Z pewnością znaczenie mają tu ceny paliwa, jednak – jak by nie patrzeć – kosztowniejszego od węgla. Ale i to, że paliwo nie dociera do ponad 40 proc. polskich gmin. Przyczyny tego są różne. Zbyt duża odległość od gazociągów, znaczne rozproszenie zabudowy, brak chętnych do podłączenia. Jeśli mamy jednak skutecznie walczyć ze smogiem, zwrot w stronę zdecydowanie czystszego źródła energii wydaje się nieunikniony. Dostrzegły to już małopolskie gminy.

Planują, że do 2022 r. wszystkie będą miały gaz. Szansą na to jest m.in. nowa forma zaopatrzenia w to paliwo – nie z sieci krajowej, a z lokalnej zasilanej skroplonym gazem ziemnym, czyli LNG. Ale inne samorządy też nie śpią. Już 461 podpisało listy intencyjne z Polską Spółką Gazownictwa, proponującą tę formę gazyfikacji. Nie ukrywają, że to dla nich szansa nie tylko na poprawę jakości powietrza, ale i rozwój ekonomiczny, bo łatwiej wtedy ściągnąć przemysł. Pierwsze gminy z LNG już korzystają. Jednak na natychmiastowe podłączenie trudno liczyć. Spółka zakłada, że do 2022 r. przyłączy raptem kilkadziesiąt gmin. Na dodatek niektóre już dziś dostały odpowiedzi odmowne. Kolejna bariera, której zapewne obawia się też dostawca gazu, to koszty dla indywidualnych odbiorców. Podłączenie, zakup pieca i zainstalowanie go to kwota sięgająca 20 tys. zł. Nawet przy kilkutysięcznej dotacji do wymiany kotła na bardziej ekologiczny – to wydatek niewyobrażalny dla wielu polskich rodzin. Także tych, które ze względu choćby na wygodę zdecydowałyby się płacić więcej za samo paliwo.

Dziś jednak pieniędzy bezpośrednio na gaz nie ma w programach unijnych, trzeba ich szukać w działaniach antysmogowych, pomocy dla przemysłu czy rozwoju ciepłownictwa. UE stawia już na OZE i takie działania wspomaga. Ale OZE to dość niepewne źródło energii, zwłaszcza w naszych warunkach klimatycznych. By działało prawidłowo, w odwodzie musi być stałe źródło zasilania. A gaz do tego nadaje się bardzo dobrze.

ZAINTERESOWAŁ CIĘ TEN TEMAT? CZYTAJ WIĘCEJ W TYGODNIKU E-DGP >>