Z ostatnich analiz Związku Gmin Wiejskich RP wynika, że w porównaniu do 2014 r. nastąpiło radykalne przesunięcie środków pochodzących z dotacji z gmin wiejskich i częściowo miejsko-wiejskich do miast na prawach powiatu. Mowa o kwocie prawie 300 mln zł. Miasta dostały 23 proc. więcej niż w roku ubiegłym, a gminy wiejskie – 25 proc. mniej. Co się stało?

Wprowadzono inną zasadę liczenia dotacji na niektóre zadania, np. jeśli chodzi o sprawy związane z prowadzeniem ewidencji ludności czy wydawaniem dowodów osobistych. Otóż przy naliczaniu środków zastosowano algorytm, który powoduje, że na przekazywaną kwotę decydujący wpływ ma liczba mieszkańców. W efekcie nastąpiło ogromne przesunięcie pieniędzy z obszarów wiejskich do miast. Niestety zapomniano, że gotowość do wykonania zadań też kosztuje. Otóż stanowiska pracy muszą istnieć niezależnie od tego, ilu klientów przychodzi do urzędu w ciągu dnia. Wskutek przesunięcia środków niektóre gminy otrzymały dotację w wysokości 25 tys. zł na rok! To niepoważne. Co więcej, zmiany nastąpiły nagle, więc gminy nie miały jak się do nich przygotować.

Ważą się też losy wielu urzędów stanu cywilnego. Od marca, gdy odmiejscowiono część procedur, najbardziej obciążone są te w dużych miastach. Ale w mniejszych miejscowościach hula wiatr. Czy czeka nas likwidacja części z nich?

Może tak się zdarzyć. Przy czym kwestia ich przyszłości zależy od tego, jaki komfort chcemy zapewnić naszym obywatelom. Albo będą jechać 20 kilometrów, by załatwić jakąś sprawę, albo zrobią to na miejscu.

Na co jeszcze brakuje pieniędzy?

Gwałtowne obniżenie dotacji dotyczy przede wszystkim wspomnianych już zadań z zakresu spraw obywatelskich. Natomiast wiele innych jest tradycyjnie niedofinansowanych. Sytuacja trwa już od lat i pogłębia się. Skalę niedoszacowania zadań zleconych samorządom wyliczyliśmy na kilka miliardów złotych. Mowa głównie o procedurach związanych z pomocą społeczną czy oświatą. Przykładowo w nikłym procencie jest dotowana opieka przedszkolna.

Samorządy przygotowały projekt przywracający zasadę rekompensowania ubytków w lokalnych budżetach w przypadku niekorzystnych dla ich finansów zmian ustawowych. Jaka jest szansa na to, że ta zasada powróci?

To nie kwestia szansy, tylko konieczność. Nie chodzi nawet o dobrą czy złą wolę rządzących. Aby obsługiwać obywateli, każda administracja – lokalna czy centralna – potrzebuje pieniędzy. W 2003 roku zasadę rekompensowania ubytków usunięto z ustawy o dochodach JST i od tego czasu zaczęto dokładać nam zadań przy wskazywaniu naszych dochodów jako źródła ich finansowania. Po latach przyszła pora na przebudowanie systemu finansowania samorządów. Musimy głośno o tym mówić, licząc na to, że te nawoływania odniosą skutek.

Zmiana rządu w tym pomoże?

Zapowiedzi PiS są dość radykalne. W programie partii, która będzie samodzielnie sprawować władzę, mowa jest o likwidacji subwencji oświatowej i przejęciu wynagrodzeń nauczycielskich przez budżet państwa. W tym kontekście wydaje się to korzystne. Choć sprawa jest bardziej złożona. Otóż likwidując subwencję, w niektórych gminach zniknie w budżetu nawet 50 proc. dochodów własnych, bo pamiętajmy o tym, że subwencja jest zaliczana do dochodów własnych gminy. To niestety może mieć wpływ na wskaźniki zadłużenia gmin. Niemniej gdyby część zadań gminnych przejęło państwo, byłby to ruch w dobrą stronę. Przynajmniej Skarb Państwa wiedziałby, ile te zadania realnie kosztują.

Z drugiej strony samorządy obawiają się podniesienia kwoty wolnej od podatku z 3 do 8 tys. zł. Twierdzą, że to mocno uszczupli ich budżety.

Zgadza się. W mojej gminie dochody z PIT spadłyby o 3 mln zł. Dlatego jeśli tak radykalnie chce się zmienić zasady, trzeba wcześniej pomyśleć o sposobie uzupełnienia budżetów samorządowych.

Wskutek ulg, umorzeń czy odroczeń stosowanych przez samorządy do lokalnych budżetów w 2014 r. nie wpłynęło ok. 4 mld zł. Czy jeśli PiS zrealizuje swoje postulaty i nie zrekompensuje ubytków gminom, samorządy zaczną likwidować ulgi i podwyższą lokalne podatki?

Oczywiście nie da się stosować tych samych stawek opłat w dużym mieście i małej gminie. Wszystko zależy od możliwości płatniczych podatników. Jeśli daniny będą za wysokie, przestaną wpływać, bo ludzie nie będą w stanie ich uiszczać. Gdzieniegdzie zapewne da się podnieść podatki. Może więc dojść do paradoksu, w którym najpierw ludzie dostaną coś od rządu i natychmiast będą musieli to oddać samorządowi. Zostawiając więcej pieniędzy w kieszeniach podatników, osłabimy bowiem możliwości działania wspólnego. A nie chodzi przecież o to, by za każdym razem, gdy gmina np. remontuje drogę, wszyscy mieszkańcy robili zrzutkę. Od tego jest samorząd, który musi mieć środki własne, by normalnie funkcjonować.