia w skrzyni biegów i całkowitej ciszy, w jakiej auto się rozpędza. Bardzo spodobała mi się również możliwość ustawiania siły rekuperacji (chodzi o to, jak dużo energii auto odzyskuje przy zdejmowaniu nogi z pedału gazu). Używając łopatek przy kierownicy, możemy osiągnąć efekt jak przy hamowaniu silnikiem (tylko znacznie mocniejszy) i w ten sposób podładowywać baterie – albo jechać jak na luzie. Rekuperacja ma cztery stopnie ustawienia, a do tego można oddzielnie zaprogramować jej siłę dla trzech programów jazdy: eco, normalnego i sportowego. W tym ostatnim samochód sprawia wrażenie naprawdę żwawego. A mimo to... skorzystałem z niego tylko raz. Jeden jedeny raz. Przez 20 sekund. A przez cały pozostały czas jeździłem w trybie eco. I zdarzyło mi się to po raz pierwszy życiu.

Do końca tego nie rozumiem i nie potrafię opisać słowami, ale ioniq jest jedynym znanym mi samochodem, w którym spokojna, oszczędna jazda daje pewien rodzaj frajdy. Nie myślałem o tym, żeby jak najszybciej pokonać zakręt albo wyprzedzać wszystkich jak leci. Zamiast na prędkościomierz znacznie częściej zerkałem tu na... licznik zasięgu. I dbałem o to, by był jak największy. Efekt? Na jednym ładowaniu przejechałem elektrycznym hyundaiem 210 km, z czego ok. 100 km po autostradzie z prędkością 140 km/h. To naprawdę bardzo dobry wynik. Oczywiście nie tak dobry, abyście mogli dojechać ze stolicy nad morze, ale jeżeli mieszkacie pod miastem, to będziecie mogli ładować go co 2–3 dni. A przejechanie każdych stu kilometrów kosztowało was będzie 5 zł.

Ioniq nie tyle nauczył mnie cierpliwości, ile udowodnił, że normalna, spokojna jazda też może dawać przyjemność. Czułem się w nim zrelaksowany, a wieczorne powroty z pracy do domu były po prostu kojące. Jeżeli potrzebujecie normalnego, komfortowego samochodu do jazdy po mieście i w promieniu 70–80 km od niego, którego eksploatacja kosztuje tyle co paczka krakersów, to trudno mi sobie wyobrazić coś lepszego. Istnieje jednak niebezpieczeństwo, że gdy pójdziecie do salonu koreańskiej marki, to sprzedawca zaproponuje wam ioniqa, ale w wersji hybrydowej, kusząc was tym, że jest o 40–50 tys. zł tańszy od wersji EV. Ale nie dajcie się namówić. Jeździłem również hybrydą, jest po prostu okropna. Sprawia wrażenie ociężałej, ospałej i w dodatku zaskakująco dużo pali. Prowadząc ją, byłem notorycznie zirytowany i jedyne, o czym myślałem, to żeby być już w domu. W związku z tym bardzo mi się spieszyło. Problem w tym, że spieszący się ioniq hybrid wygląda jak żółw wodny próbujący biegać po plaży. Po prostu żałośnie.

Wesołych Świąt!