W ubiegłym tygodniu Komisja Europejska zaprezentowała projekt dyrektywy, która w założeniu ma wzmocnić ochronę europejskich twórców i pomóc przedsiębiorcom z krajów członkowskich UE skuteczniej konkurować z amerykańskimi gigantami technologicznymi. Zresztą już na pierwszy rzut oka proponowane rozwiązania najmocniej uderzają w serwisy Google’a. Jeden z najbardziej kontrowersyjnych pomysłów przewiduje, że wydawcy będą mogli pobierać opłaty (popularnie nazywane podatkiem od linków) od usługodawców internetowych za wykorzystanie fragmentów artykułów w agregatorach treści i wyszukiwarkach.

Jednak wbrew zamierzeniom KE, jeśli reforma wejdzie w życie w planowanym kształcie, może okazać się co najmniej tak samo dotkliwa dla europejskich przedsiębiorstw technologicznych. Projekt regulacji zobowiązuje bowiem operatorów serwisów online, które działają jako platformy do zamieszczania materiałów muzycznych i filmowych (np. YouTube, Dailymotion, Vimeo), do bieżącego monitorowania tego, co wrzucają ich użytkownicy. – Propozycja komisji to duży krok naprzód w kierunku zwiększenia odpowiedzialności firm internetowych za bezprawnie wrzucane treści. Duże serwisy będą musiały wypracować mechanizmy, które zapewnią przestrzeganie umów zawartych z właścicielami praw autorskich np. co do zasad dystrybucji ich utworów, oraz dodatkowo będą musiały zapobiegać udostępnianiu danych materiałów na swoich stronach – tłumaczy adwokat Piotr Zawadzki, ekspert od prawa własności intelektualnej z firmy prawniczej Linklaters. Co więcej, platformy internetowe będą musiały przekazywać właścicielom praw autorskich informacje o działaniu i wynikach monitoringu, a także umożliwić składanie ewentualnych zażaleń.

Obecnie zgodnie z dyrektywą dotyczącą handlu elektronicznego z 2000 r. (2000/31/WE) portale internetowe co do zasady nie odpowiadają za treści przesyłane przez użytkowników z naruszeniem praw autorskich, pod warunkiem że usuną je, gdy otrzymają w tej sprawie stosowne zawiadomienie (np. od osoby trzeciej). Innymi słowy, obowiązujące przepisy nie zawierają postanowień, które zmuszałyby portale internetowe do uprzedniego filtrowania publikowanych na nich materiałów.

Teraz ma się to zmienić. Wykorzystywane ma być do tego, zgodnie z sugestią komisji, specjalne oprogramowanie, które automatycznie skanuje materiały wrzucane przez użytkowników do serwisu i identyfikuje spośród nich utwory podlegające ochronie prawnoautorskiej. Problem w tym, że licencja na takie technologie jest bardzo droga i będzie na nią stać tylko największe korporacje. – O ile YouTube ma już taki system, o tyle inne podmioty staną przed poważnym problemem. Opracowanie technologii monitorującej treści jest niesamowicie kosztowne i wiąże się z dużym ryzykiem całkowitego wykluczenia z rynku mniejszych serwisów streamingowych. Stanie się to też przeszkodą dla uruchamiania nowych – zauważa Paweł Baran, prawnik w firmie prawniczej LSW Leśnodorski Ślusarek i Wspólnicy, specjalista od prawa własności intelektualnej.

ContentID, najbardziej zaawansowany system antypiracki stworzony przez Google, automatycznie rozpoznaje materiały chronione prawem autorskim, a też umożliwia właścicielom utworów zgłaszanie roszczeń. Dzięki temu mogą oni np. w ogóle zablokować możliwość oglądania filmu wrzuconego do YouTube lub zarabiać na wyświetlanych obok reklamach. Filtr ContentID nie wychwytuje jednak wszystkich niuansów prawa autorskiego i zdarza się, że powoduje usunięcie treści nieodpłatnie rozpowszechnianych w ramach dozwolonego użytku, parodii lub na prawach cytatu. Trzy lata temu głośno było o sprawie użytkownika YouTube, który po zamieszczeniu na swoim kanale filmiku z autorskim wykonaniem kolędy „Cicha noc” otrzymał zgłoszenie roszczenia dotyczącego naruszenia praw autorskich od kilku koncernów muzycznych. Mimo że prawa do utworu dawno wygasły.

Wielu ekspertów i organizacji pozarządowych walczących o wolny internet obawia się więc, że na mocy unijnej reformy Google i Facebook staną się prywatną policją firm technologicznych egzekwującą prawa autorskie w sieci. – Propozycja, aby firmy internetowe same oceniały, które treści powinny zostać skasowane, a które nie, doprowadzą do cenzury, nadużyć i nadmiernie restrykcyjnego stosowania przepisów – ostrzega stowarzyszenie European Digital Rights skupiające organizacje pozarządowe promujące swobodny dostęp do mediów cyfrowych. Pojawiają się nawet głosy, że projekt dyrektywy wręcz powiela założenia, które leżały u podstaw ACTA, niesławnej umowy to zwalczaniu naruszeń własności intelektualnej (zwracała na o uwagę przede wszystkim europarlamentarzystka niemieckiej Partii Piratów Julia Reda).

– Podobnie jak było w przypadku ACTA, propozycje Komisji Europejskiej zdecydowanie faworyzują interesy wielkich organizacji i koncernów medialnych kosztem interesów użytkowników i indywidualnych twórców – przekonuje mec. Marcin Serafin, ekspert Centrum Cyfrowego i prawnik w kancelarii Maruta Wachta.

O ile jednak ACTA zrzucała ciężar walki z piractwem w sieci na dostawców internetu, o tyle projekt reformy UE dąży do zwiększenia w tym zakresie odpowiedzialności firm technologicznych. Co więcej, jak zwykle w przypadku unijnych dyrektyw, wiele będzie zależało od tego, jak te najbardziej wrażliwe kwestie zostaną uregulowane na poziomie krajowym. – Nie da się stworzyć idealnego systemu i sama komisja dobrze o tym wie. Dlatego państwa członkowskie będą musiały zapewnić, że usługodawcy internetowi stworzą procedurę reklamacji, która pozwoli twórcom złożyć skargę w przypadku, gdy monitoring zadziałał nieskutecznie, bo pominął jakiś utwór albo zablokował legalne treści. Taki mechanizm byłby skuteczny, gdyby od złożenia reklamacji do odblokowania treści upłynęło możliwie mało czasu – wyjaśnia mec. Zawadzki.